banner ad

Ta książka nie mówi o tym, co może się stać, ale o tym, co już się stało ? wywiad z Omarem El Akkadem, autorem „Ameryki w ogniu”

22 września 2018


Czy może być coś gorszego od wojny? Omar El Akkad w swej debiutanckiej powieści „Ameryka w ogniu” udowadnia, że może i dzieje się to niemalże każdego dnia. Jak sam przyznaje, jego celem nie było napisanie książki o wojnie, lecz o naturze zemsty, o tym, jak zło rodzi zło i jak łatwo przejmuje nad jednostką kontrolę, jak ją pochłania i okalecza. Podtytuł książki „Apokalipsa to dopiero początek” sugeruje, że historia, z którą przyjdzie się mierzyć czytelnikowi, stanowi jedynie prolog.

Paulina Janota: Dokąd, czy raczej w jakim kierunku, zmierzamy jako cywilizacja?

Omar El Akkad: Nie mam absolutnie żadnych uprawnień, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Nie sądzę, by ktokolwiek miał. Co nie powstrzymuje mnie przed zastanawianiem się nad tym bez przerwy. Mam przeczucie, że jesteśmy ? mówiąc „my” mam na myśli Zachód, do którego zalicza się miejsce, gdzie obecnie żyję, oraz kraje, które kolonializowały i narzuciły imperializm w miejscu, gdzie się urodziłem ? w momencie który patrząc na historię, poprzedza rozlew krwi. Mamy do czynienia z dziwną i niepokojącą ksenofobią, która zdaje się przejmować kontrolę w Stanach Zjednoczonych i dużej części Europy. Przejawia się zamykaniem granic, łamaniem międzynarodowych umów i oddawaniem władzy w ręce pełnych urojeń demagogów. Te ksenofobiczne tendencje są prawie zawsze tłumaczone przez ich zwolenników niepokojem gospodarczym czy podobną z pozoru niewinną motywacją. Ale to ważne, by pamiętać o tym, że licząc co najmniej od czasu zawarcia traktatu westfalskiego, podstawową funkcją umów międzynarodowych było powstrzymanie ludzi od zabijania się nawzajem, szczególnie w Europie. Zaledwie jedno pokolenie temu miały miejsce najkrwawsze konsekwencje zachodniego nacjonalizmu. Nie wydaje mi się przypadkowe, że ksenofobia zaczyna się odradzać w momencie, gdy większość ludzi, którzy pamiętają tamtą rzeź, jest bardzo stara lub odeszła. Obawiam się, że zmierzamy w kierunku tego samego szaleństwa i przemocy.

W Polsce „Ameryka w ogniu” jest zaliczana do prozy futurystycznej. Trudno mi się z tym zgodzić, bo mimo że akcja toczy się pod koniec dwudziestego pierwszego wieku, wydarzenia opisane w książce są nam już teraz dobrze znane. Czy nasze działania prowadzą w kierunku, który przedstawiłeś w swojej powieści?

Jeśli „Ameryka w ogniu” jest powieścią futurystyczną, jest to jedna z najmniej futurystycznych powieści, jakie kiedykolwiek napisano. Z całą pewnością nie miałem zamiaru przewidywać przyszłości. Chciałem raczej zmienić optykę poprzez przedstawienie na terenie jednego z supermocarstw wydarzeń, które już miały miejsce w innej części świata. Jedynym powodem, dla którego umieściłem akcję w przyszłości, było trochę czasu potrzebnego na podniesienie poziomu mórz i uformowanie się nowego imperium. Pomijając to, według mnie ta książka nie mówi o tym, co może się stać, ale o tym, co już się stało.

Byłeś korespondentem wojennym w Afganistanie i Egipcie. Czy twoja debiutancka powieść odzwierciedla w jakiś sposób to, co widziałeś i czego doświadczyłeś na froncie?

Znaczna część świata przedstawionego powieści, w szczególności obóz Patience czy areszt Sugarloaf, jest inspirowana latami doświadczenia z mojej pracy w charakterze dziennikarza. Myślę, że są rzeczy, których nie potrafię wyrazić w reportażach ? emocjonalny aspekt doświadczenia czy życiowe pytania, na które nie ma lub nie umiem znaleźć odpowiedzi. Kiedy chcę się z tym zmierzyć, zwracam się w kierunku fikcji. Literatura zawsze była moim domem, miejscem, w którym czułem się najlepiej. Zacząłem pisać na długo przed tym, jak zostałem dziennikarzem. „Ameryka w ogniu” to moja czwarta powieść (pozostałych trzech nigdy nie starałem się wydać, piszę głównie dla siebie).

Stany Zjednoczone, które poznaje czytelnik, są wyniszczone wojną domową, kataklizmami, zmianami klimatycznymi i chorobami. Paliwa kopalne stały się kością niezgody, która spowodowała podział dawnego imperium. Podział bardzo krwawy?

Podziały w Stanach Zjednoczonych zawsze były bardzo krwawe. Tyle tylko, że przelewana była przede wszystkim krew ludzi pozbawionych władzy. W „Ameryce w ogniu” poszerzam zasięg przemocy, chociaż wątpię, by cokolwiek, co opisałem, było gorsze od tego, co spotkało rdzennych mieszkańców kontynentu czy niewolników, na których krzywdzie zbudowano ten kraj. Nie jestem pewien, czy spór o paliwa kopalne mógłby wywołać drugą wojnę secesyjną, ale z pewnością, bez względu na powód, jej rezultaty byłyby krwawe.

Może się wydawać, że tematem przewodnim twojej powieści jest wojna, ale na jej stronach czytamy: „To nie jest historia wojny, lecz upadku”.

We wczesnym szkicu powieści pierwsze zdanie brzmiało: „Zemsta jest powtarzalna”. Nigdy nie byłem zainteresowany napisaniem książki, która fetyszyzowałaby wojnę czy obrzydliwy biznes z nią związany. Byłem zainteresowany opowiedzeniem historii o naturze zemsty, o tym, jak każdy, kto doświadczy wystarczająco dużo krzywd, sam zacznie krzywdzić. O tym, jak zło rodzi zło. Czas wojny to moment, w którym to zjawisko jest najwyraźniej widoczne, ale moja książka skupia się przede wszystkim na konsekwencjach, nie na przyczynach.

Sarat staje się naszym przewodnikiem po tym brutalnym i nieludzkim świecie. Czytelnik poznaje ją jako sześciolatkę dorastającą w niepewnych czasach, które ją kształtują. Dlaczego zdecydowałeś się pokazać ten świat z perspektywy dziecka?

Znaczna część powieści jest poświęcona radykalizacji Sarat, siłom, które sprawiają, że staje się z gruntu zła. Żeby pokazać ten proces, musiałem zacząć od początku, od momentu, kiedy człowiek jest najbardziej ufny i ciekawy świata. To było szczególnie istotne, ponieważ w miarę rozwoju akcji, ta ufność i ciekawość świata obracają się przeciwko Sarat. Zwykle kiedy mówimy o radykalizmie, skupiamy się na tym, co dzieje się na samym końcu, kiedy człowiek dopuszcza się strasznych czynów, za które będzie pamiętany. Ja chciałem zacząć od początku.

Sarat wzbudzała we mnie sprzeczne emocje. Z jednej strony jej współczułam, z drugiej budziła we mnie niepokój i lęk. Zemsta stała się jej życiowym celem; celem, który zmienił bieg historii.

Często słyszę od czytelników, że Sarat budzi w nich niepokój. Co ciekawe, wielu z nich lubi ją bardziej niż ja (zależy mi na niej i myślę o niej cały czas, ale nie mogę powiedzieć, że ją lubię). Moim jedynym celem, jeśli chodzi o czytelników, było podejście do niej z empatią. Nie chcę, żeby czytelnicy współczuli Sarat, ani nawet żeby ją lubili. Chcę po prostu, żeby zrozumieli, dlaczego staje się tym, kim się staje.

Twoja książka nie jest jednolitą opowieścią, przez którą prowadzi nas Sarat. Przewijają się w niej fragmenty doniesień prasowych, ustnych świadectw, zeznań więźniów i listów dotyczących wojny. Dzięki temu czytelnik dowiaduje się, że główni bohaterowie „Ameryki w ogniu” nie byli tylko biernymi ofiarami, ale stali się też katalizatorami pewnych wydarzeń.

Spora część historii jest opowiedziana poprzez „oficjalne” dokumenty. W czasie lat pracy jako dziennikarz miałem okazję dobrze się zapoznać z tego typu biurokracją. Był to dla mnie nie tylko sposób na wypełnienie świata przedstawionego powieści, ale też szansa na pokazanie, w jaki sposób systematycznie zniekształcamy historię. W tych oficjalnych dokumentach jest wiele zniekształceń, mylnych interpretacji i jawnych kłamstw. Te dokumenty ukazują polityczny wymiar książki, przestrzeń, w której machiawelizm zwycięża nad prawdą.

W obliczu wojny ludzie robią różne rzeczy, by przetrwać i ochronić bliskich. Czy myślisz, że na miejscu Sarat zachowalibyśmy się jak ona?

Myślę, że zdecydowana większość ludzi poddana odpowiedniej dozie niesprawiedliwości mogłaby stać się jak Sarat. Niektórzy ludzie mają niesamowitą zdolność do czynienia dobra i byliby w stanie oprzeć się wściekłości i pokusie zemsty, inni staliby się źli po małej prowokacji. Myślę, że wola przetrwania i potrzeba zemsty to dwa najsilniejsze ludzkie instynkty, które są niemożliwe do zniszczenia.

W twojej książce czytamy: „Jaki jest sens bezpieczeństwa, jeśli nie bomba spadająca na dom kogoś innego”. Czy możemy się dziś czuć bezpiecznie?

Myślę, że to zależy od tego, jak zdefiniujemy „My”. Jeśli „My” zawiera na przykład jemeńskich cywili znajdujących się w polu rażenia bezładnej rzezi, wtedy miałbym wątpliwości, czy odpowiedź może brzmieć ? tak. Nie w świecie ciągle urządzonym według zachodniego kolonialnego modelu, który dzieli ludzi na tych, którzy są cywilizowani, i na tych, którym cywilizację trzeba narzucić siłą. W ten sposób stworzyliśmy definicję bezpieczeństwa, które niszczy bezpieczeństwo. Głównym przywilejem życia w bezpiecznym miejscu dzisiejszego świata jest możliwość ignorowania nieszczęść innych ludzi. Jest to bezpieczeństwo, które trafniej oddaje termin „nieświadomość”. A nieświadomość, nieważne jak błoga, nigdy nie trwa wiecznie.

Rozmawiała: Paulina Janota
Tłumaczyła: Magdalena Bielecka
fot. (1) Penguin Random House/Youtube, (2) Knopfdoubleday/Youtube, (3) Michael Lionstar

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: wywiady