Co się przydarzyło Lucy, zanim trafiła do Agencji Perdido? Przeczytaj początek pierwszego tomu serii Victora Dixena

Victor Dixen specjalizuje się w pisaniu powieści grozy i science fiction dla młodzieży. Wydawnictwo Kropka postanowiło przybliżyć polskim czytelnikom jego cykl o Agencji Perdido. W pierwszym tomie, „Droga przez mrok”, poznajemy Lucy, nastolatkę mieszkającą w lesie, której matka nagle znika. Dziewczyna zostaje przygarnięta przez ciotkę z Nowego Jorku, która w zamian za wikt każe jej polować na rzeczy pozostawione przez pasażerów w pociągach. Los stawia Lucy na drodze tajemniczą Ritę Perdido, która oferuje jej pracę w swojej agencji. Kobieta zatrudnia „odnajdywaczy” potrafiących odzyskać rzeczy zagrabione przez straszydła zwane boogeymenami.
Seria o Agencji Perdido powstała z myślą o czytelnikach od 11. roku życia, ale – jak przyznaje autor – przyciąga również starszą publiczność. „Na spotkaniach autorskich widzę czasami całe rodziny, w których moje książki są przekazywane z pokolenia na pokolenie, z dzieci na rodziców, a nawet dziadków” – mówi. „Dla mnie saga o Agencji Perdido jest refleksją na temat straty, która naznacza ludzką egzystencję. Jak iść naprzód pomimo tego, co tracimy? Czy rzeczy, które straciliśmy, odnajdujemy dokładnie takie same, czy też się zmieniły? A może to my się zmieniliśmy?” – dodaje.
Poniżej możecie przeczytać pierwsze dwa rozdziały z powieści „Droga przez mrok” otwierającej serię o Agencji Perdido.
1
Wieczór, w którym straciłam mamę
Kiedy tamtego październikowego wieczoru rok temu autobus szkolny podjechał pod mój dom, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak: mama nie stała przed drzwiami. Mały, samotny domek, w którym mieszkałyśmy we dwie, znajdował się na końcu górskiej drogi w lesie Catskills we wschodniej części stanu Nowy Jork. O tej porze roku dach pokrywały martwe liście. Jesień trwała w pełni, przyroda płonęła kolorami, szykując się do zapadnięcia w zimowy sen. Z kamiennego komina unosił się dym. Jego smugi tańczyły w świetle latarni ustawionych na trawniku, po czym znikały w zasnuwającej właśnie okolicę nocy.
Ten widok był mi znajomy. Nieobecność mamy – mniej. Każdego wieczoru zazwyczaj wypatrywała przez okno w kuchni przyjazdu żółtego autobusu szkolnego i wychodziła, aby powitać mnie w drzwiach domu. Jej postawę matki kwoki często odbierałam jako zawstydzającą. Mama uważała, że musi robić więcej, żeby zrekompensować mi nieobecność zmarłego tuż po moich narodzinach ojca. Ta nadmierna troska budziła moje zażenowanie. Obawiałam się, że kierowca i inni uczniowie wezmą mnie za smarkulę. Tamtego dnia nikt jednak na mnie nie czekał, a ja nie poczułam żadnej ulgi, wręcz przeciwnie – raczej dreszcz niepokoju na plecach. Zamarłam na stopniach autobusu, jakby jakaś część mnie odmawiała wyjścia.
– Wszystko w porządku, Lucy? – zapytał kierowca.
Czułam na karku wzrok uczniów obecnych w autobusie, tych, którzy – tak jak ja – mieszkali w najbardziej oddalonych miejscach i byli odwożeni jako ostatni. Spieszyło im się, by wrócić do siebie. Zerknęłam na wiatę i sprawdziłam, czy stoi pod nią samochód mamy. Tak, była w domu.
– Wszystko w porządku, panie Bobie – odpowiedziałam. – Do jutra.
Automatyczne drzwi zamknęły się za mną z ciężkim sapnięciem. Kierowca autobusu dodał gazu i odjechał krętą drogą. Zniknął za drzewami ginącymi w zapadającym zmierzchu. Blask reflektorów zgasł za jodłą, a pomruki silnika pochłonął las.
Nagła cisza sprawiła, że zadrżałam. Latem w Catskills słychać było śpiew ptaków i brzęczenie owadów. Jednak w sercu jesieni ciszę zakłócało jedynie skrzypienie gałęzi poruszanych wiatrem z północy. Ruszyłam pospiesznie w stronę domu. Był to stary budynek w stylu górskiej chaty, który moi rodzice odnowili zgodnie z własnym gustem. Nieliczni goście uważali go zazwyczaj za czarujący, ale tamtego wieczoru wydawał mi się dziwnie ponury. Na progu drzwi wejściowych stały cztery dynie. Razem z mamą wycięłyśmy w nich wyszczerzone twarze, zgodnie z typową dla tej pory roku tradycją. Pozostały już tylko dwa tygodnie do nocy trzydziestego pierwszego października, to znaczy Halloween. Po raz kolejny miałyśmy ten czas spędzić we dwie, oglądając jakąś niezbyt przerażającą starą komedię grozy, jak „Gremliny rozrabiają” albo „Sok z żuka”. Mama wykorzystywała swoje umiejętności aktorskie, żeby naśladować głosy i tworzyć nowe postaci, aż zaśmiewałyśmy się do łez.
Uśmiechnęłam się na to wspomnienie i przekręciłam gałkę. Drzwi były zamknięte. To normalne, mama zawsze nalegała, żebyśmy zamykały je na klucz, nawet kiedy byłyśmy w domu. W naszej oddalonej od zwartych zabudowań okolicy ostrożności nigdy za wiele, twierdziła.
Wyjęłam pęk kluczy z plecaka i otworzyłam drzwi, zdobione wzorami z kutego żelaza.
– Meg?! – zawołałam, wchodząc do salonu.
Od kilku miesięcy miałam w zwyczaju zwracać się do niej zdrobnieniem „Meg”, od „Margaret”, zamiast „mamo”. Jeden ze sposobów na powolne odcinanie pępowiny. Bawiło ją to i czerpała osobliwą przyjemność z odpowiadania mi pieszczotliwymi przydomkami w stylu: „Tak, mój cukiereczku?” albo „O co chodzi, pączusiu?”.
Tamtego wieczoru jednak nie usłyszałam żadnych słodkich ksywek. Tylko melodię – z wieży stereo płynęła muzyka klasyczna. Trzeba przyznać, że moja mama nadal posiadała pokaźną kolekcję płyt CD. Nasz leśny dom stał w takim odosobnieniu, że internet był tu bardzo słaby. Nie mogłyśmy liczyć na żadną cyfrową platformę muzyczną, musiałyśmy uciekać się do starych, dobrych metod.
– Meg, wróciłam – oznajmiłam nieco głośniej.
Na pewno była w domu – poza samochodem i muzyką świadczyły o tym zapalone wszystkie światła w salonie. W powietrzu unosił się zapach jesiennych przypraw: cynamonu, imbiru, goździków. Mama zapewne przygotowała na deser tartę dyniową, październikowy klasyk. Nawet czajnik elektryczny w kuchni był jeszcze ciepły.
– Mamo! – krzyknęłam na cały głos, łamiąc własną zasadę.
Nadal nic. Nic poza melodią płynącą z głośników w salonie. Wsłuchałam się i rozpoznałam „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego. Romantyczny walc. Utwór się skończył, a potem rozpoczął na nowo. Dlaczego mama ustawiła wieżę tak, żeby odtwarzała jeden kawałek w kółko? I dlaczego nie odpowiadała na moje wołania? W melancholijne akordy skrzypiec wdarł się inny rytm, uderzeń mojego serca – w skroniach czułam jego coraz szybsze bicie.
Uświadomiłam sobie, że autobus szkolny jest już daleko. Zdawało mi się, że przez okna obserwuje mnie ciemna, cicha noc. W promieniu wielu kilometrów nie stał żaden inny dom. Jeśli z jakiegoś niezrozumiałego powodu mojej mamy nie było, oznaczało to, że jestem zupełnie sama. Zaledwie czternastoletnia dziewczyna w małym domku zagubionym w środku lasu.
Nagle od kuchennego okna dobiegł głuchy dźwięk:
Bum!
Krzyknęłam zaskoczona i przerażona. Na zewnątrz znajdował się ktoś, kto chciał wejść do środka. Ogarnął mnie irracjonalny strach z przeszłości: Władca Cierni! Nie myślałam o nim od lat, ale od razu mnie to zmroziło. Chodziło o potwora, którego mama wymyśliła, gdy byłam mała, aby odwieść mnie od samotnych spacerów po lesie… i wpoić mi, żebym zawsze zamykała drzwi na klucz. Czego zapomniałam zrobić teraz, po powrocie.
Bum!
Z trudem łapiąc oddech, odwróciłam się na pięcie i pobiegłam w stronę drzwi. Nie miały gałki z samozatrzaskującym się mechanizmem, takiej jak w wielu współczesnych domach, więc żeby zamknąć je od środka, trzeba było użyć klucza.
Gorączkowo przeszukiwałam dno plecaka. Miałam wrażenie, jakby ten przeklęty pęk kluczy celowo wyślizgiwał się z moich czterech palców – tak, czterech, bo urodziłam się bez małego palca u prawej ręki. Zazwyczaj ta anomalia wcale mi nie przeszkadzała, nauczyłam się trzymać długopis jak inni uczniowie, ale tej ponurej nocy, w chwili paniki, miałam wrażenie, jakbym przeszła poważną amputację.
Bum!
W końcu trafiłam na klucze, włożyłam jeden do zamka i przekręciłam tak gwałtownie, że złamałam paznokieć. Byłam zbyt zdenerwowana, żeby czuć ból. Ściśnięty żołądek utrudniał mi oddychanie. Za mną wciąż – w kółko – rozbrzmiewał walc Czajkowskiego.
„Władca Cierni nie istnieje” – mruknęłam cicho. „Jestem za stara, żeby wierzyć w te historie. Na zewnątrz nie ma nikogo”.
Jakby w odpowiedzi na moje słowa rozległo się czwarte uderzenie, tym razem w okno w salonie.
Bum!
Okazało się, że to mała szara wiewiórka puka pyszczkiem w szybę. Karmiłyśmy ją z mamą jesienią i zimą nasionami słonecznika oraz odrobiną masła. Spanikowałam bez powodu! Mój żołądek się rozluźnił. Westchnęłam głęboko.
Ale ulga nie trwała długo. W domu nadal nie było znaku życia. Podniosłam słuchawkę telefonu stojącego na stoliku w salonie i wybrałam numer Patricii, koleżanki mamy z pracy, z małego sklepu spożywczego w Grayfall, pół godziny drogi od naszego domu.
– Halo? – powiedział do słuchawki lekko zachrypnięty głos. Patricia dużo paliła.
– Dobry wieczór, Patricio. Z tej strony Lucy Lachance. Córka Meg.
– Wiem, kim jesteś, mała Lucy! Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
Patricia wciąż rozmawiała ze mną tak samo jak wtedy, gdy byłam mała. Wydawało się, że jeszcze do niej nie dotarło, że stałam się nastolatką.
– Czy moja mama jest nadal z panią w sklepie? – zapytałam.
– Przypominam ci, Lucy, że sklep zamyka się o szesnastej. Meg pojechała do domu ponad dwie godziny temu. A tak przy okazji, powinnaś kiedyś wpaść. Przyszły ciasteczka z orzechami makadamia, przepyszne! O ile dobrze pamiętam, to twoje ulubione, prawda?
Mój żołądek, wcześniej lekko rozluźniony, znowu się zacisnął.
– Meg zniknęła – zdołałam powiedzieć słabym głosem.
Ogłoszenie tego horroru, ubranie go w słowa sprawiło, że zaszlochałam. Kiedy pomyślałam o wszystkich tych sytuacjach, w których wstydziłam się nadopiekuńczości mamy! Och, nigdy więcej nie będę narzekała, że czeka na mnie na progu!
– Co masz na myśli, mówiąc zniknęła? – głos Patricii zatrzeszczał w słuchawce.
Koniec z żartami i ciasteczkami. Zrozumiała, że sytuacja jest poważna.
– Kiedy wróciłam, wszystko było włączone – wyjaśniłam. – Ale mamy nie ma.
– Sprawdziłaś w całym domu?
– Tylko na parterze – wyjąkałam. – Ale… wołałam ją kilka razy.
Wypowiadając te słowa, poczułam się głupio. A co, jeśli mama jest w domu, tylko zasłabła i nie może mi odpowiedzieć? Co, jeśli pilnie potrzebuje pomocy? Może jej życie wisi na włosku, a ja marnuję czas, jęcząc w słuchawkę?
– Pójdę i sprawdzę na górze – wysapałam. – Proszę, niech się pani nie rozłącza.
– Nie! Zostań, gdzie jesteś, zadzwonię na numer alarmowy po pomoc i…
Nie usłyszałam końca zdania, bo położyłam słuchawkę obok telefonu i rzuciłam się w stronę schodów.
2
Zapach siarki
Włączyłam światło i wbiegłam na piętro.
– Mamo! – krzyknęłam. – Jeśli jesteś na górze, nie martw się, już idę!
Otworzyłam drzwi jej pokoju: był pusty. Mój również, tak jak i nasza wspólna łazienka. Zamierzałam wrócić na dół, do rozmowy z Patricią, gdy nad moją głową coś zaskrzypiało. Strych. Nie pomyślałam, by sprawdzić to ostatnie pomieszczenie, które służyło nam za schowek, a do którego nigdy nie wchodziłam… Co do tych hałasów, to na pewno sprawka szczura lub kuny, prawda? Po tym, jak spanikowałam z powodu zwykłej wiewiórki, nie stchórzę przez taką błahostkę.
Ruszyłam w stronę drzwi na samym końcu korytarza. Otworzyły się ze skrzypnięciem. Za nimi w ciemności wznosiły się schody. Na poddaszu nie miałyśmy instalacji elektrycznej. Poszukałam po omacku zardzewiałej latarki, którą mama trzymała na gwoździu. Z żarówki wystrzelił migoczący strumień światła, bateria była ewidentnie na wyczerpaniu. Cóż, to wystarczy, żeby rzucić szybko okiem na strych, gdzie z pewnością nie było nic do zobaczenia. Zresztą skrzypienie ustało.
Wchodziłam po kolejnych stopniach przy akompaniamencie stłumionych dźwięków walca Czajkowskiego dobiegających z parteru.
– Meg? – zawołałam, ale nie czekałam na odpowiedź.
Omiotłam pomieszczenie anemicznym światłem latarki. Tu zepsuta deska do prasowania… Tam siatka do badmintona, której nie wyciągniemy do lata… Dalej, w przezroczystych plastikowych pokrowcach, stosy starannie złożonych koców…
Nagle, kiedy strumień światła padł na stary rower, stos bagaży za nim zawalił się jak domek z kart. Podłoga zadrżała, a pode mną ugięły się nogi. Gdy ostatnia walizka upadła na ziemię, deski przez moment nadal jeszcze lekko drgały. Wstrzymałam oddech, moja przepona zacisnęła się jak pięść. Nie było możliwości, żeby to pod łapkami szczurów deski tak głośno trzeszczały. Uginały się pod ciężarem człowieka, i to o wadze co najmniej stu kilogramów. Intruz musiał się ukryć za stertą walizek, kiedy weszłam na piętro. A teraz wycofywał się w cień strychu.
W mgnieniu oka zrozumiałam, dlaczego Patricia błagała mnie, żebym została na dole. Wyobraziła sobie najgorsze. Włamanie. A ja, ptasi móżdżek, właśnie szłam prosto do jaskini lwa.
Latarka zaczęła drżeć mi w dłoni.
Promień światła przede mną zamigotał.
Na usta cisnęły mi się niewyraźne słowa:
– Ja… ja… ostrzegam…
Sparaliżowana ze strachu, nie byłam w stanie uciec. Mogłam tylko gorączkowo omiatać strych snopem słomkowego blasku, próbując zobaczyć, kto się tam ukrywa. Ale światło było za słabe. I przygasało z każdą sekundą. Bateria się wyczerpywała. Za moment znajdę się w całkowitych ciemnościach.
Nagle podłoga znów zaczęła głośno skrzypieć. Intruz szedł w moim kierunku. Deski drżały pod jego ogromnym ciężarem. Co gorsza, usłyszałam też, jak coś głucho uderza o belki znajdujące się ponad trzy metry nade mną. Jak gdyby głowa nieznajomego waliła o sufit. W tej samej chwili promień światła na końcu mojej dłoni całkowicie zgasł. To był impuls, który wyrwał mnie z odrętwienia. Wydałam z siebie przenikliwy krzyk, upuściłam bezużyteczną latarkę i rzuciłam się w stronę schodów.
Ale pomieszczenie zagracały stosy toreb i meble, istny tor przeszkód, pośród którego nie sposób było odnaleźć drogę, jeśli nie widziało się wyraźnie. Wpadłam na zaszytą w mroku przeszkodę, potknęłam się i uderzyłam mocno podbródkiem o podłogę, aż przez szczękę przeszła mi fala bólu. Zadzwoniło mi w głowie. Podłoga za mną skrzypiała coraz głośniej, belki rezonowały jak drewniane płytki gigantycznego ksylofonu… Intruz zbliżał się, przewracając wszystko na swojej drodze.
Zdyszana, próbowałam wstać.
Drzazgi wbiły mi się w dłonie.
Moje płuca również zdawały się naszpikowane tysiącem drzazg.
Każdy wdech wydawał się trudniejszy niż poprzedni, bo panika ściskała mi klatkę piersiową, a nozdrza… wypełniał ostry zapach. To on, intruz, go wydzielał, byłam pewna. Duszący zapach siarki.
Mówi się, że pamięć zapachów jest najbardziej pierwotna, bezpośrednio połączona z najgłębszymi rejonami mózgu. Z niewyobrażalną siłą odżyło we mnie pewne wspomnienie: truchło sarny w połowie pożarte przez lisa, na które trafiłyśmy z mamą podczas spaceru po lesie, gdy miałam sześć lat. Szczegóły wyglądu padliny pojawiły się w mojej pamięci z przerażającą dokładnością. Odsłonięte kości żeber… Szkliste oczy zwrócone ku niebu… I boki opuchnięte od gazu gnilnego.
To był ten sam zapach, który przyprawiał mnie o mdłości teraz, gdy klęczałam na czworakach na ciemnym strychu, jakby… jakby nadchodziła moja własna śmierć.
– Nie… – załkałam. – Nie chcę umierać.
Nadludzkim wysiłkiem w końcu udało mi się wstać. Rzuciłam się w stronę schodów, wstrzymując oddech, by nie zemdleć. W tej panicznej ucieczce ledwo czułam, jak obijam się o rogi stołów i komód.
Zbiegłam po schodach, trzymając się ściany i niemal upadając przy każdym kroku. Gdy tylko dotarłam na pierwsze piętro, zatrzasnęłam za sobą drzwi, wpadłam do swojego pokoju i chwyciłam krzesło. Sekundę później wybiegłam z nim na korytarz i wcisnęłam jego oparcie pod klamkę drzwi na strych, żeby je zablokować.
Potem pognałam jak oparzona na dół. Dopiero wtedy, w uspokajającym świetle lamp, uświadomiłam sobie ból. Moje ciało było całe poobijane. Z rozciętego podczas upadku podbródka ciekła strużka krwi.
Walc Czajkowskiego wciąż rozbrzmiewał z wieży stereo, ale do dźwięków orkiestry dołączyło przenikliwe wycie syreny policyjnego radiowozu, który jechał z zawrotną prędkością drogą prowadzącą do domu.
*
Powiadomiona przez Patricię policja niczego nie znalazła. Żadnego śladu włamania. Ani najmniejszego śladu kradzieży. A przede wszystkim nikogo na strychu. Był pusty. Intruz, którego z pewnością słyszałam, zniknął równie tajemniczo jak moja mama.
– Przysięgam, że ktoś tam był – powiedziałam do policjanta.
– Jaki „ktoś”, młoda damo? Podasz mi jego rysopis?
Nie byłam w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Jak mogłam mu wytłumaczyć, że wyczuwam obecność olbrzymiej istoty, znacznie większej niż jakikolwiek człowiek?
– Nie widziałam go, ale słyszałam i… poczułam – odparłam, bliska łez.
– W ciemnościach można sobie wyobrazić dużo rzeczy. Zwłaszcza w twoim wieku, gdy zbliża się Halloween.
Strych, oświetlony policyjnymi latarkami, wydawał mi się mniejszy. Jak gdyby światło go skurczyło. Jak gdyby wszystko, co myślałam, że tam przeżyłam, było tylko sennym koszmarem.
– Proszę powąchać! – krzyknęłam. – Nadal czuć ten zapach. Jest słabszy, ale nie zniknął zupełnie.
Komisarz ze znużeniem wciągnął powietrze. Pod oczami miał sine worki. Dla niego był to z pewnością koniec długiego dnia pracy.
– Taaa… czuć tu może słaby zapach zgniłego jaja. Pewnie gdzieś leży zdechły szczur. – Westchnął i dodał: – Mam na głowie dość spraw związanych z ludźmi, nie będę jeszcze wszczynał śledztwa dotyczącego gryzoni. Ha, ha, ha!
Szybko przeprowadzono dochodzenie. Ustalono, że Margaret Lachance wyjechała dobrowolnie. Powiedziano mi też, że nie mogę mieszkać dalej sama w Catskills. Że muszę opuścić jedyny region znany mi od małego i zamieszkać w Nowym Jorku z ciotką, której nigdy wcześniej nie spotkałam.
W głębi duszy byłam przekonana, że mama mnie nie porzuciła. Ale nie miałam żadnego dowodu. Zapach siarki ostatecznie się ulotnił. Wrażenia z tamtej nocy również zbladły, aż w końcu przekonałam samą siebie, że to wszystko było wytworem mojej wyobraźni.
Nie wiedziałam, że cienie są nawiedzane przez demoniczne stworzenia, które wślizgują się z innego świata, aby odrywać kawałki naszego. Podobnie jak większość ludzi nie miałam pojęcia o istnieniu straszydeł. Nie poznałam jeszcze Rity Perdido i jej tajemniczej agencji. Do tych niezwykłych wydarzeń doszło znacznie później, rok po tym, jak straciłam wszystko – mamę, dom i to, co łączyło mnie z dzieciństwem.
(…)
Victor Dixen „Agencja Perdido. Droga przez mrok”
Tłumaczenie: Natalia Zmaczyńska
Wydawnictwo: Kropka
Liczba stron: 472
Opis: Opowieść na pograniczu grozy i fantastyki – świat, w którym znikają ludzie i przedmioty, wcale nie jest tym, czym się wydaje… a to, co kryje się pod jego powierzchnią, potrafi przerazić.
Stary zegarek z sentymentalnym grawerunkiem, nieduża pluszowa lama, wahadełko z tajemniczego metalu – zgubić można wszystko, ale znaleźć… już niekoniecznie. Chyba że jest się członkiem zapomnianej gildii, posiada się niezwykłą moc przenikania pod powierzchnię świata i ma się w sobie tyle odwagi, by stawić czoła hordzie potwornych straszydeł rodem z najmroczniejszych koszmarów. Tylko że to nie jest sen…
O tym wszystkim przekonuje się Lucy. Pewnego dnia odkrywa, że jej mama zniknęła, a na strychu jej własnego domu znajduje się przedziwna kolczasta skrzynia. Gdy los styka Lucy z osobliwą staruszką, Ritą Perdido, rzeczywistość wywraca się do góry nogami. Piekielne cerbery, upiorna pielęgniarka, gang złodziejaszków i znikające portale to dopiero początek tej szalonej, mrocznej, niebezpiecznej i na wskroś przerażającej przygody.
TweetKategoria: fragmenty książek















