banner ad

Czas rozpadł się Annie w dłoniach. Przeczytaj fragment powieści „Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn” Selji Ahavy

18 maja 2026

Opublikowany przez Wydawnictwo Relacja „Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn” Selji Ahavy to opowieść o pamięci, stracie i świecie, który stopniowo traci swoje wyraźne granice. Główną bohaterką książki jest Anna, która po śmierci męża próbuje odnaleźć siebie wśród wspomnień, obrazów morza i fragmentów codzienności, coraz bardziej wymykających się logice czasu i rzeczywistości. Ceniona fińska pisarka i laureatka Europejskiej Nagrody Literackiej z czułością i poetycką precyzją opowiada o tym, co kruche, niewypowiedziane i trudne do uchwycenia. Powieść znajdziecie w księgarniach, a poniżej przeczytacie jej fragment.

Czas rozpadł się Annie w dłoniach. Rozpościerał się jak leżąca na kolanach uszyta ze skrawków narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej wielkości i tak samo oddalone od siebie. A Anna przyglądała się tym kawałkom ze zdziwieniem, nie mogąc doszukać się w nich żadnej większej logiki.

Czasami skrawki pamięci unosiły się ze szpitalnej narzuty w powietrze, zaczynały tańczyć i rozpierzchały się bez ładu i składu. Wówczas rozbawiona tym Anna zaczynała opowiadać leżącej obok pani Kuronen o angielskim puddingu bożonarodzeniowym, który najpierw przechowywano pod łóżkiem przez pięć lat, a później podpalano przy użyciu brandy. Albo o tym, jak szczenięta nietoperza spadały z komina na podłogę w salonie i w popłochu wczołgiwały się pod kanapę. Albo jak klucz wiolinowy wzbił się do lotu, zmienił kolor, po czym wślizgnął się jej do ust.

– Nie wzięłaś tabletek? – wymamrotała pani Kuronen.

– Pfff – odparła Anna – spokojnie, dobrze rozumiem, co się tu dzieje. Ale to i tak jest fantastyczne. Te kawałki tutaj latają jak popadnie.

Przyglądając się patchworkowej narzucie, Anna była niemal całkiem pewna jednego. Zaczęło się od wyspy. Wyspa była gdzieś na początku. I to na nią próbowała wracać, gdy wszystko wokół gmatwało się albo odlatywało przed siebie.

Na wyspie była płaska, rozległa, jasnoczerwona skała, kilka sadzawek z żabami, wielkie odłamy skalne rozsiane to tu, to tam i pusty horyzont w jednym kierunku. Wytrwałe, wykręcone sosny rosły, stawiając czoła wiatrowi z południowego zachodu, a wszystkie ich gałęzie wyginały się zgodnie z jego kierunkiem. Przed sośniną ciągnął się żwir, potem połać większych kamieni, a rumowisko rozpościerało się daleko aż do z wolna pogłębiającego się morza.

Zimowe lody obracały głazy dla zabawy. Anna pamiętała, że na jednej ze skał na brzegu była twarz mężczyzny. To był albo ten brzeg, albo ten po drugiej stronie cypla, w każdym razie wszystko jedno. Powierzchnia skały spoglądała ponuro na prawo, usta były poważne, nos mocno zarysowany. I również ten głaz obróciły lody, lecz Anna nie rozpoznawała już jego kształtu. Wiedziała tylko, że gdzieś na jego odwrocie smutny mężczyzna wpatrywał się w mokre żwirowe dno.

Domek stał u podnóża skały. Latem, patrząc od strony morza, nie sposób było go dostrzec, ale gdy opadły liście, blaszany dach błyszczał pośród drzew. Przed domkiem rozciągał się kolejny kamienny rumosz, spomiędzy kamieni wyrastały wiązówka, trzciny i pięć zawziętych olch.

Na wyspie był też Antti.

Antti siedział na ganku z książką w ręce, filiżanką wystygłej kawy i czytał Annie na głos. Od czasu do czasu Antti chodził na koniec cypla obserwować morze i mierzyć siłę wiatru. Unosił wiatromierz pod wiatr i stał jak Statua Wolności ze swoją pochodnią.

Antti miał jasne, bujne włosy, które uparcie opadały na czoło, a na czubku głowy sterczały w powietrzu, zwłaszcza kiedy chodził spać z włosami wilgotnymi po saunie. Może dlatego spojrzenie Anttiego było tak przenikliwe, bo zawsze musiało pokonywać najpierw przeszkodę z grzywki. Od czasu do czasu dmuchał w górę, by zrobić oczom miejsce. Robił tak już jako dziecko. Skóra Anttiego miała barwę skał na wyspie, była blado nakrapiana piegami, szorstka od wiatru. Z biegiem lat jego broda zrobiła się ruda i w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki od słońca.

Skała należała do wyspy, a Antti do życia Anny. Antti był synem nauczycielki biologii i od podstawówki chodził z Anną do jednej klasy. Tak właściwie miała wrażenie, że Antti od zawsze był gdzieś w pobliżu, z tymi samymi poważnymi oczami wciąż obserwującymi innych, ustami ssącymi długopis lub wykałaczkę. I chociaż w szkole nie znali się jeszcze za dobrze, to szaleli na tych samych wycieczkach szkolnych, stresowali na tych samych klasówkach, w tych samych latach wystrzeliwali w górę, uwielbiali tę samą nauczycielkę języka ojczystego, popalali papierosy za tym samym transformatorem, znali swoich przyjaciół i rodziny.

Gdy poszli na uniwerek, zaczęli się spotykać. Na trzecim roku studiów wyremontowali dla siebie stary domek letniskowy i każdej wiosny, gdy lody puściły, płynęli na wyspę łódką wiosłową, którą otrzymali w prezencie zaręczynowym.

Psy zmieniały się na przestrzeni lat, lecz wszystkie polowały na ptaki, wszystkie wykopywały z ziemi krety. Samica nurogęsi z młodymi zdołała utopić jednego, gdy popłynął za nią za daleko, prosto w stronę otwartego morza i Związku Radzieckiego. Anna z Anttim stali na skale i zdzierali od krzyku gardła. Antti brodził w przybrzeżnej wodzie, wspinał się na skałę, rzucał kamieniami i próbował zachęcać zwierzę patykiem. Anna wabiła kiełbasą, groziła i przeklinała psa oraz nurogęś, poniżała się, oglądana przez wszystkich. Choć przecież nikt nie patrzył, oprócz Anttiego, który krzyczał tuż przy niej. Gdyby tylko mieli wtedy łódkę – ale zostawili ją na drugim brzegu z powodu sztormu. W końcu pies zniknął, opadł na dno. Tych kilka razy, kiedy zawahał się i zwolnił tempo, samica nurogęsi zataczała wokół niego koła, podpływała bliżej i terkotaniem zachęcała psa do kolejnego ataku.

Anna z Anttim siedzieli cały wieczór na brzegu w oczekiwaniu, że pies jednak się wyłoni. Z zawstydzonym, zwieszonym łbem, przemokniętą do cna sierścią, w całej swej skundlonej okazałości. Lecz tak się nie stało, pies przepadł.

Po tym zdarzeniu Anna znienawidziła nurogęsi do tego stopnia, że włos jeżył jej się na sam dźwięk dobiegającego z brzegu terkotania. Gdy mewa morska zaatakowała miot nurogęsi, Anna siedziała na ganku z nadzieją, że mewa zdoła pochwycić jak najwięcej małych nurogęsi. I gdy pewnego ranka po burzy samotne oddzielone od reszty pisklę pływało w tę i we w tę wzdłuż brzegu, popiskiwało rozpaczliwie, coraz bardziej zmęczone poszukiwaniem matki, w tę i we w tę, w tę i we w tę, nawet wtedy jej serce nie zmiękło ani odrobinę.

Były poranki, kiedy Antti był w mieście, a Anna budziła się we dwoje z psem. Parzyła kawę i słuchała wiadomości, spoglądała na zegar i myślała, że jeszcze czternaście godzin i znów będzie można iść spać. W takie poranki siedziała na ganku w fotelu, obserwowała podwórko i myślała po prostu: kamień, brzoza, trawa, fotel. Kamień, brzoza, trawa, fotel.
(…)

W nocy Anna siedziała po ciemku w kuchni i rozmyślała o martwej kobiecie. O złożonej pod głową ręce, zamarzniętej na kość nodze, lodowym meszku pokrywającym brwi i oczy. Anna zazwyczaj spała w tej samej pozycji, ale teraz sen nie chciał nadejść. Nie mogła przestać wspominać, jak twarde zdawały się goleń i łydka kobiety. Jak gdyby ktoś naciągnął nogawkę spodni ze skarpetą na twardy kawałek drewna. Anna wyjęła z szuflady czekoladę Fazera i ułamała pasek.

Potem rozmyślała o dryfujących na krze mężczyznach, którzy żywili się surową rybą i śniegiem i dzień po dniu wypatrywali krawędzi stałego lodu. Na Syberii krążyło wiele historii o zaginionych na morzu. Wyobrażała sobie, jak ubranie z futra przyrasta powoli do skóry, a twarz pokrywa się zarostem. Jak po dotarciu na ląd nie biegali już na dwóch nogach, lecz ich tylne kończyny wygięły się w hak, a barki zgarbiły, nadając im zwierzęcą posturę. Jak wracali do swojej wioski i wybijali całe bydło. Tak jak te znalezione w Indiach dziewczynki, których nogi już nigdy się nie rozprostowały, bo żyły niemal dziesięć lat razem z wilkami. Chociaż nie, to była przecież inna sprawa.

Anna dobrze wiedziała, dlaczego kobieta zmarła w lesie. Mogłaby rzec: zimno spłatało jej figla. Mogłaby rzec: do snu zimowego należy się porządnie przygotować, nie można sobie przysnąć ot tak, gdzie popadnie, z pustym brzuchem, w zwyczajnych ciuchach. Ale może kobieta nie miała zamiaru przysypiać. Może czuła się zmęczona już od dłuższego czasu, nie zdając sobie z tego sprawy. Nawet codzienne obowiązki okazywały się trudne do wykonania, kobieta z dnia na dzień stawała się coraz bardziej powolna. Może tylko usiadła, przycupnęła, by popodziwiać krajobraz, i nagle zrobiło się zbyt późno. Tak jak podczas spaceru Anny. Po czterech godzinach kobieta nie była już w stanie wstać, ziemia pod nogami zrobiła się miękka i ciepła, kobieta położyła się i pomyślała: to tylko krótka drzemka. I zanim zdała sobie z tego sprawę, padający śnieg zaczął zmieniać się w skorupę na jej kurtce.

Takie rzeczy się zdarzały. Z początku wszystko było znajome. Wystarczyła tylko jedna pomyłka, jeden nieuważny krok, jakieś zakłócenie, rozpadająca się i dryfująca w dal lodowa kra, by to, co znajome, przeistoczyło się w obce. Jedno ciało w lesie. Jeden wilk na skraju pola. Matka, która odwróciła się na chwilę, a w tym czasie wilk wyłonił się z lasu i zgarnął pozostawione na skraju pola niemowlę. Tak to się działo.

Na pierwszym piętrze bloku naprzeciwko w jednym z okien paliło się światło. To był salon Viena Hiltunena. Vieno siedział tam i układał puzzle albo przerzucał kanały pilotem. Vieno twierdził, że już w ogóle nie sypia. Anna w to nie wierzyła, ale się nie upierała. W oknie Pekkali też świeciło się światło, bo w tym tygodniu znów miała na poranną zmianę.

Anna wspominała swój kącik do spania na wyspie, niebieskie zasłony i tajemnicze światło, które wpadało do pokoju w jasne sierpniowe noce, gdy księżyc pobłyskiwał zza drzew w lesie.

Na tkaninie były wzory, które dawało się dostrzec tylko nocą, gdy pozostałe światła były zgaszone. Za dnia powierzchnia zasłony była dwuwymiarowa i nieprzezierna, lecz nocą materiał zdawał się topnieć i tworzyć wielopoziomowe, krzyżujące się ze sobą kształty, a cała zasłona żarzyła się do środka i na zewnątrz.

Kącik w domku letniskowym był ulubioną sypialnią Anny. Czas przed zielonymi zasłonami, czas przed ruchem ulicznym w Londynie, czas, zanim trzeba było używać piżam. Mieszkając w domku, Anna kochała mrok. Ciemność była niebieskim ruchem i oddech Anttiego był jego częścią, a gdy kołdra unosiła się na chwilę i opadała, wyłaniał się spod niej wspólny zapach ich ciał, który rozlewał się na twarzy. Oboje sypiali nago i Anna pamiętała, jak śpiąca skóra Anttiego wygląda w niebieskim świetle. Czasem mężczyzna otwierał oczy, uśmiechał się do Anny przez sen, mówił „cześć”, po czym zasypiał znowu.

Wygładzona przez epokę lodowcową skała, zmiękczona sauną skóra. Piegi i sadzawki pełne żab. Anna była osadzona w Anttim jak sosna w szczelinach skały.

Na piętrze coś trzasnęło. Syn Hagertów, który przechodził właśnie okres dojrzewania, poszedł do toalety. Pokój chłopaka mieścił się nad salonem Anny i ostatnimi czasy nastolatek zaczął hałasować i trzaskać intensywniej niż wcześniej.

Grzejnik szemrał, za parkiem buczała ciężarówka, w kuchni tykał zegar. Czasami nocą Anna słuchała przejeżdżających obok ciężarówek i wyobrażała sobie, że to martwe fale. Wtedy bawiła się myślą, że mieszka nad brzegiem morza, i ogarniało ją wspaniałe uczucie przestrzeni. Pocztowe ciężarówki zwoziły listy z lotniska, poczta z całego świata tworzyła za parkiem martwe fale, z daleka wiał wiatr.
(…)

Selja Ahava „Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn”
Tłumaczenie: Justyna Polanowska
Wydawnictwo: Relacja
Liczba stron: 240

Opis: Pamięć Anny rozpada się na fragmenty – podobnie jak czas. Życie składa się z porozrzucanych scen, którym przygląda się jedna po drugiej, próbując uchwycić sens. Jest wyspa i morze, znajomy krajobraz oraz Antti, mąż. Gdy Antti ginie w wypadku samochodowym, Anna wyrusza w podróż przez miejsca i stany świadomości. Londyn na chwilę staje się dla niej schronieniem: miastem wystarczająco anonimowym, by pomieścić kogoś zagubionego. Lecz nawet tam rzeczywistość zaczyna się rozmywać, a umysł zamyka się we własnych labiryntach. Balansując między realizmem magicznym, fantastyką i subtelną ironią, Ahava opowiada o codziennym zmaganiu osoby żyjącej z zaburzeniami pamięci. To, co z zewnątrz może wydawać się surrealistyczne, dla Anny jest nieustanną próbą ocalenia tożsamości i zdolności bycia wśród innych.

Powieść ukazuje się w projekcie Tandemy translatorskie – druga edycja realizowanego przez Grupę Wydawniczą Relacja jest współfinansowany przez Unię Europejską w ramach programu Kreatywna Europa. Wsparcie obiegu literatury europejskiej.

fot. © Liisa Valonen/mat. prasowe Wydawnictwa Relacja

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek