Kochać i jeść! O „Wykwintnych zwłokach” Poppy’ego Z. Brite’a

6 lutego 2026

Imprint Grupy Wydawnictwa Kobiecego, Mova, wydał powieść tak męską, jak tylko męski może być seks gejowski połączony z przemocą. „Wykwintne zwłoki” to ekstremalnie brutalny horror pozbawiony elementów nadprzyrodzonych, w którym dwaj mordercy młodych gejów urządzają swoim ofiarom piekło na Ziemi. Gejowskie porno, gore, epidemia AIDS, zblatowani gliniarze i aligatory – a wszystko w dekadenckim, multikulturowym Nowym Orleanie lat 90.

Mapa skojarzeń – „Ćpun” i „Queer” Williama S. Burroughsa (a może i „Nagi lunch”?), kwadrologia z Lecterem Thomasa Harrisa oraz serial „Hannibal” Bryana Fullera. „Love forever” rapera Słonia (oraz dziesiątki innych jego kawałków). I „Lubiewo” Michała Witkowskiego. No dobrze – z tym ostatnim żartowałem. Faktem jest jednak, że gdybym musiał określić „Wykwintne zwłoki” dwoma przymiotnikami, byłyby to epitety „potworny” i „gejowski”. Trzecim mógłby być na przykład „wciągający”, poprzedzony dwuznacznym przysłówkiem „strasznie”.

Po pięciu latach w więzieniu w Painswick nieopodal Birmingham seryjnemu mordercy i nekrofilowi Andrew Comptonowi (inspirowanemu Jeffreyem Dahmerem) udaje się zbiec przez kostnicę. Wprawia się w letarg i pozoruje własną śmierć. Uciekając, pozostawia za sobą rozpłatane ciała. Kradnie tożsamość pewnego poderwanego i zabitego mężczyzny, po czym wylatuje do Atlanty w Stanach Zjednoczonych i – skuszony broszurami reklamowymi – udaje się do Nowego Orleanu. Tam jednak działa inny wielbiciel młodych ciał, Jay (także postać wzorowana na Dahmerze). Ekscentryczny bogacz wabi do siebie ofiary, uprawia z nimi seks, a następnie (albo jeszcze w trakcie) zaczyna je pożerać. Nasuwa się zatem pytanie: kiedy dojdzie do nieuniknionego spotkania potworów? I czy jak japońskie monstra będą ze sobą walczyć, czy raczej jak Paweł i Gaweł zamieszkają w jednym domku – nekrofil i kanibal? Czy dwa żywioły można połączyć? I czy panowie dadzą się nawzajem przekonać do zmiany upodobań?

Powieść „Wykwintne zwłoki” inspirowana była sprawą Jeffreya Dahmera.

Dla kontrastu Poppy Z. Brite wprowadza kilka innych postaci (rozdziały pisane są z ich perspektywy, z tym że tylko Andrew otrzymuje własny głos w narracji pierwszoosobowej). Pierwsza z nich to Tran, młody homoseksualista o wietnamskich korzeniach, wyrzucony z domu ze względu na swoją orientację. Pozbawiony schronienia, ukrywający się przed byłym kochankiem chłopak szybko wpada w sidła Jaya, który wariuje na jego punkcie. Przez całą książkę kibicujemy Tranowi, żeby wyszedł z tego cało.

Wspomnianym byłym chłopakiem Trana jest Luke – zdolny pisarz lubiący się ostro zabawić w sypialni, ale nie aż tak, jak Andrew czy Jay. Chociaż gdy władzę przejęły nad nim jego demony, zwłaszcza Lush Rimbaud, chciał wstrzyknąć Tranowi w żyłę własną krew wraz z HIV-em. Skazany na powolną śmierć mężczyzna daje upust swojej frustracji jako prezenter pirackiej stacji radiowej, w której stanowi kontrapunkt dla prawicowej, homofobicznej, dominującej w mediach narracji.

Naprawdę nie rozumiem, co miał na myśli niejaki Dennis Cooper, pisząc w blurbie, że „Wykwintne zwłoki” są „dziwnie erotyczne”. Jakby mówił o jakichś wieloznacznościach lub subtelnościach. Tymczasem wygląda to z grubsza tak: „penis X zaczął się wślizgiwać w jego uszkodzony odbyt” albo „czubek mojego penisa kliknął o migdałki X i zsunął się głębiej w jego gardło, które zaczęło wykonywać ruchy perystaltyczne wokół mojego nabrzmiałego członka”, albo „nasmarowałem pulsujący członek lubrykantem. Odbyt X otworzył się przede mną chętnie”, „ssał nieobrzezany członek X, zaintrygowany fakturą i plastycznością czyściutkiego napletka” czy też w końcu moje ulubione: „Y pieprzył go tak głęboko, że X krzyczał w głos, tak głęboko, że X czuł uderzenia jego członka w górną krzywiznę jelita”. Anonimizuję, żeby nie psuć nikomu frajdy z doczytania, kto współżył z kim. Ogółem sporo jest o spermie i sprężystych odbytach zacieśniających się na żołędzi penisa. Nie mam, broń Boże, problemu z tym, że to opisy seksu między mężczyznami – to ciekawa odmiana wśród tylu literackich opisów seksu heteroseksualnego. Mimo wszystko wydają mi się jakoś niezręczne. Naturalistyczne, jakby opisywał je laryngo-proktolog rozkochany w romansidłach, a jednocześnie nie powinno się ich traktować w sposób instruktażowy – tu do seksu chociażby nikt się nie przygotowuje. W obronie tychże fragmentów przypomnę tylko, że zjawiska takie jak kicz i camp nierozłącznie związane są z estetyką queeru. Myślę, fascynację męską cielesnością warto też odczytywać w ujęciu genderowym w kontekście tranzycji osoby, która napisała książkę – od paru lat Poppy Z. Brite to William Joseph Martin (teksty nadal podpisuje dawnym nazwiskiem jako pseudonimem artystycznym).

Okej, porno odhaczone (ale przecież jest jeszcze seks ze zwłokami!), to teraz gore. Na Reddicie znajdziemy zażarte dyskusje dotyczące podobieństwa morderstw przedstawionych w książce z tymi popełnionymi przez Dahmera, zwłaszcza zabójstwem Koneraka Sinthasomphone’a. Zgadzam się z wieloma głosami: książka, która ukazała się tak szybko po rzeczonych zbrodniach, mogła wyrządzać olbrzymie szkody emocjonalne bliskim ofiar. Dzisiaj na szczęście Dahmer to bardziej postać z Netflixa niż ktoś prawdziwy – realna jak Hannibal Lecter. Dlatego też obecnie o wiele łatwiej nabrać do tego wszystkiego dystansu.

Z racji profesji Arthura i Jaya opisy seksu w „Wykwintnych zwłokach” często łączą się ze scenami bezprecedensowej przemocy. Tu może tylko jeden drastyczny przykłady, żeby każdy wiedział, na co się porywa, sięgając po tę pozycję: „przywrócił go do przytomności atak białych, gorących zębów X na jego brzuch. Nie na skórę, nawet nie na mięśnie, tylko głęboko w jelita, rozsuwając krawędzie ciała, wgryzając się w głąb i wyrywając coś ze środka. (…) Ociekające mięso zwisało z zębów X. Y jadł mu z ust”.

Jak już wspominałem, kanibalizm jest jednym z ważnych motywów obecnych w książce. Kanapki z hajsem Masłowskiej? Obciach. Kanapki z ludzkim mięsem? Klasa. Jeśli więc powyższe opisy nie robią na czytelniku wrażenia, a może nawet przypadły mu do gustu, gratuluję – oto znalazł on książkę dla siebie!

Nie dostrzegam w „Wykwintnych zwłokach” filozoficznej głębi ani mrocznego liryzmu, choć oczywiście romantyzacja zbrodni jest aż nazbyt oczywista. Czy Poppy Z. Brite stara się krytykować złaknione przemocy głupie społeczeństwo jak Oliver Stone w „Urodzonych mordercach”? Nie wiem, choć są ku temu przesłanki. Największą wartością tej pozycji jest moim zdaniem historyczna już teraz, a w momencie debiutu aktualna refleksja nad chorobą dziesiątkującą w latach 80. i 90. środowiska żyjących na marginesie społeczeństwa homoseksualistów i narkomanów.

William Joseph Martin publikujący jako Poppy Z. Brite.

HIV i AIDS nie są już tematami tabu. Przed paroma laty o śmiertelnych żniwach AIDS pisała Rebecca Makkai w powieści „Wierzyliśmy jak nikt”, w popkulturze temat ten pojawił się chociażby w filmie „Witaj w klubie” Jeana-Marca Valléego albo w 11. sezonie serialu „American Horror Story” Ryana Murphy’ego. „Wykwintne zwłoki” ukazały się jednak w roku 1996, czyli trzy lata po przełomowym filmie „Filadelfia” Jonathana Demme’a z niezapomnianymi rolami Toma Hanksa i Denzela Washingtona. W latach 90. nosiciele wirusa i chorzy na AIDS regularnie spotykali się z pogardą i dyskryminacją, a nawet aktami przemocy, w to wszystko wplątane były pseudoreligijne narracje dotyczące kary za grzechy (zainteresowanych tym, jak to wyglądało w Polsce, odsyłam do reportażu „Ojczyzna moralnie czysta. Początki HIV w Polsce” Bartosza Żurawieckiego). Strach przed HIV i AIDS potęgował homofobię, ponieważ to właśnie geje najczęściej umierali wskutek powikłań zespołu nabytego niedoboru odporności. Stosunki analne bez prezerwatyw i stosowanie tych samych igieł do walenia w kable heroiny to najistotniejsze czynniki ryzyka.

Ta wielowymiarowa panika jest bardzo dobrze widoczna w „Wykwintnych zwłokach”. Na AIDS choruje Luke, „dodatni” jest m.in. Soren, przyjaciel Trana, i Andrew. W książce spotykamy się z bardzo licznymi społecznymi i systemowymi przejawami napiętnowania chorych. Nie zabrakło jednak też humoru: „No, Andrew” – mówi sobie bohater – „nikt, kto bezcześci sanktuarium dupy martwego chłopaka, nie może oczekiwać, że ujdzie mu to płazem”. Warto dodać, że ryzyko zachorowania często podnieca bohaterów, którzy świadomie rezygnują z zabezpieczeń. To słynny zakazany owoc tak popularny w Dzielnicy Francuskiej Nowego Orleanu.

A co do samej homofobii – to powieść w każdym calu gejowska, gejowskie jest nawet samobójstwo, bo narrator opisuje, że mężczyzna bierze do ust lufę jakby brał członka. Z drugiej strony nasuwa się wniosek: no ładny PR robią homoseksualistom ci nekrofile, kanibale i inni zwyrodnialcy!

Gdy zawiesimy niewiarę, „Wykwintne zwłoki” okazują się angażującą powieścią sensacyjną. Umówmy się, że ucieczka głównego bohatera – najgroźniejszego mordercy, jakiego zrodziła Anglia – z prosektorium, po tym, jak nauczył się wpadać letarg, to historia bardzo mało prawdopodobna. Podobnie jak zbrodnicza kariera Jaya, wnuka psychopatycznego mordercy. Rozumiem – jego ofiary to narkomani, geje, wyrzutki. Nikt za nimi nie tęskni, policja czuje do nich obrzydzenie. Ale jednak! Ten człowiek to przecież murowany podejrzany! Gdy pogodzimy się z tym, że takie połączenie thrillera i horroru może rządzić się własnymi prawami, mamy szansę zacząć czerpać niezdrową satysfakcję z czytania powieści. Czytelników najbardziej ekstremalnych doznań estetycznych zachęcam do zapoznania sią z tym wynaturzonym dziełem. Wszystkim innym sugeruję do zestawu herbatka plus kocyk dołączyć wiaderko.

Jacek Adamiec

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: artykuły