banner ad

Wstyd trzeba pokonywać dla wolności – wywiad z Wiolettą Grzegorzewską, autorką „Wilczej rzeki”

24 listopada 2021

Najnowsza książka Wioletty Grzegorzewskiej – pisarki nominowanej w 2017 roku do Międzynarodowej Nagrody Bookera za powieść „Guguły” – to pandemiczna powieść drogi. „Wilcza rzeka” powstała na kawie zapisków dziennikowych autorki spisywanych od początku 2020 roku, czyli od momentu wybuchu pandemii. O powstaniu książki, pokonywaniu strachu i przełamywaniu tematów tabu rozmawiamy z pisarką.

Paulina Janota: „Wilcza rzeka” to zapis tułaczki głównej bohaterki i jej córki przez różnego rodzaju angielskie stancje. Tytułowa rzeka bardziej przypomina bagno, które zdaje się coraz bardziej wciągać bohaterkę. Czy powieściowa Wiola zdołała wydostać się z Wilczej Rzeki?

Wioletta Grzegorzewska: Powieściowa Wiola zostanie w schronisku na zawsze, bo ona jest uwięziona w świecie, który stworzyłam. Ja z niego wyszłam – na razie jestem bardzo zmęczona. Muszę na nowo urządzić sobie i córce życie od podstaw. Wczoraj oglądałam filmiki instruktażowe o tym, jak wyłożyć wykładzinę dywanową – czy lepiej przykleić ją na taśmę czy klej. Kupiłam sobie jak wszyscy Anglicy mikrofalę, glinianą podstawkę z Bolesławca na chochlę – taką, jaką miała w kuchni moja babcia i teściowa. Powoli dobijam do pięćdziesiątki i przestaję być „Marysią wędrowniczką”. Chcę teraz prowadzić osiadły tryb życia. Mam już w Wielkiej Brytanii status osiedleńca. Kiedy przylatuję samolotem z Polski, staję do odprawy w kolejce dla Brytyjczyków, choć ze względu na swe polskie obywatelstwo, jestem też jedną nogą w Unii Europejskiej.

Nie bez powodu używam zwrotu główna bohaterka, choć tak naprawdę mogłabym zwracać się bezpośrednio do pani. „Wilcza rzeka” to w końcu powieść autobiograficzna. Jednakże w wywiadach podkreśla pani, że Wiola to pani bohaterka, a nie pani sama. Tworzy pani pewien dystans między nią a sobą. Zastanawiam się, czy to nie pewien sposób na radzenie sobie z tymi wszystkimi doświadczeniami, traumami, które opisuje pani w „Wilczej rzece”. Pisanie jest w końcu rodzajem autoterapii.

Po pewnym czasie przekonałam się, że pisanie nie ocala, choć na pewno pomaga zrozumieć pewne sprawy, jest rodzajem wiwisekcji. Kiedy w czasie pandemii pisałam, zapominałam o lęku, bo koncertowałam się na tym, żeby wszystko zapamiętać.

W jednej z rozmów wspomniała pani, że nie planowała tej książki. Z początku publikowała pani posty na Facebooku traktujące o rzeczywistości, której pani doświadcza. Kiedy nastąpiła zmiana? Kiedy stwierdziła pani, że uczyni z tego powieść?

Przed wybuchem pandemii chciałam napisać kameralną powieść o najstarszej malarce na świecie, która zaczęła malować po osiemdziesiątce. Ta kobieta mieszkała w Paryżu i tak naprawdę nie była Francuzką. Miała na imię Helena i była polską imigrantką o żydowskich korzeniach. Akurat zbierałam materiały do tej książki, kiedy przeczytałam w prasie o Diamentowej Księżniczce, statku, którego pasażerowie zostali zakażeni dziwnym wirusem. Kilka dni później znajomi zaczęli powtarzać słowo „kwarantanna”. To zadziałało na moją wyobraźnię. Niektórzy moi koledzy po piórze aż zacierali rączki. Wreszcie coś się dzieje, pisali, będzie temat jak z „Miasta ślepców” Saramago czy z „Dżumy” Camusa. Po pewnym czasie okazało się, że wcale nie tak łatwo opisać teraźniejszość i złapać do niej dystans. Mnie do przerobienia dziennika na fabułę zachęcił bliski przyjaciel, który jest pisarzem.

Czytając pani najnowszą książkę, momentami czułam się wręcz jak podglądacz – jak ktoś, kto zabrał komuś dziennik i czyta go w pośpiechu, w ukryciu przed jego właścicielem. Opowiada pani o bardzo trudnych i bolesnych rzeczach – dzieli się nimi z czytelnikiem, kimś całkowicie obcym. „Wilcza rzeka” jest bardzo intymna i bezkompromisowo szczera. Czy w trakcie pisania towarzyszyła pani myśl, że zdradza zbyt wiele?

„Walka o to, by żyć wedle własnej prawdy, jest niezwykle trudna” – napisała w swym dzienniku Anaïs Nin, która była odbierana wśród amerykańskich purytanów jako skandalistka, bo opowiadała o romansie z Henrym Millerem i jego żoną oraz o tym, że molestował ją ojciec. Dla mnie odsłanianie się i pisanie też było dość trudne, ale też konieczne do odkrycia własnej prawdy. Gdybym się cenzurowała, książka straciłaby swą moc. Wstyd trzeba pokonywać dla wolności. Kobiece doświadczenie, myślenie i kobieca erotyka zawsze były spychane na margines. Kiedy mężczyzna pisze o swoich intymnych sprawach, orgazmach i kochankach, jest to odbierane jako coś normalnego, bo mężczyznom od wieków wolno tak pisać, a kiedy kobieta przełamuje wstyd i mówi o czymś otwarcie, to jest odbierana jako ekshibicjonistka czy wariatka. Trzeba było ruchu #metoo, żeby kobiety się trochę pootwierały, uczyniły doświadczenie intymne publicznym, zmieniły na lepsze rzeczywistość, wykopały z wysokich stołków swoich ciemiężycieli.

Tak, kobieca seksualność to wciąż pewnego rodzaju temat tabu. Pani jednak przełamuje ten impas. Nie bez powodu Justyna Sobolewska w recenzji „Wilczej rzeki” napisała, że „bezpruderyjnie pisze [pani] o cielesności, seksualności kobiety”. Z rozmów z panią wynika, że wychowała się w konserwatywnej rodzinie, tymczasem „Wilcza rzeka” pozbawiona jest tego konserwatywnego myślenia.

To prawda. Wychowywały mnie kobiety ultrakatolickie, które zachowywały się jak chasydki. Babcia zawsze nosiła chustę na głowie i spódnice prawie do kostek. Mówię spódnice, bo ona zawsze nakładała na siebie trzy kiecki. Taka tradycja ludowa. W niedzielę budziła nas rano, kazała zaplatać włosy w warkocz i gnać trzy kilometry do kościoła Świętego Antoniego, na poranną mszę. Nikt w domu nie mówił o seksie wprost, ale ja byłam ciekawskim dzieckiem. Wspięłam się na meblościankę i na górnych półkach znalazłam „Zbrodnie miłości” markiza de Sade’a a potem „Sztukę kochania” Wisłockiej. Po religii, która w latach osiemdziesiątych odbywała się potajemnie, w takiej drewnianej chatce pod lasem, jedna z koleżanek podarowała mi pornograficzny „Pamiętnik Fanny Hill”. Do ojca przychodzili różni szemrani kumple, którzy grali w pokera albo tysiąca i opowiadali sobie różne erotyczne przygody.

Nie boi się pani również pisać o przemocy domowej – to kolejne przełamane przez panią tabu. Pisze pani o tych sprawach pewnie, bez poczucia strachu i wstydu. Czy w trakcie pisania myślała pani o tym, że swoją książką oddaje również głos osobom, najczęściej kobietom, zmagającym się z tym właśnie problemem?

Tak, myślałam o tym często, szczególnie wtedy, kiedy kobiety płakały za ścianą. Postanowiłam rozwinąć wątki o nieudanym małżeństwie, współuzależnieniu i przemocy domowej. Na początku było to bardzo trudne, bo robiłam uniki i trochę sama się oszukiwałam. Transgresja nastąpiła wtedy, kiedy zamieszkałam z córką w schronisku dla kobiet. Coś wtedy we mnie pękło.

„Patrząc na niego, zrozumiałam, że to, co bierzemy za przeznaczenie, jest często wypadkową decyzji różnych ludzi, których spotykamy na swojej drodze”. Zakreśliłam sobie to zdanie w trakcie lektury. Pani w rozmowie z Michałem Nogasiem również je wypowiedziała i wskazała, że jest to jedno z ważniejszych zdań w książce. Nasz los leży jedynie w rękach innych?

Nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie. Im jestem starsza, tym bardziej się przekonuję, że nasze życie jest ciągiem przyczynowo-skutkowym i mają na nie wpływ wybory innych ludzi. Pierwszym takim wyborem jest decyzja matki: czy mnie urodzić. Długo wychodziłam z charakterystycznego dla kultur mniej rozwiniętych magicznego myślenia, czyli także wiary w przeznaczenie. W dzieciństwie bez przerwy słyszałam o różnych amuletach, czerwonych wstążkach, które mają chronić przed złym urokiem. Jeśli zapałka się dopali, myślałam jako młoda kobieta, stojąc w kuchni, to znaczy, że moje małżeństwo będzie udane. Zapałka nie zgasła, ale moje małżeństwo było klapą. Chiromanta spotkany na ulicy Nowowiejskiego w Częstochowie wywróżył, że zrobię wielką karierę, będę nieziemsko bogata, ale nie znajdę szczęścia w miłości. Tymczasem jestem biedna, ale szczęśliwie zakochana. Długo wychodziłam z takiego banialukowego dumania. Od dzieciństwa kazali mi wierzyć w opatrzność, anioły stróże, wniebowstąpienia, objawienia i duchy święte. Magiczne myślenie jest bardzo niebezpieczne, bo nie pozwala ocenić racjonalnie sytuacji i spojrzeć prawdzie w oczy. Szczególnie teraz, w rzeczywistości naszpikowanej fałszywkami, czyli fake newsami, odczuwamy konsekwencje takiego postrzegania świata. Ludzie, którzy wierzą w opatrzność, wierzą w rożne teorie spiskowe i często krzywdzą przez to siebie i innych.

Rzeczywistość schroniska dla kobiet, w którym się pani znalazła wraz z córką, zdaje się przypominać miejsce, w którym przetrwać mogą najsilniejsi. Miejsce, w którym czasami trzeba wyzbyć się empatii i chęci pomocy za wszelką cenę, bo można za to przypłacić własnym zdrowiem i stanem emocjonalnym.

Czytałam kiedyś, że w czasie sytuacji nie do zniesienia kurczą się mięśnie w uchu środkowym, co skutecznie wycisza częstotliwości charakterystyczne dla głosu człowieka. Ja dokładnie tak reagowałam. Zamykałam się w sobie. To był odruch obronny, bo końska dawka wiedzy o cudzym nieszczęściu może załamać. Schodzisz do kuchni, słyszysz, jak kobieta, krojąc marchewkę, opowiada o gwałtach, a potem wracasz do pokoju i nie możesz zasnąć, tym bardziej że na górze inna rezydentka do trzeciej nad ranem stacza ze sobą jakąś walkę, a sąsiadka z łącznika kurzy marychę jak smok. Poza tym, no nie czarujmy się, schronisko to nie bed & breakfast. To inny, czasem bezwzględny świat, który rządzi się swoimi prawami – jak więzienie. Tutaj przebywają też osoby przemocowe, ze środowisk przestępczych. Jeśli okażesz słabość, to zaczną tobą manipulować, podporządkowują cię sobie, okradną, każą ci przynosić papier toaletowy i po nich sprzątać. Jedna z kobiet wciąż chciała pożyczać ode mnie telefon, z którego – jak się potem okazało – dzwoniła do dilera. Inna wciąż prosiła o pieniądze, trzecia chciała mi podrzucać swoje dziecko. Była też pewna Polka w stanie psychozy, która żądała całodobowej opieki. Współczułam jej, ale nie mogłam się nią tak długo zajmować. Musiałam się z tego wszystkiego czasem wyłączyć i zadbać przede wszystkim o bezpieczeństwo córki.

Pani powieść to również obraz rzeczywistości emigrantów, nie tylko polskich, mieszkających na Wyspach. Rzeczywistość ta nie obfituje raczej w same sukcesy i dostatnie życie.

To jest mit, że wszyscy emigranci w Wielkiej Brytanii żyją w dobrobycie. Większość z nich pracuje na czarno, jest wykorzystywana przez pracodawców. Niektórzy cieszyli się z pandemii, bo nigdy nie dostali od szefa urlopu i symulując gorączkę, mogli wrócić do domu i trochę odpocząć. Sporo Polaków po prostu klepie w Anglii straszną biedę: może nie jedzą kociej karmy, tak jak jeden z bohaterów „Emigrantów” Mrożka, ale żyją tu w trudnych warunkach, są tu poniżani, samotni, dyskryminowali. Tacy ludzie nie mogli liczyć w pandemii na pomoc czy lekarstwa.

Mieszka pani w Anglii od 2006 roku – czy wyobraża sobie pani powrót do Polski?

Może chciałabym wrócić do kraju ze względu na kogoś bliskiego, ale nie mogę. Moja córka musi skończyć w Anglii High School. Poza tym nie czułabym się dobrze w konserwatywnym kraju, który upadla kobiety. Myślę, że skoro dostałam stałe mieszkanie, to już na zawsze zostanę w Anglii, a mój ukochany do mnie z czasem dołączy.

Rozmawiała: Paulina Janota
fot. Joanna Sidorowicz

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady