banner ad

Żegnaj, niewinności! O nowym przekładzie „Witaj, smutku” Françoise Sagan

9 sierpnia 2025

Dziesięć lat po wyzwoleniu spod okupacji niemieckiej we Francji, w której mężatki nie mogły pójść do pracy bez zgody męża, eksplodowała literacka bomba. Bezczelna dziewiętnastolatka opublikowała szokującą powieść o młodej kobiecie, która chce decydować za siebie, pić i uprawiać seks bez zobowiązań. Po siedemdziesięciu latach „Witaj, smutku” Francoise Sagan powraca do polskich czytelników w świeżym tłumaczeniu Adriany Celińskiej (wyd. W.A.B.). W 2025 roku książka już nie bulwersuje. Nadal jednak kusi swoją bezpretensjonalną lekkością, narracyjną energią oraz aurą dzieła o zaszczytnym miejscu w kanonie powieści rebelianckich.

„Witaj, smutku” Françoise Sagan (w zasadzie Françoise Quoirez) ujrzało światło dzienne w 1954 roku. Zaraz po wydaniu krótka, bulwersująca powieść stała się światowym hitem, czemu sprzyjała towarzysząca premierze atmosfera skandalu obyczajowego. Pierwszy powojenny francuski bestseller okazał się zwiastunem rozprężenia i rewolucji seksualnej, która po roku 1968 miała rozpalić świat: rozwoju feminizmu czy nadkruszenia tradycyjnego modelu życia rodzinnego. Sukces powieści przypieczętowała filmowa adaptacja w reżyserii Otto Premingera z 1958 roku. Główna rola w dramacie przypadła słynnej, tragicznie i zbyt szybko zmarłej Jean Seberg. Powieść „Witaj, smutku” powszechnie zaliczana jest do grona najważniejszych książek XX wieku – choćby w popularnym zestawieniu dziennika „Le Monde”. Żadna z ponad 40 innych dzieł autorki nie powtórzyło sukcesu debiutu.

Główna bohaterką i narratorką „Witaj, smutku” jest siedemnastoletnia Cécile. Wraz z ojcem, Raymondem, i jego obecną kochanką, rudowłosą Elsą, spędza beztroskie wakacje na gorącym Lazurowym Wybrzeżu w nadmorskiej białej willi. którą chroni przed oczami zazdrośników piniowy las. Troje bohaterów przeżywa wiele beztroskich chwil, wygrzewając się w czerwcowym słońcu na złotym piasku. Gdy czterdziestoletni, najpiękniejszy w oczach córki ojciec zajmuje się swoją młodszą o dekadę kochanką, Cécile nawiązuje romans ze studentem prawa, Cyrilem.

Zarówno nastolatką, jak i jej ojcem kieruje szaleńcza pogoń za szczęściem osobistym. „Dążenie do przyjemności i szczęścia stanowi jedyną stałą cechę mojego charakteru” – wyznaje narratorka. To właśnie majętny ojciec, spec od reklamy, przed dwoma laty, czyli po ukończeniu przez Cécile szkoły klasztornej, postanowił pokazać córce „luksus, łatwe życie” oraz wszelkie „rozrywki, które wynikały z posiadania pieniędzy: rozkosz szybkiej jazdy samochodem czy nowa sukienka, kupowanie książek, płyt, kwiatów”. Czas wolny Cécile wypełniały materializm, kino, randki z chłopakami i ukradkowe pocałunki. Wieczorami ojciec zabierał ją na imprezy, na których dziewczyna brylowała, a inni zachwycali się jej młodym wiekiem. Ojciec-bawidamek przyzwyczaił ją do widoku kolejnych kochanek, z którymi zwykł kończyć wieczory. Ona nie ma mu tego za złe, on nie raczy jej pruderią. Zazdrość pojawia się dopiero wraz z Anne – przyjaciółką matki z dawnych lat, kobietą rozważną i zachowawczą, orędowniczką tradycyjnych wartości, która zjawia się w wakacyjnym raju. Konflikt jest nieunikniony.

Cécile i Elsa szybko przekonując się, że to nie jest zwykła przyjacielska wizyta i tych dwoje coś łączy. Najgorzej – planują ślub! Upokorzona rudowłosa Elsa odchodzi, tak jak jej skóra z poparzonych ramion i pleców. Owszem, Sagan wyjątkowo skupia się na jej skórze. Anne wprowadza w domu nowe porządki – każe Cécile uważać z chłopcami i zakuwać do egzaminu poprawkowego. A dziewczynę przerasta nawet jedno zdanie z Bergsona czy innego Pascala! Nadto nie może w spokoju się upić – nad ranem, wraz z kacem, pojawiają się wyrzuty o poważnym obliczu Anne. O zgrozo ta kobieta jest w stanie nawet usidlić hedonistyczne rozpasanie ojca. Cécile musi zawalczyć o przyszłość swoją i najbliższego jej mężczyzny. Narratorka, świadoma możliwości przypisania jej kazirodczych uczuć lub namiętności do Anne, humorystycznie wyprzedza i rozbraja te interpretacje. Daje do zrozumienia, że tak daleko szukać nie ma sensu. Tu chodzi tylko o niezbywalne prawo do beztroskiego życia i otwartości na namiętności. Bo przecież, jak dowodził Oscar Wilde, idol Cécile, „grzech jest jedyną barwną rzeczą, jaka jeszcze pozostała dzisiejszemu życiu”.

Dlatego Cécile wymyśla intrygę. Inscenizując związek Elsy i jej osobistego kochanka, Cyrila, zamierza wzbudzić w ojcu chorobliwą zazdrość i popchnąć go na powrót w ramiona rudowłosej piękności, która po zrzuceniu dawnej skóry w końcu pięknie się opaliła. Dzięki temu pokonana Anne powróci do swoich Okopów św. Trójcy, a świat Cécile do normy. Ta niecna manipulacja nieuchronnie musi prowadzić jednak do tragicznych wydarzeń, które sprawią, że koniec końców beztroska Cécile przywita się z tytułowym smutkiem.

Banalnym będzie stwierdzenie, że powieść czyta się jednym tchem, że styl autorki jest lekki (choć oczywiście nieco niedzisiejszy), niewymuszony i przyjazny nawet dla niewprawionych czytelników – to mówi się już od siedmiu dekad. Sama Sagan (to nazwisko przybrane, zaczerpnięte od jednej z postaci Prousta) wyznawała, że swój debiut napisała niechlujnie, z lenistwa, że to tylko wprawka, a w powieści z prawdziwego zdarzenia autorska „wyobraźnia, inteligencja i siła idealnie do siebie pasują, tworząc nową jakość” . Cała pokazowa dezynwoltura tylko rozsierdzała krytykę i robiła jeszcze większe zamieszanie wokół premiery.

„Witaj, smutku” dzisiaj nie wywołuje już tak silnych emocji jak w czasach IV Republiki i PRL-u. W dobie dzieł przełamujących wszelkie tabu związane z seksualnością i popularności feminizmu Sagan nie szokuje – ot, nieśmiały, opisany raczej metaforycznie niż szczegółowo seks z nieco starszym studentem, kilka wyzwisk i dwuznaczności, rozwiązłość seksualna kobieciarza Raymonda i utrzymanki Elsy, promocja alkoholizmu wśród młodzieży. Rozczaruje się więc ten, kto z wypiekami sięgnie po „Witaj smutku”, licząc na sprośności z brodą pokroju tych z „Pamiętników Fanny Hill” Johna Clelanda czy „Zwrotnika Raka” Henry’ego Millera.

Nie doświadczywszy wstrząsu obyczajowego, szybciej zwrócimy uwagę na mankamenty książki – choćby ograniczenia warsztatowe młodziutkiej pisarki, teatralność całej intrygi, naiwność i nihilizm narratorki. „Podłe i niegodziwe życie – to był mój ideał” – tak przecież wyznawała. Jak to się mówi – edgy. I cringe. Adriana Celińska dostrzega w historii Cecile uniwersalną opowieść o zagubionej nastolatce obdarzonej życiową intuicją. „Jest streetwise, nie bookwise” – mówiła w rozmowie z Martą Zinkiewicz w radiowej Czwórce, tłumacząc, dlaczego Cécile do dziś może pociągać czytelniczo.

Françoise Sagan w otoczeniu wielbicieli.

A skoro już przywołałem tłumaczkę, to należy zauważyć, że Celińska w trakcie pracy translatorskiej nie stroniła od ryzyka, starając się wypowiedzi Cécile umieszczać w rejonach bliskich naszej wspólnocie skojarzeń. I tak na przykład bohaterka ironizuje w myślach, że ojca trzeba ratować z wielu różnych powodów, a nawet ze względu na „głodujące dzieci w Afryce”. Sformułowanie to może wydawać się nieco anachroniczne (a nawet uruchamia jakieś interpretacje postkolonialne), ale dosłowne „i za małych chińczyków” (w oryg. „et pour les petits Chinois”) okazałoby się dość abstrakcyjne. Kto z nas bowiem wie, że w latach 50. we Francji zbierało się aluminiowe nakrętki celem pomocy potrzebującym Chińczykom, a grymaszące przy posiłku dzieci zachęcało się do jedzenia, bo „mali Chińczycy” nie mają tak dobrze? Na szczęście wiedziała tłumaczka i mi wyjaśniła. Dla porównania autorki pierwszego polskiego przekładu z 1956 roku, Anna Gostyńska i Jadwiga Olędzka, wybrnęły z tego tak, że… pominęły ten fragment w książce.

W innym przypadku Celińska przeciwstawiła się dosłowności w tłumaczeniu poprzedniczek, proponując nam coś miejscami bardziej pikantnego, a pewnie i bardziej młodzieżowego. W pierwszym wydaniu w pewnym fragmencie książki pojawia nieprzetłumaczalna gra słów. Cécile, zapytana przez jedną złośliwą kobietę o to, czy ma amantów wśród rybaków i czy łowi z nimi ryby, odpowiada: „Makrele nie są moją specjalnością, ale chętnie łowię ryby”. Gdy nie wiemy (ja oczywiście nie wiedziałem), że po francusku „maquereau” to zarówno makrela, jak i alfons, możemy uznać, że Cécile bredzi w stanie odurzenia. Celińska przerabia ten fragment i w jej wersji bohaterka odpowiada, że co prawda chodzi z amantem „rączka w rączkę”, ale przecież „to nie robótki ręczne”. Może wyszło nieco grubiańsko, ale zrozumiale i buntowniczo, a przecież mowa o bezczelnej siedemnastolatce. I tak chyba lepiej.

„Witaj, smutku” do dziś otacza nimb przebojowości. Tę szczególną aurę zagęszcza wiele czynników – czas powstania książki, młody wiek autorki i jej nagły, niebotyczny sukces (to tak, jakby nasza Masłowska podbiła świat „Wojną polsko-ruską”!), jej późniejsza legenda, na którą składają się whisky, jaguary, ferrari i kasyna (no i oczywiście książki), rzecz jasna też cały impakt kulturowy dzieła. Książkę czyta się zarówno z prostą, czytelniczą przyjemnością (to niezła pozycja na niedługą podróż pociągiem, taką z Warszawy do Poznania, przy okazji można nieco się posnobować), jak i podskórnym szacunkiem. Nadal fascynuje w niej to, jak wykwit nastoletniej fantazji, napisany od niechcenia, mógł na długie lata namieszać w głowach, księgarniach, a także, last but not least, mieszczańskich alkowach.

Jacek Adamiec
fot. główna: Wikimedia Commons


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: artykuły