banner ad

Skrajne ideologie są niczym bez skrajnych emocji – wywiad z Jakubem Żulczykiem

30 stycznia 2020


Jakub Żulczyk – pisarz i scenarzysta, autor m.in. bestsellerowego „Wzgórza psów” czy „Ślepnąc od świateł”, wydał kolejną – z pewnością najbardziej kontrowersyjną w swoim dorobku – książkę pt. „Czarne słońce”, o której więcej piszemy tutaj. Z Kubą rozmawiamy głównie o tej powieści, ale też o byciu głosem pokolenia i o przekraczaniu literackich granic.

Mariusz Wojteczek: Chcesz zmienić świat? Bo trochę jakbyś w najnowszej powieści próbował…

Jakub Żulczyk: Chyba nie sądzę, aby świat można było diametralnie zmienić jedną książką. Nie mam aż tak wielkiego ego. Ale na pewno chcę coś zrobić z czytelnikiem, sprowokować go, postawić przed jakąś skrajnością, trochę obrzydzić, trochę zahipnotyzować, pokazać mu coś, czego być może jeszcze nie widział. „Czarne słońce” budzi skrajne reakcje, i pozytywne, i negatywne, i bardzo dobrze, bo okazuje się, że literatura popularna w Polsce nie jest tylko mieszczańską margaryną, że może kopnąć kogoś w łeb, stanąć komuś ością w gardle. Wierzę w to, że człowiek w takiej mocnej reakcji na książkę, film na chwilę się zatrzymuje, wychodzi, jak to się dzisiaj ładnie i modnie mówi, ze „strefy komfortu” i w tym momencie może się w nim pojawić jakaś refleksja, pytanie. Mam przynajmniej taką nadzieję.

„Czarne słońce” jest sztuką unurzaną w pulpie. Komiksowe przerysowanie Gruza, wulgarność i skrajna – aż do przesady – przemoc miesza się z filozoficzną oceną kondycji współczesnej mentalności. Czy sądzisz, że do współczesnego czytelnika, wychowanka już nie MTV (jak nasze pokolenie), ale YouTube’a, da się dotrzeć taką właśnie ścieżką?

Jakub Żulczyk: Nie wiem do końca, nie wydaje mi się, żeby problemem u młodszego odbiorcy była desensytyzacja, w sensie, że trzeba szarpnąć bardzo mocno, bo inaczej nie dotrze. Bardziej chodzi o brak skupienia, przytłoczenie informacjami, które dotyczy nas wszystkich. Wystarczy spędzić godzinę w mediach społecznościowych dziennie, aby dostać migreny, komunikacyjnie się przytkać. I w tym sensie „Czarne słońce” to trudna propozycja – ludzie są tak przywaleni emocjami, lękami i informacyjnym śmieciem, że od literatury, jeśli po nią sięgają, wymagają raczej jakiegoś ukojenia, eskapizmu; albo zabrania w jakiś baśniowy świat, albo we wciągającą fabułę, albo, co rzadziej, estetycznej sublimacji. „Czarne słońce” dostarcza jeśli już tego drugiego, ale w bardzo blackmetalowy sposób. „Słońce” jest pulpowe raczej dlatego, że inaczej nie umiałem napisać książki, która dotykałaby spraw poważnych, ostatecznych, ekologicznych, politycznych. Musiałem zrobić z tego szaleństwo, camp, satyrę, kicz, Rambo. Przynajmniej momentami, bo jest też w tej powieści jakiś oddech, tak mi się przynajmniej wydaje.

W „Czarnym słońcu” mnóstwo jest ideologii chrześcijańskiej, którą rozkładasz na czynniki pierwsze, analizujesz dogłębnie, zdając się – jednocześnie – rozumieć ją lepiej niż wielu jej zdeklarowanych wyznawców. Jaki masz stosunek do chrześcijaństwa, zwłaszcza we współczesnym wydaniu?

Dzięki za te słowa, spotykam się też z głosami, że traktuję chrześcijaństwo płytko i po łebkach – prawda leży chyba gdzieś pośrodku, przed napisaniem „Czarnego słońca” czytałem Ewangelie, również apokryficzne, i doszedłem do wniosku, że jeśli chcę przełożyć, a jednocześnie uszanować słowo Jezusa, to muszę potraktować je bardzo dosłownie. Jezus mówił bardzo proste rzeczy, uniwersalne, nie licząc przypowieści – pięknie oczywiste; działają najlepiej, jeśli odrzeć je z niepotrzebnej interpretacji, przeciąć brzytwę Ockhama na samym początku. „Niech wasza mowa będzie prosta: tak – tak, nie – nie”. Słowo Jezusa, tak jak słowo Buddy, to czysta esencja. Cała późniejsza filozofia, teologia to tylko próba odniesienia się, komentarz. Prywatnie nie wierzę w boski rodowód Chrystusa, ale trudno mi czasami uwierzyć, że człowiek mógł wygłosić taką prawdę. Tak samo jak wciąż nie wierzę w przepiękną trafność buddyjskich rozpoznań. Jako ludzie wciąż do tego nie dorośliśmy, nie potrafimy, mówiąc po informatycznemu, wykonać tych procedur. Zinstytucjonalizowane religie, jak Kościół katolicki, to tylko jedne z wielu dowodów na to. Oczywiście, kościół jako wspólnota ludzi wierzących robi dzisiaj bardzo dużo dobra, ale jako instytucja jest przestarzała, intelektualnie niewydolna, archaiczna, zakłamana i często przestępcza.

Najnowsza powieść kryje w sobie świat do skrajności przerysowany, ale jednak nie sposób nie dostrzegać odniesień do współczesnej Polski. To manifest? W wywiadach, które czytałem, odżegnujesz się od polityki, koncentrując się na humanizmie, ale czy drażni cię, kiedy ludzie doszukują się obrazu współczesnej, otaczającej nas rzeczywistości i biorą to jako wyraz twojej niechęci dla obecnego status quo?

Nie drażni, bo obecne status quo jest bardzo złe. Po prostu chciałem dotknąć spraw uniwersalnych, a nie przywiązywać się do konkretnych twarzy, nazwisk i tak dalej. Robić z siebie przeciwnika PiS-u czy skrajnej prawicy dla samego bycia przeciwnikiem PiS-u czy skrajnej prawicy. Problemy, z którymi zaczynamy się zmierzać jako społeczeństwo, są ponadpartyjne, są mocniejsze niż etykiety. Za najbardziej kluczowe problemy dzisiaj uważam ochronę środowiska, ekologię, zmiany klimatyczne i stepowienie Polski. Kaczyński czy Macierewicz przestaną być czynnymi politykami, i to relatywnie niedługo, i co z tego? Smog będzie dalej dusił ludzi, upały i susze będą coraz częstsze. Inne sprawy to sprawiedliwe, progresywne opodatkowanie połączone z klarownością finansów publicznych, laicyzacja kraju oraz wprowadzenie ustawy o związkach partnerskich. Zagłosuję na każdą partię, która postawi te sprawy za priorytet; jeśli zdarzy się cud i nagle PiS zmieni kolor sztandaru na powyższy, to na nich zagłosuję; jestem tutaj elastyczny, problem w tym, że oni chyba nie są. (śmiech)

Na swoim facebookowym profilu napisałeś, że „Czarne słońce” może być dla kogoś profanacją – i po lekturze przyznam, że trudno się tym obawom dziwić… To powieść odważna, przekraczająca granice, ale jednocześnie bardzo prostolinijna w przekazie – kiedy już odrzeć go z tej całej przesadzonej, przerysowanej otoczki. Mówisz o rzeczach prostych, choć słusznych, ale w sposób bardzo zawikłany. Nie dało się klarowniej?

Chyba nie, skoro wyszło jak wyszło. (śmiech) Wydaje mi się, że pod tym kątem książka jest akurat wyważona, w tej swojej odjazdowej formie przekazuje pewne prawdy dosyć prosto i czytelnie. Co do profanacji – no nie wiem, to bardzo subiektywna sprawa, co dla kogo jest obraźliwe i bluźniercze, nie ma sensu chyba o tym myśleć, może się to odbić bardzo niekorzystnie na samej powieści.

Nie obawiasz się, że przesadzisz? Że ten eksperyment pod nazwą „Czarne słońce” przerośnie cię, ewoluuje, zmutuje do formy własnej karykatury i przez to trochę odepchnie ludzi, zniesmaczonych jego dosadnością?

Dlatego to moja ósma książka, a nie druga. Wiem już, jak trzymać siebie samego w ryzach; jakoś tam umiem napisać książkę Jakuba Żulczyka. Oczywiście, że się bałem, że przesadzam. Ale używałem tego strachu jako radaru, szedłem za nim. To jest chore, niesmaczne? Bardzo dobrze, może to ciekawy pomysł. Sam się boisz tego, co napisałeś? Świetnie, przecież to są właśnie główni bohaterowie twojej książki, Nienawiść i Strach. Zresztą, tak jak mówiliśmy, książka i tak odpycha ludzi, część z nich jest zniesmaczona, to było jak najbardziej wliczone w koszta.

Osobiście odbieram „Czarne słońce” jako wyraz frustracji. Frustracji powolną, acz widoczną regresją społecznego humanizmu. Milczącym przyzwoleniem na odradzanie się skrajnych środowisk, wobec których – abstrahując od polityki – wiele osób pozostaje biernych, nie chce ich zauważać, bo tak wygodniej. Czy ta powieść miała stanowić ostrzeżenie? Przestrogę, jak może wyglądać nasz świat, nasza rzeczywistość, jeśli pewnym zjawiskom, pewnemu kierunkowi nie powiemy stanowczego „nie”?

Na pewno. Z jednej strony chciałem wyśmiać pewien stojący za skrajną prawicą i nacjonalizmem mentalny kicz, z drugiej – przewrócić trochę stolik. Pokazać, że prawica tańczy z diabłem, że środowiska skrajne nacjonalistyczne, faszolskie, neonazistowskie tylko nałożyły sobie pewien puder, dający im akces do politycznego mainstreamu. Są dużo lepsi w śledzeniu tych powiązań niż ja, ale czy wiedziałeś, że medal od prezydenta Dudy dostał niejaki dr Bechta z IPN, wielbiciel Leona Degrelle, który swego czasu był właścicielem firmy fonograficznej, która wydawała neonazistowskie zespoły? A przede wszystkim to książka o tym, że skrajne ideologie są niczym bez skrajnych emocji, że są tylko takim ich oprogramowaniem; że ludzka nienawiść do innych, obcych to atawizm; rzeka, której kształt nadają Bechty, Międlary i Damiany tego świata.

Jesteś jednym z najpopularniejszych pisarzy młodego pokolenia. Czujesz się jego głosem? Czujesz, że mówisz o tym, co dla nich ważne, istotne, że wyrażasz ich wewnętrzne troski, obawy, fascynacje, ale jednocześnie doskonale rozumiesz ich styl życia, ich sposób bycia? To dlatego młodzi cię czytają? Bo mówisz tak, że cię rozumieją? Identyfikują się z twoim spojrzeniem?

Mój drogi, ja przestaję być młody i dzieje się to w dosyć szybkim tempie, mam 36 lat, czterdziestka – to już za trzy machnięcia ogonem. I ci moi czytelnicy też się różnicują, ja już nie jestem pisarzem tylko dla młodych, widzę to na spotkaniach autorskich, mam konfrontację z pełnym spektrum wiekowym. To bardziej pytanie o to, czemu w ogóle, Żulczyk, przy całej swojej bucowatości, takiej dziwności i niezgrabności jesteś tak popularnym pisarzem. I wydaje mi się, że to dlatego, że umiem przekazywać emocje. Wiarygodnie odmalować jakiś tam świat. Mówiąc w skrócie, nie przynudzam. Ale to tylko taka moja teoria.

I na koniec – czy jest literacka granica, której nie przekroczysz? O czym Jakub Żulczyk nigdy nie napisze? A o czym napisać chciałby, choć nie wie, czy by podołał?

Nie wiem, to pytanie wymaga jakichś deklaracji, których nie chcę składać. Na pewno, na tym etapie, jakąś barierą jest dla mnie napisanie powieści historycznej, kostiumowej, wejście w jakąś inną epokę, zanurzenie się w niej, grzebanie w źródłach, aby wyobrazić sobie jakiś świat, który istniał kiedyś. Na pewno, gdybym targnął się na taką powieść, w której inni moi koledzy po fachu czują się świetnie, zarzucano by mi nieścisłości, trywializacje, głupoty, błędy i tak dalej. Bo na pewno poczułbym, że najważniejsze są klimat, dobra historia i jakaś prawda o człowieku, a sztafaż to są cechy trzeciorzędne. Zobaczymy, morze kiedyś. Mam na przykład jakiś wstępny pomysł na historię dziejącą się w Polsce stalinowsko-bierutowskiej, ale sam jeszcze nie wiem, czy w ogóle robić z tego książkę, czy może raczej skleić jakiś treatment i dać to do telewizji albo jakiemuś reżyserowi. Ale to takie gdybanie, na razie jestem dosyć mocno przyklejony do współczesności.

Rozmawiał: Mariusz Wojteczek
Fot. Zuza Krajewska

Tagi: , , , ,

Kategoria: wywiady