Umówiłem się z wydawcami, że będę tłumaczył w duchu Ireny Tuwim – wywiad z Michałem Rusinkiem, autorem przekładu „Nowych przygód Kubusia Puchatka”

31 marca 2017


Choć Kubuś Puchatek skończył w minionym roku 90 lat, wciąż zachwyca nowe pokolenia czytelników. Chcąc uczcić okrągłą rocznicę urodzin Misia o Bardzo Małym Rozumku, fundacja opiekująca się spuścizną A.A. Milne’a postanowiła wydać drugą oficjalną kontynuację jego przygód, zbiór czterech opowiadań, których autorami są: Paul Bright, Jeanne Willis, Kate Saunders i Brian Sibley, zaś ilustracje w duchu Ernesta H. Sheparda wykonał Mark Burgess. O wyzwaniu translatorskim, jakim był przekład „Nowych przygód Kubusia Puchatka” na język polski, mówi tłumacz książki Michał Rusinek.

Monika Frenkiel: Czytał pan „Kubusia Puchatka” w dzieciństwie?

Michał Rusinek: Och, oczywiście! Najpierw mnie czytano i wtedy również zdaje się trochę podgryzałem tę książkę. Ten mój egzemplarz ciągle mamy w domu i jest on leciutko nadgryziony, być może właśnie przeze mnie. Chłonąłem też oczywiście ilustracje. Coś się takiego działo między ilustracjami Sheparda a tekstem Milne?a, że? były kongenialne.

Jak pan podszedł do zadania, jakim było przetłumaczenie nowych przygód Puchatka? Czuł pan tremę? Tłumaczenie przygód Kubusia to duża odpowiedzialność.

Trema to nie jest właściwe słowo. Już kolejny raz wchodzę w te buty ? najgorszy był pierwszy, kiedy tłumaczyłem wiersze Milne?a. Bo oprócz „Kubusia Puchatka” i „Chatki Puchatka” Milne napisał dwa tomy wierszy dla swojego syna, Krzysia. Wybór tych wierszy pt. „Wiersze dla Krzysia” ukazał się, kiedy byłem mały i były to przekłady Ireny Tuwim i Antoniego Marianowicza, absolutnie najwyższa półka. Przy czym były to nie tyle przekłady, ile właściwie spolszczenia. I to było dla mnie najtrudniejsze. Dlatego, że do tej pory bardziej pamiętam ich wersje niż swoje. Musiałem wymazać z pamięci to, co pamiętam i przetłumaczyć wszystko od zera. Z drugiej strony, było to szalenie inspirujące, bo to wielka rzecz dla tłumacza tłumaczyć teksty, które są genialne i są punktem na horyzoncie, w kierunku którego trzeba iść, jeśli samemu się chce pisać wierszyki dla dzieci. To była właściwie moja pierwsza książka dla dzieci ? przekłady Milne?a. Przełożyłem również pierwszą kontynuację, „Powrót do Stumilowego Lasu” Davida Benedictusa dla Naszej Księgarni. Więc przy nowej książce miałem przetarte szlaki, sam je sobie poniekąd przetarłem. Teraz były dwie trudności. Po pierwsze, genialny oryginał, który jest szczególny, a po drugie ? rytm, idiom Ireny Tuwim. Umówiłem się z wydawcami, że tak jak ta książka, dosyć specjalna zresztą, jest napisana w duchu Milne?a, tak ja będę tłumaczył w duchu Ireny Tuwim. Dostałem zgodę na posługiwanie się wymyślonymi przez nią określeniami, więc na szczęście Las jest Stumilowy a nie Stuwiekowy, a Hohonie to są Hohonie a nie jakieś Hefalumpy.

Kubuś i jego przyjaciele posługują się specyficznym językiem. To są charakterystyczne określenia, przekręcenia, rymowanki? Sprawiało to panu trudność?

To akurat nie jest problemem, bo jeśli się od dziecka przebywa w towarzystwie postaci Milne?a, to mniej więcej się wie, jak się zachowa Kłapouchy, jakim językiem posługuje się Królik, który, jak wiadomo, ma ADHD i że zawsze gdzieś może wbryknąć Tygrysek. Język nie jest problemem. Trudnością, ale nie dla mnie jako tłumacza, tylko dla autorów tej książki jest to, że są to postacie doskonale przewidywalne. One są tak fantastycznie skrojone przez Milne?a, że jak tylko się pojawiają, to wiemy, jak się zachowają w danej sytuacji i co powiedzą. Dlatego zarówno Benedictus w poprzedniej kontynuacji, jak i autorzy obecnej ? w jednym opowiadaniu wprowadzają nową postać. I to jest dobry zabieg, bo wprowadza nowy język, nowy sposób zachowywania się. Ale też starzy bohaterowie mogą się w nowej postaci przejrzeć i „zweryfikować” swoje zachowania.

Powiedział pan, że ta książka jest specjalna.

Kiedy pierwszy raz przeczytałem tę książkę po angielsku powiedziałem sobie, że jest prawie nieprzetłumaczalna. Większość żartów to żarty językowe, bardzo głęboko „wgryzione” w język angielski. Niektóre z nich są nawet narysowane. To było dodatkowe utrudnienie. Ale wziąwszy głęboki wdech postarałem się z tego wybrnąć. Rymowanki mnie nie przerażają, bo lubię rymować, ale ? myślę, że jedną rzecz możemy zdradzić ? w ostatnim opowiadaniu jest żart słowny. Kubuś gdzieś słyszy, że każda rzeka ma swój sos. „Source of the river” oznacza źródło rzeki. Przy czym Kubuś słyszy to nie jako „source” a jako „sauce”, sos właśnie. Więc rusza na poszukiwanie Sosu rzeki, co jest nieprzetłumaczalną grą słów, a na dodatek obok mamy jeszcze narysowaną sosjerkę. Próbowałem z tego wybrnąć, historia mnie rozliczy. Młody czytelnik mnie z tego rozliczy.

Boi się pan odpowiedzialności przed czytelnikiem? Młody czytelnik jest najbardziej surowy.

Oczywiście. Młody czytelnik jest najsurowszy, jest także wspaniałym krytykiem. Gdy tłumaczyłem wspominane już wierszyki Milne?a, testowałem je na swojej córce, bo syn był jeszcze za mały. Jeżeli po wysłuchaniu powiedziała „he he he”, to oznaczało, że przekład jest dobry, a jak mówiła „coooo?”, to trzeba było tłumaczyć jeszcze raz. Niestety dzieci mi wyrosły i nie mam na kim testować. Jestem skazany na spotkania autorskie i ocenę post factum. Drżę.

Co jest trudniejsze ? bycie autorem czy bycie tłumaczem?

To zależy, co się robi. Ja jak Królik mam ADHD i czasem bardzo mnie nuży tłumaczenie. Już się nie rzucam na tłumaczenie dużych, grubych książek. Ale jeśli ktoś chce pisać, pisać dla dzieci, to dobrze jest zacząć od tłumaczenia, bo ono daje warsztat. Daje też lekcję pokory, bo nie jesteśmy autorem, gwiazdą. Nie możemy sobie pozwolić na dowolność, ale musimy książkę „spolszczyć” i opowiedzieć ją takim językiem, który dzieci zrozumieją i który jakoś do nich dotrze. Literatura dla dzieci dosyć szybko się starzeje, bo dosyć szybko zmienia się język. Dlatego dobrze jest robić na nowo przekłady, odświeżać, odkurzać. Książka czasem w innych krajach trwa dłużej dzięki przekładom. W jej kraju starzeje się jej język. Nowoczesne przekłady Fredry mogą bawić dzieci angielskie, a Fredro coraz mniej bawi dzieci polskie, bo jest pełen niezrozumiałych słów i zwrotów. A wracając do pani pytania: proponowałbym więc stosować płodozmian.

Kubuś ma już ponad 90 lat. Powiedział pan, że literatura dla dzieci szybko się starzeje ? sądzi pan, że współczesny młody czytelnik odnajdzie się w Kubusiu?

Absolutnie. Starzeje się warstwa językowa, a nie starzeje się dobrze skrojona postać. Siłą tej książki, tej serii książek są przede wszystkim postaci. Są zrobione według starożytnego toposu, wzorca, którym jest połączenie starca i dziecka. To gwarantuje, że książka może być czytana na różnych poziomach. Mogą ją czytać dorośli ? są przecież interpretacje religioznawcze, filozoficzne, psychologiczne Kubusia Puchatka ? ale i dziecko. To może być tez książka wielopokoleniowa. Może stać spokojnie na półce i być czytana przez kolejne pokolenia. Moje dzieci czytały „Kubusia Puchatka”, tego nadgryzionego przeze mnie. I wiele wskazuje na to, że także ich dzieci będą go czytały?

Rozmawiała: Monika Frenkiel, niesamapraca.blog.pl

Tagi: , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady