Antywestern, który zwiastował nadejście „Krwawego południka”. Przeczytaj początek książki „Butcher’s Crossing” Johna Williamsa

16 lutego 2026

Po wznowieniu „Stonera” i „Augusta” Filtry publikują kolejną powieść Johna Williamsa. Tym razem otrzymujemy – po raz pierwszy w polskim przekładzie – antywestern „Butcher’s Crossing”. To historia młodego studenta Harvardu, który porzuca wygody, by odkrywać Dziki Zachód, i musi zmierzyć się z brutalnymi realiami życia w dziczy. Wydana w USA w 1960 roku książka uchodzi za jeden z pierwszych realistycznych westernów, które zapowiedziały nadejście „Krwawego południka” Cormaca McCarthy’ego. W 2023 roku powieść doczekała się ekranizacji, w której wystąpili Nicolas Cage i Fred Hechinger. Premiera „Butcher’s Crossing” zapowiedziana jest na 25 lutego. Poniżej przeczytacie sam początek książki, którą na język polski przetłumaczył Maciej Stroiński.

I

Dyliżans do Butcher’s Crossing woził z Ellsworth pasażerów i lekkie towary. Zaprzęgnięty w cztery muły, jechał po nierównej i fałdzistej drodze, łagodnie opadającej z płas­kiej prerii ku miasteczku; kiedy jego małe koła to wpadały w koleiny po większych i cięższych wozach, to się z nich wydobywały, przymocowany pośrodku ładunek chwiał się pod płachtą brezentu, zwinięte boczne kotary biły o ramę z hikory trzymającą listwy i zadaszenie z plandeki, a siedzący z tyłu jedyny pasażer zapierał się całym ciałem o wąziutką belkę ściany; jedną dłoń trzymał na twardej, choć obitej skórą ławce, drugą chwytał gładki i zamocowany w żelaznych uchwytach drąg. Woźnica zawołał ponad ładunkami pnącymi się wręcz po dach, przekrzykując trzask powozu i parskanie mułów:

– Zaraz Butcher’s Crossing.

Pasażer, skinąwszy głową, wychylił się z dyliżansu. Zza mulich spoconych zadów i rozkołysanych uszu dojrzał grupkę pro­stych chałup i zwykłych namiotów na tle leśnej kępy. Widok grał barwami: bułany przechodził w szary, podkreś­lając żywą zieleń. Gdy powóz podskoczył, pasażer znów usiadł pro­sto. Wpatrzony w kopę towarów kolebiącą się na środku, szybko mrugał powiekami. Był dwudziesto­paroletnim dość szczupłym mężczyzną o jasnej karnacji, nieco już zaczerwienionej po całym dniu w słońcu. Ściągnął kapelusz, by otrzeć pot z czoła, i nie włożył go z powrotem; jasnawobrązowe niczym wirginijski tytoń, schludnie ścięte włosy zlepiły się w przepocone, różno­barwne pukle koło uszu i nad czołem. Miał brązowożółte nankinowe spodnie prawie jak spod igły z nadal lekko widocznymi zagięciami materiału. Chociaż zdjął był brązowawą krótką marynarkę, kamizelkę oraz krawat, na białej lnianej koszuli, która luźno nań wisiała, wychodziły mokre plamy, bo dyliżans jechał wolno, a powietrze niemal stało. Dwudniowa blond bródka lśniła mu kroplami potu; od czasu do czasu pocierał twarz brudną chustką, jak gdyby zarost podrażniał mu skórę.

W pobliżu miasteczka droga biegła równiej, powóz więc przyśpieszył i lżej huśtał się na boki, a młodzieniec mniej kurczowo trzymał drąg z hikory i spokojnie się wyciągnął na twardawej ławce. Tętent mulich kopyt przycichł i stał się miarowy; dokoła powozu kłębił się żółtawy tuman i zostawał w tyle. Wśród szczęku uprzęży, ciężkiego sapania mułów, stukotu ich kopyt i skrzypienia dyliżansu dało się dosłyszeć dźwięk głosu ludzkiego, bo ktoś pokrzykiwał w dali, oraz rżenie konia. Na trawiastej prerii, płas­kiej i rozległej, widywało się przy drodze plac­ki gołej ziemi, czasami też skrzyżowane zwęglone polana pozostałe po ognis­kach; kilka uwiązanych koni szczypało spłowiałą, bardzo niską trawę, a gdy przejeżdżał dyliżans, nagle unosiło głowy i strzygło uszami. Ktoś gdzieś podniósł głos; ktoś wybuchnął śmiechem; koń parsknął i zarżał; przy nagłym szarpnięciu zabrzęczała uzda; w rozgrzanym powietrzu czuć było gnojówką.

Dało się już objąć wzrokiem niemal całe Butcher’s Crossing. Pomiędzy sześcioma skleconymi z desek, naj­prostszymi budynkami biegła uliczka gruntowa: wąs­ki pas ubitej ziemi dzielił to miasteczko wpół; wokół zabudowy porozstawiano namioty. Dyliżans wpierw minął z lewej niedbale rozpiętą burą wojskową plandekę z podwiniętymi bokami: na zasłonie w wejściu wisiała tabliczka z czerwonym zgrzebnym napisem Joe Long, golybroda. Naprzeciwko stała nis­ka budowla bez okien, prawie na planie kwadratu, z płachtą płótna zamiast drzwi; na niebejcowanym froncie wypisano czarnym, staranniejszym pismem: Skład z konfekcją U Bradleya. Powóz przystanął o budynek dalej. Ze środka dobiegał nieprzerwany pomruk głosów; raz po raz rozbrzmiewał stukot kielicha o kielich. W cieniu ciężkiego okapu wyraźnie się odznaczały czerwone litery w ozdobnej czarnej obwódce: Saloon U Jacksona. Na długiej ławce przy wejściu zasiadało paru mężczyzn; ospale się przyglądali, gdy zajechał zaprzęg. Młody podróżny pozbierał ubrania, z których rozdział się w upale. Założył marynarkę, a potem kapelusz; do podróżnej torby, którą trzymał pod nogami, schował kamizelkę, a następnie fular. Torbę wystawił na zewnątrz i położył na ulicy, jedno­cześnie przestępując wysoki próg dyliżansu i stawiając nogę na żelaznej stopce, po której zszedł na dół. Stanąwszy na ziemi, wzbił dokoła tuman kurzu, który spowił jego stopę; pył osiadł na czarnej skórze nowiutkiego buta i na końcówce nogawki, aż ich kolory nieomal się zlały. Młodzieniec, podniósłszy torbę, ruszył pod okap, do cienia; za jego plecami mieszały się szczęk żelaza z brzękiem łańcucha uprzęży i pomstowaniem woźnicy, gdy z trudem odczepiał tylny orczyk od powozu. Zawołał błagalnie:

– Pomóżcie wyładowywać.

Młody mężczyzna, który wysiadł z dyliżansu, wszedł na chodnik z gołych desek i wpatrywał się, jak furman próbuje rozplątać lejce i postronek. Dwaj siedzący wstali z ławki, minęli młodzieńca, z wolna przeszli na ulicę; przyjrzawszy się linie mocującej załadunek, zaczęli nieśpiesznie rozwiązywać supły. Woźnica szarpnął za cugle i nareszcie zdołał odmotać je od powrozu; przeprowadził muły na drugą stronę ulicy ukosem do stajni, nis­kiej i przewiewnej, o pokrytym gontem dachu trzymającym się na kłodach.

Kiedy zwierzęta spoczęły, na uliczkę wrócił bezruch. Panowie spokojnie odsznurowywali brezent przykrywający towary; odgłosy z saloonu zdawały się niknąć w pyle i upale. Młodzieniec ostrożnie stąpał po nierównych des­kach leżących na gołej ziemi. Przed sobą miał półziemiankę ze spadzistym zadaszeniem i klapą nad sporym otworem wejściowym wspartą na dwóch ustawionych pod kątem palikach; w środku na ławkach i półkach zalegało parę siodeł i kilka par butów; na darniowej ścianie zwisały z haka przy wejściu długie pasy niewyprawionej skóry. Nis­ka ziemianka sąsiadowała od lewej ze świeżo bielonym piętrowym budynkiem o czerwonych wykończeniach, niemal tak długim jak saloon, ale nieco wyższym. Nad szerokimi drzwiami pośrodku fasady wisiał schludnie oprawiony szyld: Zajazd Butchers. Właśnie w tamtą stronę młodzieniec kierował kroki, przyglądając się swym butom z wolna wzbijającym pył, który wnet opadał.

Wszedłszy do zajazdu, zatrzymał się tuż za pro­giem, aby przywyknąć do mroku. Z prawej majaczył kontuar; za nim tkwił bez ruchu mężczyzna w białej koszuli. W przed­pokoju tu i ówdzie stało parę krzeseł z obiciem skórzanym i pro­stym oparciem. Światło wpadało poprzez kwadratowe, równo wytyczone otwory w trzech ścianach z półprzezroczystą tkaniną służącą za szybę, lekko wydętą do wewnątrz, jakby chłód i ciemność zasysały ją jak próżnia. Młody człowiek podszedł po surowych des­kach w kierunku portiera.

– Pro­szę pokój.

Jego głos uderzył w ciszę.

Recepcjonista podsunął gościowi księgę meldunkową i wręczył mu gęsie pióro o stalowym szpicu. Przyjezdny powoli stawiał cienkie blade kreski niebies­kiego atramentu na szarym papierze, z których ułożył się podpis: „William Andrews”.

– Dwa dolary – rzucił portier, zabierając księgę, żeby odczytać nazwis­ko. – I jeszcze dwójka za wrzątek, jeśli gość chce do numeru. – Nagle spojrzał na Andrewsa. – Na długo przyjechał?

– Sam nie wiem – powiedział Andrews. – J. D. McDonald: czy zna pan kogoś takiego?

– Handlarza skórami? – Portier wolno skinął głową. – A kto go tu nie zna? Jesteście koledzy?

– Nie do końca – odparł. – Wie pan, gdzie mogę go zastać?

Recepcjonista potaknął.

– Urzęduje przy solankach. Dziesięć minut stąd pie­chotą.

– W takim razie jutro pójdę – powiedział przyjezdny. – Jestem pro­sto z drogi, przyjechałem z Ellsworth i już nie mam siły.

Portier zamknął księgę, wyłus­kał klucz z pęku przytroczonego do pas­ka i podał go Andrewsowi.

– Torbę sam weźmie na górę. Życzy sobie wrzątek?

– Za jakąś godzinkę – odpowiedział Andrews.

– Piętnastka. Zaraz przy schodach – oznajmił recep­cjonista.

Andrews kiwnął głową. Dostał się na piętro po stromych stopniach strychowych, czyli pochyłą drabinką, która wiodła w stronę małego prostokątnego otworu w suficie. Stanął u wlotu wąs­kiego i długiego korytarza pomiędzy rzędem pokojów. Odnalazł swój numer, drzwi były otwarte, wszedł. Wewnątrz wystarczyło miejsca jedynie na ciasne łóżko z cienkim materacem wiszącym na linach, naj­zwyklejszy stolik z lampą, blaszaną miednicę, lustro oraz pro­ste krzesło niczym tamte w holu. Było jedno okno, wychodziło na uliczkę; w jego ramie z drewna, którą dało się odczepić, rozpięto wiotką jak gaza tkaninę. Andrews uświadomił sobie, że jeszcze nie widział tutaj ani jednej szklanej szyby. Położył torbę na niepościelonym leżu.

Rozpakowawszy, wepchnął ją pod niską ramę, po czym się wyciągnął na nierównym materacu, który zaszeleścił i lekko się zapadł pod naporem ciała; naprężone liny łóżka piły przyjezdnego w plecy. Łupało go w krzyżu, poś­ladkach i udach; i wreszcie zdał sobie sprawę, jak jest wykończony po długiej, ciężkiej podróży.

Lecz w końcu dojechał; rozluźnił mięśnie, rozprostował nogi i odpłynął gdzieś myś­lami; wspominał swoją przeprawę. Prawie dwa tygodnie niosło go koleją i konno przez kraj. Boston–Albany, Albany–Nowy Jork, Nowy Jork–… Kolejne podpisy z mapy kołatały w jego głowie bez ładu i składu niczym puste dźwięki. Filadelfia, Cincinnati, Baltimore, Saint Louis. Przypomniał sobie mordęgę sztywnych, twardych siedzeń w powozach, pociągach, godziny wyczekiwania na zbitych ze sztachet ławkach obskurnych postojów i zaplutych dworców. Nagle poczuł w ciele cały trud przebytej drogi: znój sączył się z kości i płynął do mózgu, który przeszedł już na „spocznij”.

Przyjezdny przeczuwał, że prawdziwie boleć to będzie dopiero jutro. Uśmiechnięty, zamknął oczy; twarz miał zwróconą do światła, ku przesłoniętemu materiałem oknu. Zasnął.

Po jakimś czasie portier wniósł drewnianą balię i kubeł gorącej wody. Andrews się obudził, po czym napełnił miednicę. Namydliwszy twarz, wziął się do golenia; portier przyszedł znowu, teraz z wodą zimną; przelał dwa wiadra do balii. Kiedy Andrews został sam, wolno się rozebrał i wytrzepał piasek z ubrań, które następnie odłożył na oparcie krzesła. Zanurzył się w dużym cebrze, podwijając nogi. Nacierał się mydłem, coraz bardziej senny w ciszy przed­wieczoru i cieple kąpieli. Siedział tak bez ruchu, aż głowa zaczęła opadać mu na kolana, a wtedy się podniósł i postawił stopę na suchej podłodze. Kapało z jego ciała wprost na gołe klepki; rozejrzał się wkoło. Nigdzie nie dostrzegł ręcznika, sięgnął zatem po koszulę i wytarł się cały.

W pokoju ciemniało; okno lśniło blado wśród gęstniejącego mroku, a lekka przesłona wybrzuszała się i drgała w chłodnym wieczornym powiewie, rozdymając się i kurcząc – jakby dając znaki życia. Z ulicy dochodził rozgwar coraz donośniejszych rozmów i tupot butów o des­ki. Damski głos uderzył w śmiech i, jak nożem uciął, zamilkł.

Kąpiel odprężyła zdrożonego gościa, łagodząc ból pleców. Zwinął koc ze zgrzebnej wełny na lnianej osnowie i zbił w kształt poduszki; położył się nagi wprost na materacu. Czuł na gołej skórze szorstkość. Jeszcze zmrok nie zdążył zapaść, a Andrews już spał.

Przez sen słyszał jakieś niejasne odgłosy i parę razy się budził. Czuwając wśród nocy, rozglądał się dookoła, lecz nie widział ścian w ciemności, jakby pokój nie miał granic. Odnosił wrażenie, że utknął w otchłani, ociemniały i zastygły, a śmiechy, rozmowy, głuche huki i skrzypnięcia, brzęki łańcuchów uprzęży i dzwonków janczarskich płyną pro­sto z jego głowy i wirują jak wiatr w pustce. Raz wydało mu się, że w którymś pokoju obok jakaś kobieta coś mówi, a potem się śmieje. Zaczął nasłuchiwać; głos więcej się nie odezwał.
(…)

John Williams „Butcher’s Crossing”
Tłumaczenie: Maciej Stroiński
Wydawnictwo: Filtry
Liczba stron: 360

Opis: „Butcher’s Crossing” to pierwsza znacząca proza Johna Williamsa, pisarza, który zasłynął pośmiertnie jako autor powieści „Stoner”. W 2022 roku ten antywestern doczekał się ekranizacji z Nicolasem Cage’em w roli głównej.

Jest rok 1873. William Andrews, syn pastora, rzuca studia na Harvardzie i jedzie na pogranicze Dzikiego Zachodu. Pragnie doświadczyć prawdziwego życia, wrócić na łono natury, o której jako dobrze wychowany bostoński chłopak słyszał przede wszystkim na wykładach profesora Emersona. Trafia do miasteczka „Butcher’s Crossing” w stanie Kansas. Osadę zamieszkują głównie niespełnieni mężczyźni szukający zarówno szansy na zarobek, jak i sposobów na jego zmarnotrawienie.

Wkrótce Andrews zaprzyjaźnia się z myśliwym, który opowiada mu o ogromnych stadach bizonów ukrytych w pięknej kotlinie pośród Gór Skalistych. Chłopak dołącza do wyprawy w poszukiwaniu zwierząt. Życie w dziczy i kaprysy losu wystawią jego ciało i umysł na graniczną próbę. Po powrocie zarówno on, jak i świat, w którym żyje, zmienią się nieodwracalnie. Operując charakterystycznym dla siebie kunsztownym, a zarazem powściągliwym stylem, Williams zapuszcza się w tej powieści w otchłań najmroczniejszych ludzkich namiętności.

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek