Barbra Streisand dostaje Oscara. Fragment autobiografii „Na imię mam Barbra”

Wydawnictwo Marginesy opublikowało autobiografię gwiazdy kina i muzyki Barbry Streisand. Napisanie wspomnień zaproponowano jej już w 1984 roku. Streisand miała wówczas 42 lata i odrzuciła propozycję, ponieważ uważała, że przed nią jeszcze wiele do osiągnięcia. Mimo to zaczęła robić notatki, a od 1999 roku prowadziła skrupulatnie dziennik. Książkę zapowiadano od 2015 roku i w końcu doczekaliśmy się jej publikacji. „Na imię mam Barbra” to blisko 1000-stronicowa opowieść o ośmiu dekadach życia artystki i kulisach jej działalności muzycznej i filmowej. Poniżej możecie przeczytać fragment, w którym Streisand opisuje, jak otrzymała Oscara za główną rolę w przełomowym dla swojej kariery filmie „Zabawna dziewczyna”.
„Zabawna dziewczyna” miała osiem nominacji, w tym jako najlepszy film. Bardzo się cieszyłam, że moja koleżanka Kay Medford została nominowana w kategorii najlepsza aktorka drugoplanowa, mój ukochany Harry Stradling za najlepsze zdjęcia, a Walter Scharf – najlepszą muzykę do musicalu. A ja otrzymałam nominację w kategorii najlepsza aktorka.
Nigdy nie myślałam, że wygram. Byłam bardzo podekscytowana samą nominacją, przyjęłam ją z pokorą. I jak zawsze utyskiwałam: po co ta cała rywalizacja? Dlaczego po prostu nie przyznać pięciu nagród za najlepsze osiągnięcia roku? (Nawet liczba pięć wydaje się arbitralna, w niektórych latach mogłyby być cztery, w innych sześć). Doceniłam wspaniałe recenzje, a film okazał się hitem – lub przynajmniej najbardziej kasowym filmem roku, albo drugim po „2001: Odyseja kosmiczna” (zależy, jak liczyć). Ale doszłam do wniosku, że wszystkie negatywne opowiastki w rubrykach plotkarskich nastawią głosujących przeciwko mnie. W miarę upływu czasu, gdy film tracił jedną nagrodę za drugą, ogarniał mnie coraz większy pesymizm. W końcu konkurowałam z czterema najwybitniejszymi aktorkami Hollywood: Patricią Neal, Joanne Woodward, Vanessą Redgrave i Katharine Hepburn.
Ceremonia trwała pewnie ze trzy godziny, a nagrodę dla najlepszej aktorki ogłaszano jako jedną z ostatnich. Zanim Ingrid Bergman wyszła na scenę, ścisnęłam Elliotta za rękę.
Wymieniła nominowanych, po czym otworzyła kopertę i powiedziała:
– Zwyciężyła… Mamy remis! – Zamilkła na chwilę, wyraźnie zaskoczona. – Zwyciężyły Katharine Hepburn za rolę w filmie „Lew w zimie”…
Pomyślałam: „Bardzo dobrze, była wspaniała”. A potem dokończyła:
– …oraz Barbra Streisand.
Byłam w szoku. Nie mogłam w to uwierzyć. Spojrzałam na Elliotta, uśmiechał się – więc nie śniłam. Musiałam szybko wyjąć z ust gumę do żucia i przykleić ją pod fotelem, cały czas gorączkowo zastanawiając się, co, do cholery, mam powiedzieć. Anthony Harvey, który wyreżyserował „Lwa w zimie”, siedział tuż za mną, a ponieważ odbierał nagrodę w imieniu Katharine Hepburn, wziął mnie za rękę i razem weszliśmy na scenę. Dzięki Bogu, bo uchronił mnie przed upadkiem, gdy zaczepiłam obcasem o rąbek spodni i potknęłam się na schodach. (Arnoldzie, uszyłeś za długie spodnie!)
Byłam więc w totalnym amoku, a kiedy Ingrid Bergman wręczyła mi Oscara, prawie go upuściłam. (Skąd miałam wiedzieć, że jest taki ciężki?) Cieszyłam się, że Anthony przemówił pierwszy, bo to dało mi szansę na złapanie oddechu. W końcu przyszła moja kolej. Nie mogłam oderwać wzroku od złotej statuetki, którą trzymałam w dłoniach. Była absolutnie wspaniała, więc powiedziałam do posążka:
– Witaj, mój piękny.
Nie planowałam tego, tak jak nie planowałam wygranej.
Publiczność wybuchnęła śmiechem i zerwały się oklaski, a ja zaczęłam wszystkim dziękować. Najlepsze zostawiłam na koniec. William Wyler. Zdawałam sobie sprawę, jak wielkie szczęście miałam, że to Willy wyreżyserował mój pierwszy film. Wcześniej poprowadził do Oscara trzynastkę aktorów. Był wrażliwy i spostrzegawczy. Wiedział, kiedy scena wyszła dobrze, i nie zadowalał się byle czym. Kochałam Willy’ego i będę mu dozgonnie wdzięczna. Jego dziedzictwo nigdy nie przeminie. Rozumiał tajemnice ludzkiego serca.
Swoje przemówienie zakończyłam słowami:
– Ktoś kiedyś zapytał mnie, czy jestem szczęśliwa, a ja odpowiedziałam: „Żartujesz? Byłabym nieszczęśliwa, gdybym była szczęśliwa!”. Chciałabym podziękować wszystkim członkom Akademii za to, że naprawdę mnie unieszczęśliwili! Dziękuję.
A potem zeszłam ze sceny z Ingrid Bergman.
Uff! To był koniec.
Ostatnią nagrodę – za najlepszy film – przegraliśmy z „Oliverem!” (A genialna „2001: Odyseja kosmiczna” Stanleya Kubricka nie dostała nawet nominacji!)
Byłam szczerze rozczarowana, że „Zabawna dziewczyna” nie zdobyła więcej nagród. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Kiedy założyłam ten czarny siateczkowy kombinezon w garderobie na planie, wyglądał szykownie i zabawnie, a wszyscy potwierdzili wybór. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że w intensywnym oświetleniu strój stanie się przezroczysty. Gdy zobaczyłam nagranie w telewizji, byłam przerażona. Wyglądało to tak, jakbym nic pod spodem nie miała. (W rzeczywistości kombinezon był podszyty cielistą żorżetą). Tak bardzo się wstydziłam. I do dziś myślę o tym z przerażeniem. O stroju mówiło się więcej niż o tym, że zdobyłam Oscara.
Kiedy następnego dnia zadzwoniłam do mamy, by zapytać, co sądzi o Oscarze, mogła tylko powiedzieć: „Coś ty na siebie włożyła publicznie?”. Chociaż raz miała rację!
Katharine Hepburn była milsza. Wciąż mam telegram, który od niej dostałam:
Droga Barbro,
myślę, że jesteś naprawdę pierwsza klasa, pełna tego czegoś, czymkolwiek to jest, i jestem dumna, że mogę dzielić z tobą tę grzędę przez następny rok. Nawiasem mówiąc, mam tylko nadzieję, że przez osmozę wchłonę nieco tego czegoś od ciebie.
Z serdecznymi pozdrowieniami
Kate Hepburn
Odwzajemniłam ten gest, wysyłając jej kwiaty wraz z liścikiem:
Droga Kate (choć chyba powinnam napisać: Panno Hepburn),
dziękuję za piękną wiadomość. Ja również jestem zaszczycona, że mogę dzielić z tobą to miejsce. Ale mam jedno pytanie, które muszę zadać. Praca z tobą w tej samej branży jest wystarczająco trudna – czy musisz jeszcze zaczynać śpiewać?! [Hepburn miała zagrać w musicalu „Coco na Broadwayu”].
Z wyrazami podziwu
Barbra
Elliott twierdzi, że tamtej nocy był naćpany (o czym nie wiedziałam). Zaczął się zmieniać, gdy mieszkaliśmy osobno. Poznał młodą kobietę, która należała do osób „używających”, nie wiem czego. W tym czasie mieszkali już razem w Greenwich Village.
Ale w moim rozstaniu z Elliottem nigdy nie chodziło o innych ludzi. Byłam na niego zła o wiele rzeczy i bardziej niż trochę wystraszona narkotykami. Nie paliłam trawki – choć pamiętam jedną noc w Los Angeles, kiedy wyszliśmy razem z Peterem Sellersem i Britt Ekland. Musiałam zaciągnąć się tym, co oni palili, albo po prostu byłam na towarzyskim haju, bo zaśmiewaliśmy się przez całą kolację. W pewnym momencie wymyślaliśmy różne szalone smaki lodów.
– A co, gdyby mieli lody stekowe?! – powiedziałam.
Wszyscy wybuchnęliśmy histerycznym śmiechem, więc można się tylko domyślać, w jakim byliśmy stanie.
(…)
Barbra Streisand „Na imię mam Barbra”
Tłumaczenie: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 992
Opis: Wyczekiwane wspomnienia jednej z największych gwiazd muzyki i filmu XX wieku. Barbra Streisand – absolutna ikona, nowojorska diwa i jedna z nielicznych artystek, które zdobyły cztery najważniejsze nagrody branży rozrywkowej: Emmy, Grammy, Oscara i Tony – własnymi słowami opowiada o drodze, która doprowadziła ją na największe światowe sceny. Mówi o dzieciństwie naznaczonym stratą ojca i emocjonalnym chłodem matki, o dojmującym poczuciu bycia niewystarczająco dobrą, o wślizgnięciu się do branży tylnymi drzwiami – mimo braku pieniędzy, koneksji, odpowiedniego wykształcenia i „właściwego” wyglądu – oraz o mozolnym zdobywaniu miejsca w świecie, który długo nie chciał jej przyjąć.
Od występów w manhattańskich klubach i na scenach off-off-broadwayowskich, przez pierwsze single i przełomową rolę w „Zabawnej dziewczynie”, aż po kontrakty z czołowymi wytwórniami muzycznymi i hollywoodzkie superprodukcje – Streisand ujawnia kulisy kariery, w której z czasem coraz częściej dyktowała własne warunki. Ważną rolę w jej historii odgrywają ludzie, którzy ją zrozumieli i wyciągnęli pomocną dłoń: Judy Garland, Marlon Brando, Robert Redford, Tennessee Williams czy Sydney Pollack.
Bezkompromisowe i inspirujące życie Streisand to świadectwo tego, jak wiele znaczą odwaga, intuicja i wierność sobie. A jej książka – dowcipna i czarująca jak sama Barbra – przypomina, że by zbudować coś wielkiego, potrzeba nie cudów, lecz konsekwencji.
TweetKategoria: fragmenty książek















