banner ad

Zagłada domu Lisbonów. O „Przekleństwach niewinności” Jeffreya Eugenidesa

2 października 2025

Trwają bynajmniej nie różowe lata 70. W pewnym konserwatywnym domu gdzieś na amerykańskich przedmieściach żyje z zaborczymi rodzicami pięć nastoletnich sióstr. Wszystkie rozpalają zmysły chłopców z sąsiedztwa i wszystkie zabijają się w ciągu jednego roku. Fascynacja nastolatkami przeżywa je jednak o dekady. Wśród żółknących pamiątek i zacierających się wspomnień dorośli mężczyźni, niegdyś zarumienieni chłopcy, próbują zgłębić tajemnicę autodestrukcyjnego paktu. „Przekleństwa niewinności” (oryg. „The Virgin Suicides”) Jeffreya Eugenidesa z 1993 roku powracają w nowym tłumaczeniu Agi Zano. To wciągająca, stymulująca zmysły powieść, w której buzują hormony, a fantazjom towarzyszy odór rozkładu – marzeń, społeczności i ciał.

Pierwsze zdanie „Przekleństw niewinności” przy odrobinie dobrych chęci możemy zaliczyć do legendarnych wielkich otwarć literatury, wymieniać je obok słynnych zdań Tołstoja, Marqueza czy Camusa i paru innych autorów spowitych całunem elitarności.

„Tego ranka, gdy ostatnia z córek państwa Lisbonów uznała, że to jej kolej na samobójstwo – tym razem Mary, z użyciem pigułek nasennych, tak samo jak Therese – dwaj ratownicy medyczni po przyjeździe na miejsce wiedzieli już doskonale, gdzie jest szuflada z nożami, gdzie kuchenka gazowa i na której belce pod sufitem w piwnicy da się zawiązać sznur”.

Tak brzmi to w tłumaczeniu Agi Zano. U Witolda Kurylaka, autora jednego z poprzednich przekładów, podobnie. Eugenides nie stopniuje napięcia. W pierwszych słowach wyjaśnia, kto zabił, i antycypuje, z jakim kalibrem traumy przyjdzie zmierzyć się czytelnikowi. Obiecuje, że wszystko skończy się tragicznie – rzezią nastoletnich niewiniątek. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Albo nieśmiało cieszcie się, że trup ściele się gęsto – tylko się nie przyznawajcie do ekscytacji.

„Przekleństwa…” z pewnością mogą okazać się zbyt przygniatające dla wrażliwców wyczulonych na triggery. To otwarta konfrontacja z wszelakimi odsłonami unicestwiania się. Z pewnością młodszym czytelnikom w tym momencie kołacze się w głowie „Trzynaście powodów” Jaya Ashera. Zdziwiłbym się, gdyby autor tej książki nie zaczytywał się „Przekleństwami…”. U Eugenidesa wprawdzie motywacji może być podobnie wiele (choć nie tak jednoznacznych), ale ciał pojawia się więcej. Mimo że „Przekleństwa…” są z grubsza realistyczną historią o czeluściach dorastania, nad domem Lisbonów unosi się aura niesamowitości i grozy. A w domu – smród, bo na zapachy narrator jest wyczulony w szczególności.

Kadr z ekranizacji książki w reżyserii Sofii Coppoli (fot. Universal Pictures)

Pierwsze samobójstwo jest nieudane. Żyletki tną głęboko i wzdłuż, ale okaleczoną Cecilię znajdują w porę. Kilka tygodni później dziewczyna bierze na życiu rewanż, w teatralny sposób wyskakując przez okno podczas domowego przyjęcia i nabijając się na płot. „Nie rozumieliśmy, dlaczego Cecilia zabiła się za pierwszym razem, więc tym bardziej nie mieliśmy pojęcia, czemu zrobiła to znowu” – stwierdza z charakterystyczną dozą czarnego humoru narrator. Wie, że to Cecilia „rozlała w powietrzu truciznę”. Od tego zdarzenia jej pozostałe przy życiu cztery siostry stopniowo zaczynają oddalać się od życia społecznego i życia w sensie ogólnym. Decydujący wpływ na to mają pan i pani Lisbon, bezmyślnie nadopiekuńczy, a przez to opresyjni. Twierdzą, że całe zło świata czyha na zewnątrz i jedyną szansą na uratowanie pozostałych dziewcząt jest zamknięcie ich w domu. Systematycznie zagarniają ostatnie przyczółki niezależności dziewcząt, począwszy od swobody ubierania się, poprzez możliwość spotykania się z chłopcami, na chodzeniu do szkoły skończywszy. Rodzicielska paranoja sięga tak daleko, że siostry kontrolowane są nawet podczas wyjść po sprawunki. Dziewczęta duszą się w sosie własnym w domowym słoiku, pogrążając w nieprzepracowanej traumie. Z braku sposobności wrastania w społeczeństwo morfują w czterogłową, blondwłosą i bezdennie nieszczęśliwą hydrę. Na miejscu będzie wspomnieć o dodatkowych kłach panienek Lisbon.

U Eugenidesa przyspieszona degradacja dotyka także bytów nieożywionych. Niedolę dziewcząt dzieli z nimi sam dom. Przechodzi ponurą drogę od zapuszczenia i zaśmiecenia do opuszczenia, od bastionu pruderii do budynku, na którego przeciekającym dachu regularnie odbywają się schadzki. W zastraszającym tempie marnieje i w końcu staje się jak „płuco zapadnięte do środka”. Zbrukana łzami i krwią niewinnych siedziba w niemal magiczny sposób po wszystkim będzie broniła się przed nowymi lokatorami. Poe, gotyk i powieści grozy to naturalnie bardzo bliskie konteksty czytelnicze. „Dom rozmywał się w kłębach mgły z powoli zaduszanej młodości” – czytamy. Cuchnące opary przyciągają zwierzęta nocy, które masowo giną na drogach. A pobliskie drzewa wykańcza grafioza.

Od samego początku narracja debiutu Eugenidesa jest niecodzienna, bowiem narrator okazuje się co prawda typowo pierwszoosobowy, ale nietypowo mnogi. O wydarzeniach opowiada grupa chłopców, którzy z fascynacją przyglądali się postępującej atrofii domu Lisbonów i snuli wizje zbliżenia się do dziewczyn – Cecilii, Lux, Bonnie, Mary i Therese. Autorka wstępu zamieszczonego w poprzednim polskim wydaniu, pisarka Emma Cline, trafnie określa narratora chórem męskim. Nie bez znaczenia okazuje się tu greckie pochodzenia Eugenidesa. Co jeszcze ciekawsze, chór jest podstarzały, ponieważ o przekleństwach młodości opowiada z perspektywy tatuśków z miękkimi brzuszkami. Tragiczną (i dla nich formującą, to powieść coming of age) historię rekonstruują z relacji świadków – wspólnych znajomych, pierwszych kochanków dziewcząt, a nawet ich rodziców. Wspomnienia przywołują starannie skatalogowane i ponumerowane w pięciu walizkach pamiątki i relikty, którym chłopcy przypisują niemal mistyczne znaczenie. To m.in. szczotka z zachowanymi włosami, które po latach bardziej przypominają już zwierzęce futro, pożółkłe trampki lub biustonosz. Czy to stalkerzy? Być może. Voyerzy? Do czasu. Prawdą jest, że gdy dziewczyny brutalnie odcięto od… od wszystkiego, chłopcy stali się jedynymi świadkami ich nieszczęścia. Fakt, że nie udało się im ich zrozumieć, wyrwać z domu niewoli i uchronić przed zagładą, trwale wpłynął na ich późniejsze losy. Nocami, u boku żon, nadal myślą o Lux, Bonnie czy Cecille.

Autor powieści, Jeffrey Eugenides (fot. Sally May Mills/Ubud Writers & Readers Festival/Flickr)

Siłą języka zbiorowego narratora jest równowaga potoczności, potoczystości i brutalnego, czarnego liryzmu. Groza i groteska przenikają do opisów, nie pozwalając czytelnikowi zapomnieć, jaka jest stawka w grze. I tak na przykład Bonnie, jak się szybko dowiadujemy, „była niemal o głowę wyższa od pozostałych sióstr, głównie za sprawą długiej szyi, która pewnego dnia miała zawisnąć na sznurze”. A szczęściem w nieszczęściu okazuje się fakt, że w dniu ostatniego samobójstwa zakończył się uciążliwy strajk grabarzy.

Opowiadający są wyczuleni na detale aż do przesady, wielokrotny zoom staje się ich zmorą. Analizując szczegóły, chłopcy nie byli jednak w stanie dojrzeć złożoności całej kompozycji. Doskonale ilustruje to jeden z końcowych fragmentów powieści, w którym podglądają Lux przez lunetę i choć każda jasna plama rozpala nastoletnie żądze, nie są w stanie orzec, czy patrzą na wychudzone plecy dziewczyny, czy na gzyms. Dlatego, znając mnóstwo potencjalnych przyczyn tragedii domu Lisbonów, ciągle pytają: „dlaczego?”.

Zgodnie z antycznymi tradycjami to chór bierze na siebie ciężar pośrednictwa. Chłopcy są posłańcami hiobowych wieści, angażują odbiorców i intensyfikują doświadczenie wspólnotowe. Tu przechodzimy do kwestii bardzo problematycznej, zagadnienia, które dzisiaj mogłoby wystawić Eugenidesa na zarzuty dotyczące eksploatacji przemocy, romantyzowania samobójstwa (mimo że jest opisywane w całej okropności), a może nawet pretensjonalności. Dziewczęta bowiem oddają swoim podglądaczom największy dar – możliwość obserwowania, a nawet współuczestnictwa w ich przemianie. Właściwą inicjacją u Eugenidesa wcale nie jest seks. Jest nią śmierć. Jako pierwsza dziewictwo traci Cecilia. Samobójczynie osiągają dojrzałość i umierają, podobnie jak wszechobecne ważki oblepiające strony książki. Narratorska, chłopięca przygoda, w której śmierć okazuje się rytuałem przejścia, znajdowała w literaturze amerykańskiej, zarówno tej wysokiej, jak i środka, szeroką reprezentację. Żeby nie szukać daleko – choćby u Kinga.

Okładki polskich wydań powieści „Przekleństwa niewinności” Jeffreya Eugenidesa

Książka Eugenidesa unika łatki czytadła dla nastolatków choćby – ale nie tylko – ze względu na pogłębiony rys psychologiczny postaci. Przynajmniej wybranych. Dziewczyny stopniowo wyłaniają się z siostrzanej komuny, otrzymując odmienne zainteresowania, atrybuty czy sposoby radzenia sobie z zewem zaświatów. Najbardziej zniuansowana jest Lux – jednocześnie tzw. dziewczyna z sąsiedztwa oraz swego rodzaju archetypiczne ucieleśnienie seksu i płodności, istota z pogranicza, jednocześnie przyziemna i fizjologiczna, jak i nieziemsko eteryczna. Barwną postacią jest najśmielszy z chłopaków, Trip Fontaine, lekkoduch, chwilowy partner Lux i kilkuset innych dziewczyn. Opisując go jako rasowego stonera używającego sobie życia niczym basza, tłumaczka Aga Zano musiała mieć sporo frajdy. Fascynuje w końcu narrator, który w sposób nadnaturalny mieści w sobie wiele żywotów i pragnień. Zdumiewają też rodzice dziewcząt, ci akurat swoim odrealnieniem i karykaturalnością.

„Przekleństwa niewinności” bardzo silnie angażują zmysły. Wzrok, słuch i dotyk to jedno (albo trzy), ale zaskakuje również psi węch narratora szczególnie wyczulonego na brzydkie zapachy i opowieści o nich. W pokoju, w którym przesiaduje pięć dziewczyn, jest duszno i nieświeżo jak w ptaszarni. Trip poci się piżmem, psychiatra – czystą nieczystością. Po śmierci Cecilii dziewczyny miały przestać się myć. Chłopcy opowiadają rybie żarty, cuchnie sam dom Lisbonów, odór rozkładu unosi się znad bagien. Podrażniając nasze zmysły, Eugenides zgrabnie balansuje między dokładnością a metaforą.

“Przekleństwa…” bolą. Pozostawiają czytelnika w przeświadczeniu, że dojrzewanie to bardzo mroczny czas, który nie zawsze da się opisać za pomocą poppsychologicznych haseł. A nawet przeżyć. Wielkie fabularne pytanie „dlaczego?” pozostaje bez wielkiej odpowiedzi. Przyczyn jest mnóstwo, ale ich mnogość zaciemnia, zamiast rozjaśniać sytuację. Należą do nich metafizyczna żądza śmierci, syndrom ocalałych czy PTSD. Zawód miłosny, alienacja i przemoc domowa. Żal nad ginącymi gatunkami. Niedobór neuroprzekaźników czy gen samobójstwa. Nieszczęściu towarzyszy jego paskudna siostra, sensacja. Starzy objaśniacze świata narzekają na zmiany, perorują o zgubnym wpływie seksu na młodych. Seksu, którego – jak przyznają chłopcy-narrator – wtedy nawet nie uprawiali. Jatkę u Lisbonów powieściowy „komentariat” wpisuje w ponury krajobraz recesji lat 70., na skutek której bankruci coraz częściej odpalali samochody w zamkniętych garażach. Powieść Eugenidesa krytykuje w końcu to, jak Stany Zjednoczone systemowo nie radziły sobie z wprowadzaniem młodzieży w dorosłość i zapewnieniem jej jakiejkolwiek opieki socjalnej. Wstrząsające śmierci sióstr stanowią kasandryczną przepowiednię nadchodzących fal samobójstw i przemocy wśród młodych ludzi, eskalacji konfliktów społecznych i rozpadów wspólnot, odczarowania przedmieść. Jest źle, ale będzie tylko gorzej – można wyczytać. Humor poprawiają błyskotliwe smaczki takie jak „koty albo się naparzały, albo parzyły” w wykonaniu tłumaczki oraz piękna malarska okładka książki.

Jacek Adamiec
fot. główna: American Zoetrope


Tematy: , , , , , ,

Kategoria: artykuły