banner ad

Bohaterka „Dziewczyny z zapałkami” i „Pasji według św. Hanki” powraca. Przeczytaj fragment „Finalistki” Anny Janko

22 listopada 2021

Hanka – pokochana przez czytelników w powieściach „Dziewczyna z zapałkami” i „Pasja według św. Hanki” – powróciła po latach w nowej książce Anny Janko. W „Finalistce” bohaterka jest już kobietą w dojrzałym wieku, która próbuje odnaleźć się na tym nowym etapie życia. „Jako twórczyni Hanki czekałam, aż sama dojdę do wieku, który miałabym ochotę opisać. Ta dekada między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką, kiedy kobieta jest za stara na młodość, a za młoda na starość, to jest okres niezwykłych wahań, takich stanów granicznych, które mówią bardzo wiele ciekawych rzeczy o człowieku. Musiałam to przeżyć, żeby móc napisać” – tłumaczyła Anna Janko podczas spotkania z czytelnikami w ramach Wirtualnych Targów Książki. Powieść trafiła do księgarń nakładem Wydawnictwa Literackiego, a poniżej możecie przeczytać jej fragment.

To się już stało, mówią do mnie „pani” ludzie w średnim wieku. Bo że młodsi, to zrozumiałe. Chodzi o to, że nawet ci po czterdziestce nie mogą już spontanicznie przekroczyć tej granicy społecznego szacunku. Chciałabym zawołać do młodego/młodej: hej, człowieku, nie bój się, nic ci się nie stanie, jestem stąd, jestem jak ty… Ale wiem, że się łudzę i powinnam akceptować ów dystans wynikający naturalnie z różnicy wieku. Powinnam pozwolić młodemu działać zgodnie z instynktem. I ćwiczyć patrzenie na siebie samą oczami młodszych ludzi. I się powściągać z tą bezpośredniością. Mam na sobie kostium starszej pani, nie do zdjęcia, nie do zdarcia. Gorączkowe próby rozbierania się z niego na oczach innych mogą mi tylko zaszkodzić. Zmiana kategorii staje się faktem, przechodzę do seniorów. Niech to szlag! Od tego wszystkiego moje telomery na końcach chromosomów skracają się jeszcze szybciej, a ja wpadam w przygnębienie starcze…

Umierają ze wszystkich stron. Jakiś czas temu wszędzie się rodzili. A teraz mam poczucie, że wokół mnie odbywa się wyścig ku śmierci. Biegną i mnie potrącają, bo bardzo się spieszą. Rodzice koleżanek i kolegów już przeważnie zniknęli i to jest okej, bo życie zbyt długie dłuży się, także potomnym. Ale że my też? My, czyli ich dzieci, też znikamy? Raz po raz ktoś schodzi z placu zabaw. Gdzie on jest? – pytam. Matka go zawołała, musiał iść? O kurczę, smutno. Ale tylko przez chwilę, bo oto piłka leci wprost na mnie, więc muszę się poderwać, by odbić ją najlepiej, jak potrafię. Rzut oka w szczyt nieba, jasność mnie oślepia, okej, punkt dla mnie, jestem w grze.

Starość jest zaraźliwa; od moich bardzo już starych rodziców zawsze wracam chora. I już mnie wtedy nie fascynuje fenomen przemijania, nie chce mi się ironizować ani dowcipkować. Jadę pociągiem do domu, słońce za oknami przeskakuje jak złota piłeczka, krajobraz się przytula do profilu jak zielony szaliczek, ale ja mam wrażenie, że we własnej trumnie jadę. To straszne! Taka będę! Jak oni! Stanie mi się to samo! Już niedługo! Będę tak wyglądać i tak będę się czuć. I tak samo nie będzie mnie widać spod tej starości, jak spod kupy chrustu przykrytej plandeką.

Gdzie oni się podziali, mój ojciec, moja matka, dawny on, dawna ona, mocni, sprężyści, uparci, władczy, piękni, przystojni, twórczy, lekceważący, krzyczący, wydający wyroki na świat i ludzi… Dziś spod płaszcza skóry, spod tego chwiejnego cielesnego rusztowania prawie nic już nie widać. Tylko ich oczy jeszcze świecą, choć innym już światłem, jakby nie z tego świata. Na dnie spojrzenia tli się jakiś powszechny wyrzut, żal o coś nieokreślonego, ale ważnego, na stałe ten żal tam jest, zamiast tęczówki, która spłowiała. Nie chcę być kimś takim, nie chcę być tam gdzie oni, uciekam jak najdalej, szybko do domu, do domu, do domu, do domu…

Stukają koła, zaciskam zęby, zaciskam powieki. Obok mnie siedzi młodzian w kapturze, nie odezwał się, na dzień dobry nie odpowiedział, nie zauważył mnie nawet. A co ja jestem za adres, żeby się do mnie zwrócić, uprzejmy uśmiech posłać, żeby mnie widzieć! Lepiej się oprzeć o okno, wpuścić muzę uszami, niż gadać ze starą, nie?

Siedzi przy mnie jak przy szarym murku. I nagle wściekły żal mi podchodzi do gardła, refluks temporalny, funeralny, piekielny. O, stara to ja dopiero będę, zobaczysz, szczylu, a jak zobaczysz, to się dopiero przerazisz: byłam tobą, będziesz mną! Jak ja będziesz, straszny i przerażony! Za momencik, szczylu!

Nie opowiadaj młodym o starości. Czyli o żelaznym wilku. W którego środku siedzisz. Oni są z innej bajki.

– Jak dobrze, że ty to ty! – zawołał w nagłym przypływie entuzjazmu Mat i dodał: – Moja ty osóbeczko najmilsza.

I w takich razach wiem, że było warto i wszystko zrobiłam dobrze.

Z księgi życia strona wyrwana, nagle odpomniana. Kiedyś na brzegu morza, dawno, dawno temu… będąc szesnastoletnią opaloną blondynką (bo zawsze mi włosy płowiały od słońca, a i jeszcze je kąpałam w wodzie utlenionej, trzy procent substancji żrącej mającej), ujrzałam dziewczę w moim ówczesnym wieku i oniemiałam. Miało ono ciało o idealnych proporcjach, złocistą skórę, włosy w kolorze miedzi wijące się w łagodnych falach aż na plecy, cudny porcelanowy nosek i oczy zielone, zielone, zielone… o kształcie podłużnym, migdałowym, a do tego lekko skośne, z rzęsami do kolan! Botticelli wypisz wymaluj, a wkoło piana.

To, co wtedy we mnie jęknęło dogłębnie, to była wszechświatowa zazdrość. Dziewczę stało opodal, dwa metry od mojego kocyka, zorientowane na północ, i patrzało w spokojne szmaragdowe morze, łącząc się z nim kolorystycznie wzrokiem.

Chciałam umrzeć przez chwilę. Z powodu piorunującej świadomości niemożności osiągnięcia ideału teraz i nigdy. Ideał stał tuż-tuż i nawet na mnie nie spojrzał.

To było w Kołobrzegu latem, kiedy spędzałam całe dnie na piachu i w koszach plażowych i pisałam piosenki, których nikt nigdy poza mną nie zaśpiewał. Na przykład: „Stoję sama na środku plaży/i w środku lata o tobie marzę./Nie kochasz lata, nie kochasz mnie./I mnie, i latu bez ciebie źleee”… Chodziłam wtenczas po parku nadmorskim w samej długiej koszuli męskiej błękitnej, bez spódniczki czy spodenek, bo mogłam. I śpiewałam swoją piosenkę, bo to był akurat sezon miłości nieodwzajemnionej, która we wczesnej młodości bywa szczęśliwsza od tej wzajemnej. Światłość i ciepłość wszędzie. Wszędzie! I tamten czas, który był jak dobry wujek, co cukierki przynasza i mamę w rękę całuje. I niezwykła, śliczna dziewczyna, która zabłysła w polu mojego widzenia i przeminęła, nawet o tym nie wiedząc, do niczego niepotrzebny klejnocik pamięci…

Pojechaliśmy do Sandomierza. Właściwie gdy się mieszka we Wrzeszczu, nie ma już żadnych racjonalnych powodów, by gdziekolwiek wyjeżdżać. Ale namówiła nas znajoma poetka w Sandomierzu zakochana, że nie można nie pojechać do Sandomierza choć raz w życiu! No to pojechaliśmy. Do „domu pisarza”, kamienicy państwa Targowskich, którzy gościli w dwóch mieszkankach „na górce” wielu poetów, kiedyś na przykład Iwaszkiewicza. Pod sufitem naszego pokoju wisiało metalowe sito wysadzane suchymi nieśmiertelnikami. Gdy spojrzałam na tę oryginalną lampę, poczułam się uroczyście, bo przecież patrzył na nią również Jarosław Iwaszkiewicz! Który lubił tu przyjeżdżać, a dla mnie jest on historią literatury. Bezpośrednie dotykanie historii zawsze jest elektryzujące.

Pod wielkim lustrem czerwona sofa, na której być może i On siadywał. A teraz Mat na tej czerwonej sofie siedzi i mówi czerwone „kocham cię”. Zmęczony, ale szczęśliwy, byliśmy właśnie w niedalekich Górach Pieprzowych. Które są zbudowane z brunatnych łupków, a one wietrzejąc, upodobniają się do ziarenek pieprzu. Jesteśmy teraz, w tej chwili. Tutaj, nad doliną Wisły. Zmęczeni i szczęśliwi.

Góry Pieprzowe wysoko ponad rzeką, ponad ziemią. Absolutna cisza tam trwała. Była tak skupiona na sobie jak zakonnik na modlitwie, szliśmy bez słowa, żeby nie przeszkadzać. Komu? Usiedliśmy w pewnej chwili na skraju ścieżki, oboje w czarnych spodniach, które słoneczny żar natychmiast podpalił jak węgiel kamienny. Żeby przetrwać, zrzuciliśmy przynajmniej buty, dyszały obok rzucone w trawę. Mrówki się mrowiły w lessowych spękaniach.

– Lessy przywędrowały do nas z Chin, przyleciały z wiatrem – powiedział Mat, bo Mat jest z temperamentu nauczycielem i lubi uzupełniać wiedzoznawczo bieżące życie, żeby nic się nie wydawało przypadkowe, lecz miało solidne podstawy.

Wracaliśmy przegrzani, zduszeni rosnącym ciśnieniem, nie porzucając jednak zachwytu. Gdy mijaliśmy starusieńki drewniany dworek ukryty w chaszczach, wyszedł jakiś grubas brzuchem do przodu. I zapytał, czego szukamy. Ja czym prędzej chwalę dworek, bo mam stały odruch unikania konfliktów.

– Już sto lat tak sobie stoi – odpowiada uspokojony grubas.

– Długo nie postoi – mówię półgłosem do Mata, gdy już się wydostajemy z pola widzenia właściciela tej ruiny tuż przed jej ostatecznym upadkiem. Po długim marszu docieramy do bajkowego ryneczku. Już widzimy ratusz z piernika. Słońce u wylotu uliczki zachodzi z całej siły, uderza mosiężnym blaskiem. Wyjmuję aparat i fotografuję, ale wiem, że to się nie uda, cud się nie utrwali na żadnym zdjęciu. Siedzimy na podmurówce witryny, za naszymi plecami pryzmy książek, bo to księgarnia; szyby w blasku, książki płoną. Na rogu po prawej knajpa, wiją się ludzkie robale w papierosowym dymie i piwnych oparach. Przejeżdżające auta trąbią, pozdrawiając znajomych pijaków. My jakby głusi, oddzieleni od tej sceny, stygniemy po długim dniu. Który właśnie odchodzi ulicą w dół, pozostawiając za sobą ociemniałe domy. Od lewej idzie dwóch kleryków, przecinają rynek szybkim krokiem. W głębi młodziutkie zakonnice biegają od furtki do furtki. Zmierzch też się spieszy, zajmuje przestrzeń, wypija światło. Już za chwilę koniec tego dnia, definitywny, wiekuisty.

Co za piękny film, fragment życia, które było nasze, we wspólnocie miłosnej, w połączeniu z ziemią i niebem, z tym czasem przed i czasem po. Nie do wiary, że tak intensywne i wielozmysłowe życie jest w stanie przeminąć i zostaje tylko sekwencja, ruchomy obraz. I słabe fotografie.

Siedzimy przy Wigilii we dwoje, bo żadne z naszych dzieci w tym roku nie zawitało. I tak jest dobrze, bo bezwysiłkowo. Chleb zamiast opłatka, łosoś zamiast karpia, o wpół do szóstej będzie po wszystkim.

– Gdy oddamy ducha Bogu, a ciało ziemi – zagaja Mat, żeby jednak metafizycznie coś się działo – to co nam zostanie?

– Numerek do szatni – odpowiadam bez namysłu.

– No, z tobą to naprawdę cudownie jest żyć! Kto by mi tak odpowiedział, nikt na świecie.

Takiego mam entuzjastę w domu, że prezenty pod choinką niepotrzebne.

Czas pędzi, przeskakuje daty. Dopiero co były upały, a już są chłody. Uczucia pojawiają się i znikają. Nadzieje – i po nadziejach. Ból – i po bólu. Pędzi moje życie, jakby tętno ptaka, a nie człowieka rządziło moim krwiobiegiem.

Jest taki francuski dowcip. Mówi mąż do żony: „Gdy kiedyś jedno z nas umrze, to się przeprowadzę do naszego domku nad morzem”. Kiedy to usłyszałam pierwszy raz, przez sekundę się umysłowo zatrzymałam (myśl dotarła, szuka mózgu), po czym wybuchnęłam śmiechem serdecznym, czystym i niewinnym. Subtelność wyrażenia wielozłożonej prawdy o śmierci w tym jednym zdaniu jest cudem werbalnym. Ach, jaka szkoda, że nie jestem Francuzką! Oni mają takich bon motów na kopy… Powtórzyłam ten dowcip Matowi, on jednak nie zaskoczył, zupełnie jakby był Niemcem, który nie ma receptorów do odbioru aż takiej finezji… Zaczęłam więc w dobrej wierze ów dowcip tłumaczyć.

– To chodzi o to, że w swej najgłębszej głębi żaden człowiek nie wierzy we własną śmierć, bo doświadczenie nas uczy, że to inni umierają. No i facet w tym dowcipie tak szczerze się sypnął… A wiesz, że ja – paplam lekkomyślnie dalej – ja czasem też tak planuję, tak sobie praktycznie układam… Bo ty się już nie chcesz przeprowadzać, a ja bym chciała pomieszkać gdzieś bliżej moich dzieci. – (Każde z nas ma swoje dzieci z poprzednich małżeństw). – No i marzy mi się wyjazd do Grecji, a ty ani myślisz, bo już dwa razy tam byłeś. A czasem to sobie wyobrażam, jak by to było być wdową, to znaczy singielką, bo przeżyłam całe życie szczelnie otoczona mężami i dziećmi… – W tym momencie tracę pewność, czy nie lecę za daleko z tą projekcją, ale dzielnie kontynuuję: – Przecież ja nawet nie wiem, jak to jest obudzić się rano i nie słyszeć tych twoich hałasów w łazience, w przedpokoju… Ale to tylko takie fantazje, przecież jestem kulturowo zdeterminowana…

I gdy tak w te swoje zdania się owijam, coraz pokrętniej, to widzę, że mi się mąż na twarzy zmienia. Oczy ma coraz szerzej otwarte i w ogóle cały jest mocno wsłuchany w ten mój odlotowy spicz.

– Czy ty mnie kochasz? – pyta znienacka.

I tym mnie zbija z tropu oraz ucisza ostatecznie. Bo pytanie mnie zaskakuje, jest spoza bieżącej narracji. Jesteśmy razem tyle lat, w ferworze życia i po tylu zakrętach na wspólnej drodze, że już się od dawna nie zastanawiam, czym jest to, co nas łączy. Bo może to coś innego niż miłość?

Zbieram się więc w sobie, zaciągam głęboko zapachem bukietu z jarzyn (stoimy w kuchni, gdzie się one gotują) i bohatersko odpowiadam:

– Oczywiście, że cię kocham! – I lecę dalej: – A w ogóle to ja pierwsza umrę, to pewne, popatrz, ty śmigasz na rowerze po lasach, gdy ja już po dwudziestu minutach spaceru szukam pniaka, żeby usiąść, bo inaczej się położę wprost na ściółce… I nie ja, ale ty pojedziesz sobie do tej Grecji, trzeci raz…

I mogłabym w ten deseń jeszcze długo, ale nie ma do kogo, bo Mat właśnie wyszedł z kuchni. Pochylam się więc nad garnkiem i wbijam nóż w zielony kwiat brokuła, mamrocząc do siebie: ty babo głupia, na drugi raz nie opowiadaj francuskich dowcipów…

Jestem wyczerpana kobiecością, umęczona urodą i jej brakiem na przemian. Dotąd nakręcana estrogenem jak kluczem francuskim (koniecznie francuskim…) albo rozmiękczona, roznaiwniona oksytocyną, trwałam w poczuciu misji. Wierząc, że w tym tkwi istota bytu, że to napięcie jest warunkiem niezbędnym. Aż tu nagle widzę jego i ją, siebie i ciebie, siebie i tamtego, a jeszcze i owego – jako żałosne figury odgrywające banalne scenki, wciąż te same fabułki, on ją, ona jego, oni ich, tamci tych. Do tego jako konieczny dwupak miłość-nienawiść oraz bonusy: zazdrość i odwet. Okres zakochania – okres wypalenia. I tak do znudzenia. A gdy krzyczę, że nie chcę w tym być, słyszę obowiązkowy komunikat we wszystkich mediach: obejrzyj to jeszcze raz!

„Wolność, przejścia nie ma” – taka tablica na rogu ulicy przyśniła mi się dzisiejszej nocy. Absurdalność snów…

Moje włosy są moje. Moje włosy są moje. Powtarzam to sobie w głowie, siedząc w swoim pokoju wściekła i rozczarowana. Totalnie, wielopiętrowo, pięć lat do tyłu i pięć do przodu. Mam pięćdziesiątkę na karku, a Mat traktuje mnie jak małoletnią córkę, którą trzeba przywoływać do porządku. Trzeba pouczać, bo ona nie wie. O świecie nie wie, o sobie nie wie. Przed godziną miał długi wykład o szacunku, którego nie można mieć do kobiety, co sobie robi „plastikowe” włosy… O włosy toczymy boje, odkąd zamieszkaliśmy razem i uzyskaliśmy pewność, że się już nie rozstaniemy.

Po co mi te pasemka, mam być siwa i prawdziwa.

Przecież jestem dojrzałą kobietą i pisarką.

Przecież w ten sposób przeczę swojej wiedzy o ludzkiej egzystencji.

Przecież o zachowanie młodości walczy się dietą, gimnastyką, codziennym bieganiem, a nie farbą…

A ja krzyczałam, że moje włosy są moje.

A on powtarzał lodowatym tonem: „Nie krzycz, bo krzyk oznacza brak argumentów”.

A ja, że jestem kobietą i muszę krzyczeć, bo się inaczej uduszę.

A on, że skoro jestem człowiekiem pióra, to mam męski umysł, więc nieprawda.

A ja, że ciało mam żeńskie w stu procentach i mózg mam żeński, obie półkule w pełnej synchronizacji i zgodnie z temperamentem.

On się w takim razie bardzo pomylił i zawiódł.

No to ja mu tylko przypomnę, co mi powtarzał, walcząc o mnie, że jest moją wolnością. W przeciwieństwie do Pawia, który mi zafundował dom niewoli. To co, wolność, ale z wyjątkiem włosów? To na poważnie? Mam wolności tyle, co krowa na kołku?

Milczenie Mata, królewskie, potężne i zimne jak góra lodowa, która na czarnym morzu mija mnie, płynącą na łódce z orzecha…

Wyszedł na rower.

Zamknęłam się w pokoju.

Nie do wiary, że on mnie wychowuje!

Jestem wściekła, będę wściekła, chcę być wściekła.

Siedzę, żeby nie wybiec z domu. Aż mnie pali w żołądku, jakby wypakowany był solą. Przeszłość wraca po mnie. Ojciec, mężowie, besserwisserzy mojego losu, którzy najpierw mi imponują, potem podporządkowują… Czy to model, który został przewidziany dla mnie, z kimkolwiek jestem??? Zaczynam myśleć o sobie – osobnej. O sobie bez niego. Sama na świecie! Przecież to możliwe, prawda?

Brzęknął laptop. To mejl od Jana. Jak na ratunek sponiewieranej kobiecie. Bo choć on się kocha bezwzajemnie, to przecież jest mi przyjemnie.

Kochać ze ściśniętym sercem to teraz dla mnie właściwa forma miłości. Kochać ostrożnie, nie ujawniać się z tym, nie rozpędzać serca. Nie przytulać, nie dotykać nawet, nie patrzeć z zachwytem. Nie przejawiać inicjatywy, nie proponować niczego (bo i tak się nie zgodzisz), nie czekać na to, co mogłoby się zdarzyć, bo jeśli się nie zdarzy, to będzie bolało. Tak powinienem żyć. Twój J.

No, prawie poeta. A przecież leśnik.

I co? Brać to serce jednak? Ściśnięte? Nie odganiać zakochanego? Jedna miłość wyszła drzwiami,
druga wchodzi oknem?

Odpisałam natychmiast: Dajmy sobie jeden dzień, jedną noc. Polecimy na księżyc, spali nas słońce. A potem niech się wszystko skasuje… Tymczasem, Twoja Ha.

Obudziłam się rano i mi się przypomniał ów czas ogłuszenia miłością w pierwszych latach związku z Matem. Wstawałam z wielkiego materaca i szłam do łazienki przez pokój, w którym na antresoli mieszkała Rózia. Byłam cała w swoim świecie, po horyzont ja. To dziecko nie miało szansy wejść w moją przestrzeń. Patrzyło na obcą matkę. Oczywiście, coś mówiłam, jeść dawałam, do szkoły wyprawiałam, może nawet żartowałam. Byłam gdzie indziej. Czy ona mnie z tamtego czasu pamięta? Ja ją bardzo słabo, i to wiele mówi o moim macierzyństwie.

Miłość jest winna. Kobiety, które mają małe dzieci, nie powinny się zakochiwać, pod groźbą utraty praw rodzicielskich.
(…)

Anna Janko „Finalistka”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 352

Opis: Brawurowa. Wywrotowa. Autoironiczna. Hanna M. to pisarka w tak zwanym dojrzałym wieku, aktywistka-pesymistka, która niejedno w życiu przeszła. Ma za sobą trudną młodość, nieudane związki, rodzinne rewolucje. Teraz los wystawia jej rachunki za podjęte decyzje, ale też daje nowe nadzieje na starą miłość. Tymczasem z offu słychać tykanie zegara, biologicznego. Żeby się ratować, Hanka rzuca się w wir opowieści. Bo życie nie daje się zrozumieć, jeśli się go nie opowie. Im bliżej końca, tym jest to ważniejsze; kto by chciał rozstawać się ze sobą, niczego o sobie nie wiedząc! Hanka musi zatem wymyślić siebie na nowo i stanąć do finału życia. W drugiej jego połowie próbuje zagadać przemijanie, odwlec napisy końcowe, przechytrzyć śmierć czyhającą za rogiem następnej kartki. Jej intymny dziennik to notatki maratończyka. Ale przecież nie o dotarcie do mety tu chodzi, lecz o to, by wciąż być w trasie, nawet jeśli pełna jest meandrów i ostrych wiraży. „Finalistka” to proza nietuzinkowa, wybitna, potrzebna. To książka, do której powinno się wielokrotnie wracać. Opowieść, która się nigdy nie zestarzeje.

Tematy: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek