Nowe życie wampira. O „Carmilli” Josepha Sheridana Le Fanu i „Drakuli” Brama Stokera

W zgodzie ze swoją przedwieczną naturą wampiry jako mieszkańcy kultury popularnej okazały się wyjątkowo dobrze zaimpregnowane na upływ czasu. Nie znaczy to jednak, że nie muszą raz na jakiś czas otrzepać się z kurzu i pajęczyn. W tym roku doczekaliśmy się przypomnienia dwóch najważniejszych opowieści o upiorach rozsmakowanych w czerwonym trunku – „Carmilli” Josepha Sheridana Le Fanu i „Drakuli” Brama Stokera, obu w dość szczególnych formach. Trudno o lepszy moment na to, by poświęcić kilka zdań im samym oraz ich autorom.
Łączyło ich bardzo wiele. Dublin, pochodzenie z anglo-irlandzkich protestanckich rodzin, dziennikarski fach, fascynacja folklorem… Dzieliły przeszło trzy dekady, dlatego starszemu Sheridanowi Le Fanu przypadła rola mimowolnego przewodnika, podczas gdy Stoker podążał za nim i – jak nierzadko bywa – skuteczniej zapisał się w historii. Pierwszy nie doczekał sukcesu odniesionego przez swoje największe dzieło, drugi – nie zdążył zerwać łatki autora jednego przeboju. W przypadku obu wampirzych ojców gwałtowna śmierć mogła jedynie umocnić późniejszą legendę.
W bliskości śmierci
Nazwisko Josepha Thomasa Sheridana Le Fanu do dziś notorycznie zapisywane jest w sąsiedztwie słowa „zapomniany”, chociaż badacze literatury nie mają wątpliwości, że obdarzony był niepoślednim talentem, a jego pisarstwo wyróżnia się nie tylko na tle woniącego antykwariatem wiktoriańskiego gotycyzmu. Urodzony w 1814 roku syn diakona Kościoła Irlandii, pomimo zapowiedzi składanych w młodzieńczych opowiadaniach z dreszczykiem, przez długi czas wracał do prozy sporadycznie. Bardziej spełniał się jako dziennikarz i wydawca, publikując zresztą na łamach własnych dzienników.
Co znamienne, lwia część dorobku Sheridana Le Fanu powstała w trakcie ostatnich dwunastu lat życia, w burzliwym okresie zapoczątkowanym prywatnym kryzysem. W 1858 roku zmarła jego żona Susanna, długo zmagająca się z nerwicą, a jej zgon nastąpił w niejasnych okolicznościach, dzień po ostrym ataku paniki. Owdowiały pisarz obwiniał się za zdarzenie, zwłaszcza że małżonkowie zdążyli się poróżnić w kwestii wiary – o ile religijność Susanny pogłębiała się w obliczu nieszczęścia, tak Joseph, wychowany w surowym, zgoła kalwinistycznym duchu, stopniowo oddalał się od Kościoła.

Joseph Sheridan Le Fanu
Przez następne trzy lata dublińczyk nie tykał w ogóle prozy, co miało zmienić się wraz z kolejną wielką stratą, tym razem odejściem jego matki. Rzuciwszy się w wir pisania, opublikował ponad dziesięć książek, z których największą popularnością – i to po obu stronach Morza Irlandzkiego – cieszyła się gotycka powieść „Stryj Silas”. Ukoronowaniem twórczości Sheridana Le Fanu miał okazać się zbiór „W ciemnym zwierciadle”, zawierający pięć nowelek, m.in. wampiryczną „Carmillę”. Ukoronowaniem dosłownym, bo kiedy wydawnictwo trafiło do czytelników, autorowi został już niespełna rok życia. Niecieszący się dobrym zdrowiem i zmęczony bliskością śmierci, 58-letni pisarz doznał ataku serca 7 lutego 1873 roku.
Romans za cenę krwi
„Carmilla”, pierwotnie publikowana w odcinkach na łamach jednego z angielskich miesięczników literackich, później zaś zamykająca „W ciemnym zwierciadle”, doczekała się wielu odrębnych edycji (w Polsce po raz pierwszy w roku 1974 w przekładzie Macieja Kozłowskiego nakładem Wydawnictwa Literackiego) i nie bez powodu uznawana jest za kamień węgielny literatury wampirycznej. Sheridan Le Fanu pokazał się jako świetny narrator, budowniczy napięcia, a wreszcie i autor zdolny do transgresji na miarę epoki, do której rekwizytów wciąż należały książeczka do nabożeństwa i mocno zasznurowany gorset.
Utwór pisany jest z perspektywy osiemnastoletniej Laury, która wraz z ojcem – bogatym Anglikiem na służbie austriackiego cesarza – mieszka w starym zamczysku w Styrii. Życie dziewczyny mąci pojawienie się tajemniczej Carmilli, w której rozpoznaje uwodzicielską postać nawiedzającą ją niegdyś w snach. Laura ulega powabowi swej gościni, ale jej zdrowie stopniowo się pogarsza. Za chwile bliskości z Carmillą, która w istocie jest wampirzycą, hrabianką Karnstein, dosłownie płaci swoją krwią.
Powiązanie wampiryzmu ze zmysłowością, u Sheridana Le Fanu w wydaniu lesbijskim, wpisało się na stałe do nieformalnego kanonu. „Carmillę” wyjątkowo pokochało kino. Zainspirowała zarówno wielkich auteurs, takich jak Carl Theodor Dreyer („Wampir” 1932) czy Roger Vadim („…i umrzeć z rozkoszy” 1960), jak również szereg kultowych eurohorrorów, i to tak różnych, jak włosko-hiszpański klasyk „La cripta e l’incubo” (1964), trylogia Karnstein ze studia Hammer Film („The Vampire Lovers”, 1970; „Lust for a Vampire”, 1971; „Twins of Evil”, 1971), psychodeliczne „Vampyros Lesbos” (1971) spod ręki Jesúsa Franco czy krwawa nie tylko tytułem „La novia ensangrentada” (1972). Ostatnio z książką zmierzyła się też angielska reżyserka Emily Harris, a jej „Carmilla” (2019) odczytuje oryginał w duchu romansu skierowanego raczej dla starszych nastolatków.
Literaturze być może istotnie zdarzało się gubić Sheridana Le Fanu z pamięci, ale co jakiś czas powraca on na zasłużone miejsce jednego z ojców horroru. W tym roku efektownej reedycji „Carmilli” podjęło się wydawnictwo Uroboros, które uczciło w ten sposób pięćdziesiątą rocznicę pierwszego polskiego wydania. Nowa wersja książki przełożona została przez Paulinę Braiter i opatrzona neosecesyjnymi ilustracjami Aleksandry Czudżak. Jak informuje wydawca, zawdzięczamy ją poniekąd głosom samych czytelników, a jedną z gorących orędowniczek wznowienia noweli była Edyta Janicka, twórczyni projektu Lesbioteka. Nie da się ukryć, „Carmilla” to także daleka przodkini literatury queer.

Okładka nowego wydania „Carmilli”
Symbol całego gatunku
Zanim „Carmilla” doczekała się wznowienia, w obliczu niedostępności wydania z 1974 roku, jedyną możliwością przeczytania utworu po polsku było sięgnięcie do opracowania Marii Janion „Wampir. Biografia symboliczna”. W książce wybitnej polskiej literaturoznawczyni znalazła się nie tylko cała nowela Sheridana Le Fanu (i kilka innych tekstów źródłowych), ale też masa ilustracji, w tym reprodukcja kilku komiksowych kadrów ukazujących moment zagłady najsłynniejszego z wampirów. O ironio, kadry zaczerpnięto z niemieckiej edycji komiksu, choć oryginał to hiszpańskie tebeo „Drakula” spod ręki znakomitego artysty Fernanda Fernándeza. Informacja nie tylko dla tych, którym krew w żyłach zmroziła scena śmierci hrabiego: dzieło Fernándeza jest od niedawna dostępne w Polsce.
O powodach, dla których warto po ów komiks sięgnąć, napiszę w dalszej części. A pisać o tym trzeba, ponieważ nawet zdeklarowani admiratorzy horroru mają prawo być zwyczajnie zmęczeni historią najsłynniejszego siedmiogrodzianina (wybacz, Stefanie Batory!). Drakula to niekwestionowany symbol całego gatunku, a samo wypisanie adaptacji, trawestacji i parodii książki Brama Stokera mogłoby potroić objętość tego tekstu. Zresztą spójrzmy na liczbę polskich przekładów. Chociaż „Drakula” ukazał się u nas dopiero w 1990 roku, od tamtego czasu tłumaczono go jeszcze sześciokrotnie (czasem jako „Draculę”).
Przy całej doniosłości powieści o złowieszczym hospodarze, po zestawieniu jej z „Carmillą”, łatwo zauważyć, że powstała ona sumptem wielkiego długu zaciągniętego u Sheridana Le Fanu. W obu utworach mamy złowieszczych przedwiecznych arystokratów, zamczyska w górach europejskiego interioru, zbliżone symptomy u ukąszonych, egzekucję upiora… Głównych antagonistów książek cechuje zwierzęcy magnetyzm, zaś między wampiryzacją a stosunkiem seksualnym stoi w zasadzie znak równości. Bez Carmilli nie byłoby Drakuli. Nawet jeśli Stoker zamarkował historyczne umocowanie swojego bohatera, chrzcząc go przydomkiem osławionego Włada Palownika.
Sukces wyczekiwany, sukces niepowtórzony
Urodzony w 1847 roku Abraham Stoker był czeladnikiem Sheridana Le Fanu nie tylko w przenośni. Dziennikarskie szlify zdobywał bowiem jako krytyk teatralny na łamach dziennika „Dublin Evening News”, którego współwłaścicielem był autor „Stryja Silasa”. Zajęcie to umożliwiło mu notabene zawarcie znajomości z niezwykle cenionym aktorem Henrym Irvingiem, który zatrudnił go jako swojego sekretarza i kierownika londyńskiego Lyceum Theatre. Posada okazała się na tyle wygodna, że Stoker poświęcił jej następnych 27 lat.

Bram Stoker
Cały czas jednak pisał, a jeszcze przed trzydziestką miał na koncie kilka opublikowanych opowiadań. Jego pierwsza powieść, „The Primrose Path” z 1875 roku, opowiadała historię upadku uczciwego everymana – stolarza zatrudnionego w teatrze, który w alkoholowo-paranoicznym amoku zabija żonę i samego siebie przy pomocy narzędzi pracy. Rzecz przeszła jednak bez echa, jak i kilka kolejnych… aż do roku 1897 i premiery „Drakuli”, po której pięćdziesięciolatka okrzyknięto nowym Edgarem Allanem Poe.
Stoker nie zdołał już powtórzyć sukcesu, choć kilka jego utworów niezmiennie cieszy się dużym uznaniem czytelników (zwłaszcza opublikowana na krótko przed śmiercią „Kryjówka Białego Węża”). Pisarz zmarł 20 kwietnia 1912 roku po serii udarów. Oficjalny akt zgonu jako przyczynę podawał ataksję ruchową, w której niektórzy badacze dopatrują się skutków zaawansowanego syfilisu, inni zaś – konsekwencję długotrwałych problemów z sercem i nadciśnienia.
Mrok, krew, erotyka i barok
Czy można jeszcze napisać o Drakuli coś, czego by już o nim nie napisano? Może po prostu zachęcić do sięgnięcia po wspomniany już komiks, wydany niedawno przez oficynę Mandioca w ramach serii Mistrzowie Komiksu Europejskiego. Rzecz fantastycznie zilustrowana przez Fernanda Fernándeza (1940-2010), wybitnego ilustratora i malarza, który na swoim koncie miał także pracę przy serii „Vampirella”, magazynie grozy „Eerie” czy słynnym miesięczniku „Heavy Metal”.

Polskie wydanie „Drakuli” Fernanda Fernándeza
Pochodzący z Barcelony artysta podjął się słusznego wysiłku, stawiając na farby olejne jako technikę wykonania. W efekcie każdy z kadrów na ponad osiemdziesięciu stronach ogląda się jak odrębny obraz, a całość zarówno oddaje gotycki nastrój oryginału, jak i przywodzi na myśl estetykę typowo hiszpańskiej szkoły horroru filmowego lat 70. Mrok, krew, erotyka i barokowy styl na granicy przesady, nigdy jednak nie przekraczający cienkiej linii. Syn Fernándeza wspomina w posłowiu, że Drakula widziany w kinie nie robił takiego wrażenia jak hrabia z kart komiksu ojca. Nie dziwię się, choćby tym pierwszym był nawet Christopher Lee.
„Drakula” z Mandioki nie bez powodu roztacza urok innej epoki. Jego publikację w odcinkach rozpoczął w 1982 roku magazyn „Creepy”, a zbiorcze wydanie opublikowano w Hiszpanii na czterdziestolecie wydarzenia. Kolejny jubileusz, kolejna rocznica liczona w dekadach… Niby szmat czasu, ale co to jest dla wampirów?
Sebastian Rerak
TweetKategoria: artykuły















