banner ad

To nie ja jestem okrutny, ale świat – wywiad z Pierre’em Lemaitre’em

22 lipca 2016

wywiad-lemaitre-1
Odkąd w 2013 roku otrzymał najznamienitsze wyróżnienie dla pisarzy francuskich, Nagrodę Goncourtów, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych rodzimych autorów. Brytyjskie Stowarzyszenie Autorów Kryminałów doceniło jego serię o komisarzu Camille?u Verhoevenie, honorując główną nagrodą dwie powieści: „Alex” i „Koronkową robotę”. W Polsce zyskał sławę kilka lat temu, również za sprawą książek sensacyjnych, a w tym roku odebrał we Wrocławiu Honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru. Właśnie przy okazji tego wydarzenia udało nam się spotkać i porozmawiać na temat późnego debiutu, małżeństwa i literatury.

Milena Buszkiewicz: Zacznijmy od wielkiego początku, czyli kim pan był, zanim stał się pisarzem?

Pierre Lemaitre: Byłem pisarzem.

Od zawsze?

Tak, byłem pisarzem, który nie pisał. Przez całe moje życie krążyłem wokół literatury. Moja pierwsza książka była dosyć dojrzała, a to dlatego, że przez 40 lat właściwie pisałem w głowie. Wydaje mi się, że całe życie, od samego początku byłem pisarzem, to los sprawił, że wykonywałem jeszcze inne zawody. Jednak mam wrażenie, że zrodziłem się z literatury i że byłem pisarzem od zawsze.

Co sprawiło, że w wieku 50 lat przestał pan tworzyć tylko w głowie i zaczął wydawać książki?

Ożeniłem się.

To wystarczyło?

Tak.

Niebywałe.

Jestem człowiekiem, którego bardzo łatwo dopadają wątpliwości. Bardzo łatwo można wzbudzić we mnie zwątpienie. Na długo przed debiutem napisałem dwie powieści, jedną, kiedy miałem 20 lat, drugą, kiedy miałem 35… Zresztą były to bardzo kiepskie powieści i zostały odrzucone przez wydawcę, zatem pogodziłem się z myślą, że jestem marnym pisarzem. Miałem w sobie na tyle zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że nie mam swojego miejsca w literaturze francuskiej. Spotkałem jednak na swojej drodze kobietę, która myślała dokładnie coś przeciwnego. Kiedy jest się przez kogoś jak gdyby niesionym, wszystko staje się możliwe.

Czyżby literacki styl też zrodził się z małżeństwa?

Nie, nie. Wydaje mi się, że styl to oczywiście ja, mój sposób mówienia i postrzegania świata. Moje pisanie wypływa ze mnie, ale zaufanie do siebie było niezbędne, by pracować przez setki godzin nad tą samą historią. Konieczna była odwaga, która jest potrzebna do tego, by przez rok czy półtora roku poświęcić cały swój czas na jedną tylko rzecz, poświęcić siebie jednej rzeczy w sposób obsesyjny. To właśnie zawdzięczam temu, kto tchnął we mnie pewną ufność, której mi brakowało. To dobrze, że zadaje pani takie pytanie, a ja mogę opowiedzieć o miłości.

Skoro rozmawiamy o mocy twórczej, przypomniało mi się, że studiował pan psychologię. Czy to pomogło, a może wręcz przeciwnie?

Faktycznie psychoanaliza pomogła mi stać się tym, kim jestem. Jak najbardziej pomogła mi w życiu, ale w pracy nie miało to większego znaczenia. Kiedy pracuję nad postacią, to rzadko się zdarza, żebym myślał o niej w kategoriach psychologicznych, psychoanalitycznych.

wywiad-lemaitre-2

Pana powieści są bardzo brutalne, pewnie słyszy to pan nie raz. Pierwszą książką, po którą sięgnęłam, była „Ofiara”. Zszokowała mnie ilością okrucieństwa. Czemu tak makabryczne opisy mają służyć?

To nie ja jestem okrutny, ale świat. Bezrobocie jest czymś okrutnym, emigracja jest czymś okrutnym, ubóstwo, bieda, nawet miłość mogą być okrutne. Powieść jest tylko pudłem rezonansowym, które wzmacnia przekaz tego, co dzieje się w życiu. W rzeczywistości wyznaję nieco tragiczną koncepcję istnienia. Jeżeli więc dorzucimy do naturalnie tragicznego wątku fabularnego takie postrzeganie okrucieństwa, które widzimy w świecie, to faktycznie powstają z tego powieści trudne, twarde, brutalne; jest to mieszanina wybuchowa i skomplikowana.

Ale w „Ślubnej sukni” opisuje pan na przykład kobietę, która wlewa kwas do gardła mężczyzny i w ten sposób go uśmierca; już na pierwszych stronach „Ofiary” umieszcza pan proces miażdżenia twarzy Anne; z kolei w „Alex” czytamy o uwięzieniu kobiety w podwieszanej klatce pełnej szczurów. To sceny bardzo mocno działające na emocje, wyjątkowo krwawe. Czy nie sądzi pan, że to jednak pójście o krok dalej niż opisywanie po prostu bolesnej egzystencji?

Zbrodnia sama w sobie zawsze jest przerażająca, ale czytelnik chciałby otrzymać czystą zbrodnię. Chciałby przeczytać powieść o seryjnym mordercy, bo lubi zaczytywać się w całej masie kryminałów. Obecnie jest duże zapotrzebowanie na takie książki, ale oczekuje się, że opisy będą do przyjęcia, w formie bardziej znośnej. Ale właściwie jakie okrucieństwo jest w ogóle do zaakceptowania?

Kiedy przeglądam prasę, czytam, że matka wyrzuciła dziecko z okna czwartego piętra? Mówię sobie, że opisuję sposób, w jaki matka wypchnęła to dziecko, sposób, w jaki to dziecko spadło, i również to, jak ono rozbiło się na chodniku – bo to jest prawda. To, co robię, jest opisem rzeczywistości, takiej, jaka ma miejsce, to czytelnik, który zarzuca mi, że jestem zbyt brutalny, nie widzi rzeczywistości, to odbiorca zadowala się takim zawoalowanym obrazem świata i to mu wystarcza. Moja praca polega na byciu pisarzem realistą, a życie takie właśnie jest, brutalne.

Sceny, o których rozmawiamy, są jeszcze bardziej uwypuklane dzięki pana stylowi, na który składają się krótkie zdania, czas teraźniejszy, zwroty bezpośrednio do czytelnika, stwierdzenia typu „w książce byłoby inaczej”. Na ile świadomie stosuje pan te wszystkie zabiegi, a na ile wypływają one naturalnie z pana sposobu wypowiedzi?

Bardzo dużo pracowałem nad stylem, nazwałbym to dystansem między czytelnikiem a narratorem. Staram się pisać w taki sposób, by czytelnik miał wrażenie, że słyszy historię tak, jakby była opowiadana na głos. To pewna technika i wymaga ona ode mnie dużo pracy, aby stworzyć wspomniane złudzenie. Staram się robić dwie rzeczy. Po pierwsze pisać w sposób najbliższy temu, jaki jestem, jak mówię, jak postrzegam świat, zależy mi na byciu prawdziwym, odwzorowaniu tego wszystkiego w stylu literackim. Drugi wysiłek, który sobie narzucam, to stworzyć pewnego rodzaju iluzję, że historię opowiadam na głos. W książkach dosyć często pojawiają się przerwy w narracji, gdy zwracam się bezpośrednio do czytelnika. Ta próba nawiązania dialogu ma sprawiać wrażenie, że po drugiej stronie jest ktoś po to, by tę historię opowiedzieć. Staram się tworzyć takie książki, w których narrator jest w jakiś sposób obecny i opowiada historię osobiście, sam, indywidualnie oraz intymnie, szepcze ją komuś drugiemu.

wywiad-lemaitre-3

Dlaczego karierę pisarską rozpoczął pan od wydawania kryminałów, a nie od takiej książki jak „Do zobaczenia w zaświatach”?

Zacząłem pisać opowieści kryminalne, dlatego że jestem spadkobiercą literatury popularnej, czyli tej, która uczyniła ze mnie czytelnika. Moje pierwsze lektury to powieści przygodowe, pierwszy wielki pisarz, po którego sięgnąłem, to Alexandre Dumas. Pochodzę, jeśli mogę tak powiedzieć, z obszaru literatury przygodowej, roman feuilleton (powieści odcinkowe publikowane w gazetach – przyp. red.). Naturalnym spadkobiercą takiego typu literatury jest powieść kryminalna. Można powiedzieć, że istniała więź genealogiczna między czytelnikiem, którym byłem, i powieściopisarzem, którym stałem się, będąc dorosłym. Nawet wtedy, gdy zmieniam gatunek i piszę „Do zobaczenia w zaświatach”, czyli powieść, nazwijmy ją, historyczną, jest to również to, co robił Alexandre Dumas.

Czy kiedy zaczął pan pisać kryminały, już wtedy marzyło się panu napisanie powieści na miarę „Do zobaczenia w zaświatach”, książki wielkiej pod wieloma względami?

Wydaje mi się, że nikt tak naprawdę nie jest świadom, co może przesądzić o sukcesie książki. To, co wiedziałem, to to, że pisząc tę książkę, odczuwałem niewiarygodną przyjemność i radość. Zaczynałem pisanie od powieści kryminalnej, która narzuca wiele ograniczeń, i fakt, że wyrwałem się z tego gatunku, pozwolił mi zyskać niewiarygodną wolność, której do tej pory w ogóle nie miałem. Powieść kryminalna wymaga ścisłego trzymania się historii, musi działać tam precyzyjny mechanizm, w tworzeniu bardzo skomplikowany, natomiast beletrystka pozwala uwolnić się od tych ram i nabrać oddechu. Miałem wrażenie, że jest to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie wolności i swobody, niosło ono niewiarygodną radość, ale nie wyobrażałem sobie, że książka odniesie taki sukces.

Poza powieściami pisze pan scenariusze, w przyszłym roku pojawi się ekranizacja „Do zobaczenia w zaświatach”. Jak duży udział bierze pan w przygotowaniach do tego filmu?

Wspólnie z reżyserem zrobiłem dwie pierwsze wersje scenariusza, następnie pojawiło się jeszcze siedem wersji, w tworzenie których nie ingerowałem. Wydaje mi się, że na pewnym etapie film musi już należeć do tego, kto go realizuje. Początkowa praca z reżyserem była dla mnie ogromną przyjemnością, byłem tam po to, by postawić pierwsze cegły, pomóc w stworzeniu fundamentów historii, natomiast czułem, że należy wycofać się bardzo szybko i pozwolić artyście, żeby pracował sam, bo on również potrzebuje wolności. Gdybym był obecny dłużej, to w pewnym momencie czułbym się wielkim ciężarem dla niego.

Czy jest jakaś szansa na to, że powstanie ekranizacja „Zakładnika”, bo dla mnie jest to bardzo filmowa książka?

Ma powstać serial telewizyjny. Nawet w tej chwili pracuję nad scenariuszem do niego, będzie to 8 odcinków po 52 minuty.

wywiad-lemaitre-4

W „Koronkowej robocie” pada takie zdanie: „Napisałem książkę o najpiękniejszej zbrodni, wcześniej popełniwszy zbrodnie z najpiękniejszych książek”. Ile w zdaniu wypowiedzianym przez zbrodniarza jest pana własnej opinii na temat książek Gaboriau, McIlvanneya, Ellroya czy Sjöwalla i Wahlöö? Dlaczego wybrał pan tych autorów?

Chciałem oddać hołd pewnemu gatunkowi literackiemu, dlatego też szukałem kilku książek typowych, znamiennych. To nie zawsze są powieści, które najbardziej mi odpowiadają, ale pozwoliły mi one stworzyć wizerunek gatunku literackiego, a także oddać im to miejsce, które zajmują w literaturze, bez względu na moje własne gusta literackie.

Spytałam moją koleżankę, która mieszka i studiuje w Paryżu, o to, jak odbierany jest pan przez rodzimych czytelników. Ponoć wszyscy mówią: „znam, doskonały autor” i zmieniają temat albo odpowiadają: „nie jest kontrowersyjny, więc się o nim nie mówi”. Czy faktycznie jeśli pisarz we Francji nie jest kontrowersyjny, to wzbudza dużo mniejsze zainteresowanie czytelników?

Jest to rzeczywiście dosyć francuskie zachowanie, ale wydaje mi się, że odbiorców trzeba podzielić na czytelników i dziennikarzy, dlatego że czytelnicy mają swoje raczej niezależne gusta, natomiast faktycznie z perspektywy dziennikarskiej nie jestem autorem wzbudzającym kontrowersje. Wydaje mi się, że moja następna książka przysporzy więcej problemów i może będą o mnie pisać więcej, ale nie robię tego specjalnie. Dzisiaj dziennikarze faktycznie wolą pisarzy na miarę Houellebecqa, ale krytyka tak naprawdę nie ma znaczenia.

Zatem o czym będzie nowa książka?

To powieść o Francji w latach 30. XX wieku, o okresie bardzo mrocznym, jeśli chodzi o historię mojego kraju, momencie, gdy pojawił się faszyzm i antysemityzm. Wbrew pozorom był to czas całkiem podobny do obecnego i to może wywołać pewną dyskusję.

Rozmawiała: Milena Buszkiewicz
fot. Richard Dumas, Artur Maszota

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady