Debiut Ann Patchett po raz pierwszy w polskim przekładzie. Przeczytaj fragment powieści „Święta patronka kłamców”

Wydawnictwo Znak Literanova po raz pierwszy opublikowało w Polsce debiutancką powieść Ann Patchett, autorki bestsellerów „Belcanto” i „Dom Holendrów”. „Święta patronka kłamców” to historia młodej dziewczyny, która porzuca męża i w tajemnicy przed światem przybywa do prowadzonego przez siostry zakonne domu, gdzie ma urodzić dziecko i oddać je do adopcji. Książka opowiada o macierzyństwie, wolności i cenie, którą płacimy za prawo do decydowania o sobie. To także opowieść o kłamstwie. Czy można na nim budować nowe, szczęśliwie życie? Czy możliwe jest odkupienie, jeżeli nie żałujemy za nasze grzechy? Książka w tłumaczeniu Aleksandry Kamińskiej jest już dostępna w księgarniach, a poniżej przeczytacie jej fragment.
Jechałam na wschód przez Kalifornię, w kierunku Kentucky, i gdzieś za Ludlow zdałam sobie sprawę, że już do końca życia będę osobą, która skłamała. Samotna podróż przez pustynię, z opuszczonymi szybami i przy dźwiękach głośno grającego radia, sprzyjała tego typu rozmyślaniom. Przyszło mi do głowy, że przecież czasem tak się zdarza, że ktoś ma do czegoś talent, prawdziwy talent, ale nigdy go w sobie nie odkrywa. Gdzieś w świecie, na przykład w Afryce, w którymś z państw, gdzie ludzie przymierają głodem, na pewno żył jakiś malarz, który nigdy na oczy nie widział sztalug. Może wyrysował parę obrazków patykiem na piachu i czuł, że to właśnie powinien w życiu robić, choć nie miał nawet pojęcia, co to za czynność. Możliwe więc, że ja urodziłam się po to, by kłamać – tylko potrzebowałam dwudziestu trzech lat, żeby znaleźć odpowiedni powód. Zaczęło się od zatajenia prawdy, co niektórym może się wydawać łatwiejsze, ale moim zdaniem jest bardziej skomplikowane. Zostawiłam mężowi jedynie liścik.
„Drogi Thomasie, jestem nieszczęśliwa i nic tego nie zmieni. Nie próbuj mnie szukać. Nie wrócę do domu. Przepraszam, że zabrałam samochód”.
Rose
Przepisywałam go z dwadzieścia razy, ale i tak kiepsko mi wyszło. Pisanie nie jest moją mocną stroną. Brzmiał sztywno i formalnie, a przecież byliśmy małżeństwem od prawie trzech lat i jak by na to nie patrzeć, Thomas to dobry człowiek. Uznałam jednak, że nawet drobna nuta serdeczności sprawiłaby, że będzie mnie szukał, a ponieważ nigdy mnie nie znajdzie, co to by było za życie? Tułałby się po pustyni, pokazywał moje zdjęcie na stacjach benzynowych i rozklejał na słupach telefonicznych plakaty z moim wzrostem i wagą oraz miejscem ostatniego pobytu. Najtrudniejszy okazał się podpis, bo „Twoja Rose” się nie nadawało, a wszelkie inne formułki („z pozdrowieniami”, „z wyrazami szacunku” i tak dalej) uznałam za gorsze niż nic. Więc skończyło się na samym imieniu.
Ale tak jak wspomniałam, zaczęło się od przemilczenia, co oznacza, że treść listu, owszem, była prawdziwa, kryła się jednak za nią większa, pominięta prawda, którą wywiozłam ze sobą z Marina del Rey. Byłam w ciąży. Zalążek dziecka – Thomasa i mojego – spał teraz między moimi biodrami. Życie wielkości ćwierćdolarówki, zawieszone pod kierownicą niebieskiego Dodge’a Darta. Choć może dałoby się prześledzić kłamstwa jeszcze dalej wstecz, do innej ciemnej sprawki, a mianowicie do samooszukiwania się. Okłamywałam się przez dobre trzy miesiące, wmawiając sobie, że mój okres zwyczajnie gdzieś się zapodział, ale niedługo się znajdzie, że moje ciało o nim zapomniało, ale sobie przypomni. Okłamywałam się też, że chcę wyjść za mąż. Ale to już sobie wybaczyłam.
Przebaczenie było kluczem do wszystkiego. Ponieważ nie mogłam o nie prosić, nie mogłam go też otrzymać. Jaki sens miałoby spowiadanie się z grzechu, za który ponosiło się winę, ale z powodu którego nie odczuwało się żalu? Wybacz mi, ojcze, bo zgrzeszyłam, okłamałam męża, porzuciłam go, nie mówiąc mu, że będzie miał dziecko, i gdybym mogła cofnąć czas, postąpiłabym dokładnie tak samo? Wybacz mi, bo zamierzam trwać w kłamstwie po kres swoich dni. Wybacz mi, choć niczego nie żałuję.
Jako dziewiętnastolatka trzykrotnie byłam w Tijuanie, piłam mezcal z chłopcami z ogólniaka, grałam z nimi na pieniądze w rzutki i pozwalałam im się pocałować, ale nic więcej. Czekałam na tego jedynego, który będzie tylko mój. Tak właśnie myślałam w wieku dziewiętnastu lat. Był nawet jeden taki, co mnie szukał, jakbym się zgubiła. Tuzin razy zapuszczałam się aż do Los Angeles i jeszcze dalej, wybrzeżem do Malibu, Zumy i Ventury – miejsc o nazwach tak pięknych, że zdawały się przez to odległe – i za każdym razem wpatrywałam się w fale, pozwalając, by chłopak, który mnie tam zawiózł, objął mnie ramieniem i chwytał wargami końcówki moich włosów, jakby przypadkiem zagnał je tam wiatr, ale nie dbałam o niego. Nie dbałam o żadnego z nich. Wchodziłam do wody aż do późnego listopada, nawet kiedy fale były już tak wysokie i lodowate, że wydawały się przecinać człowieka na pół. Wypływałam w morze mocnymi ruchami ramion, podczas gdy tamten chłopak uciekał z powrotem na plażę i dygotał na słońcu w poszukiwaniu koszuli. Podejmował kolejne próby, wchodził do kostek, potem do kolan, ale woda wypychała go z powrotem tak samo skutecznie, jak mnie unosiła w dal. Przy zwyczajnej pogodzie, jeśli nie ma sztormu, ocean jest dosyć gładki, jeżeli tylko przebrnie się przez fale w pobliżu brzegu. Właśnie dlatego ludzie boją się w nim pływać: próbują przeskakiwać te pierwsze fale, a one ściągają ich na dno i wloką po piasku jak kawałki muszli. Zamiast tego trzeba się przez nie przebić – zanurkować pod spodem dokładnie w chwili, kiedy się podnoszą, ustalić kierunek, zamknąć oczy i płynąć co sił w nogach. Wystarczy to przetrwać, a potem już łatwo się przekonać, że nie ma lepszego miejsca do pływania, ponieważ ocean ciągnie się w nieskończoność. Nie trzeba mieć z nikim do czynienia, jeżeli ma się ochotę na samotność. Jeśli spojrzeć w dal zamiast w stronę plaży, łatwo sobie wyobrazić, że na całym świecie nie ma nikogo oprócz ciebie. Tylko ty i może jeszcze kilka mew.
Nigdy się nie odwróciłam, żeby pomachać do chłopaka na brzegu. Czułam chłód wody, ale nie jego wzrok na sobie. Wiedziałam, jak wyglądałyby moje ramiona i jak ciężko przełknąłby ślinę, gdybym znów zanurkowała i zbyt długo została pod wodą. Pływałam, dopóki się nie zmęczyłam, a nie męczyłam się szybko. Kiedy wychodziłam z powrotem na brzeg Pacyfiku, mogłam być pewna, że on na długo to zapamięta, i ja także – mam na myśli pływanie, nie tego chłopaka.
W kościele modliłam się do Boga. Najpierw każdego ranka w drodze do szkoły, potem każdego ranka w drodze do pracy – choć wtedy nie miałam już tak blisko – wstępowałam do świątyni, żeby klęknąć przed wotywnym świecznikiem. Ogniki tańczyły w szklanych naczyniach, kiedy opierałam się łokciami o klęcznik. Modliłam się za duszę ojca, a jego młoda, przystojna twarz ze ślubnego zdjęcia rodziców – upierałam się, że go pamiętam, ale to nie była prawda – czuwała nade mną z góry. Modliłam się za zdanie egzaminów, do których się nie uczyłam, i o pierścionek z rubinowym oczkiem z witryny sklepu jubilerskiego Cantrella. Modliłam się o buty na obcasie, za koleżanki, o pozwolenie na robienie tego, na co miałam ochotę. Modliłam się, żeby być zauważona, piękna i kochana, ale przede wszystkim o znak, do którego miałam święte prawo. Z każdą zapaloną świeczką, każdą długą zapałką opłacaną dziesięciocentówką i pocieraną o dno skarbonki, przerywającą kościelny mrok rozbłyskiem siarki i płomyka, przypominałam Bogu, że ciągle tu jestem i czekam. Wiedziałam, że znak może przyjść w każdej chwili, ale równie dobrze ta chwila może się okazać bardzo odległa w czasie, dlatego uznałam, że jeśli będę regularnie manifestować Bogu swoją obecność, może przypomni sobie o mnie raczej prędzej niż później. Nie prosiłam o więcej, niż mi się należało, tylko o jeden znak. Bóg był mi go winien, ponieważ w niego wierzyłam i byłam gotowa go słuchać.
Czasem modliłam się o powołanie zakonne i wtedy porzuciłabym wszystkich w sposób, który uczyniłby mnie kimś niezwykłym, mocą mojej woli uświęconej przez Boga. Ojciec O’Donnell twierdził, że Bóg wyznacza nam powołanie, a jego głos, jak psi gwizdek, słyszalny jest tylko dla wybranej osoby. Jeżeli zachowamy otwarte serce i wytężymy słuch, będziemy wiedzieć, co należy zrobić. Zakonnica czy żona? Możliwe ścieżki rysowały się przede mną jak ogromne wrota, a ja nasłuchiwałam Bożych wskazówek. Ale Bóg milczał w San Diego w połowie lat sześćdziesiątych. Jeśli nawet miał swoje zdanie co do tego, jak powinnam postąpić, zachował je dla siebie albo może wygłosił, kiedy akurat brałam prysznic i coś sobie nuciłam, przez co przegapiłam życiową szansę. Byłam jak kobieta zagubiona na pustyni, która tak długo wypatruje wody, aż zaczyna jej się wydawać, że ugasi pragnienie odbiciem światła na piasku. Ostatecznie uznałam, że mój znak przyjął postać Thomasa Clintona – czy ojciec O’Donnell nie wspominał, że Bóg może do nas przyjść pod każdą postacią i dlatego nie powinniśmy nikogo od razu skreślać? Miałam wtedy dziewiętnaście lat i pracowałam jako sekretarka w fabryce słodyczy Simmsa przy Pacific Avenue. Jadłam na plaży przyniesiony z domu lunch, a Thomas, który uczył się wtedy w college’u i chodził do tego samego kościoła co my, spytał, czy mógłby mnie zaprosić na kolację w którąś sobotę.
– W którą sobotę?
Moja matka się ucieszyła, bo Thomas nie pakował czekoladek ani nie rozwoził ich ciężarówką. Ja z kolei zgodziłam się na spotkanie, ponieważ uznałam, że sporo go kosztowało, żeby mnie zagadnąć. Zastanawiałam się, ile razy musiał mi się przyglądać, kiedy go mijałam, ile razy był gotów, żeby się odezwać albo złapać mnie za rękaw, ale ja już zdążyłam go minąć i musiał zaczekać do kolejnej niedzieli. Pomyślicie może, że to zarozumiałe z mojej strony, że może tamtego dnia zobaczył mnie po raz pierwszy i dopiero co przyszło mu do głowy, żeby się ze mną umówić. Ale każda dziewczyna, jeśli jest ze sobą szczera, wie lepiej. Dlatego powiedziałam wtedy „tak” Thomasowi Clintonowi, a potem uznałam, że było to „tak” powiedziane Bogu; dopiero później zdałam sobie sprawę, że powiedziałam „tak” wyłącznie do Thomasa Clintona.
(…)
Ann Patchett „Święta patronka kłamców”
Tłumaczenie: Aleksandra Kamińska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 400
Opis: W tym domu wszystkie kobiety kłamią. Tam, gdzie kiedyś biło cudowne źródło, stoi teraz bardzo szczególny hotel, prowadzony przez zakonnice. Sekrety i kłamstwa wypowiada się tu po cichu, ze wzrokiem wbitym w podłogę, ale już chwilę później powtarza się je głośno, z wysoko podniesioną głową. Zatrzymują się tu tylko niezamężne kobiety w ciąży. Żadna z nich nie wychowa urodzonego w hotelu dziecka.
Ale pewnego dnia pojawia się Rose. Jest inna niż wszystkie pensjonariuszki. Jako jedyna ma kochającego męża, ale mimo to chce oddać dziecko i na zawsze uciec przed światem. Jaką cenę będzie musiała zapłacić za prawo do decydowania o sobie? I czy prawda w końcu ją dogoni?
Niewydana dotąd w Polsce debiutancka powieść Ann Patchett – autorki „Domu Holendrów” – to poruszająca historia o macierzyństwie, pragnieniu wolności i kłamstwie, które czasem wydaje się jedynym słusznym wyjściem. Autorka mistrzowsko oddaje zawiłości relacji międzyludzkich i pokazuje, że nigdy nie wiemy wszystkiego, nawet o najbliższych.
fot. Ann Patchett: Emily Dorio
TweetKategoria: fragmenty książek













