banner ad

Siłą „Poparzonego dziecka” jest emocjonalna uczciwość – wywiad z Justyną Czechowską, tłumaczką książki Stiga Dagermana

20 października 2020

O wyzwaniach w pracy nad tekstem, popularności literatury skandynawskiej w Polsce i szwedzkich autorach, których warto czytać, rozmawiamy z Justyną Czechowską, tłumaczką, literaturoznawczynią i autorką przekładu „Poparzonego dziecka” Stiga Dagermana.

Karolina Chymkowska: Stig Dagerman ma opinię jednego z najważniejszych głosów w szwedzkiej literaturze powojennej. A jednak do niedawna pozostawał stosunkowo mało znany poza ojczystym krajem. Dlaczego dotąd w Polsce nie pojawiło się zainteresowanie jego twórczością i czemu ożywiło się właśnie teraz?

Justyna Czechowska: Po raz pierwszy tekst Dagermana pojawił się po polsku w antologii opowiadań szwedzkich Zygmunta Łanowskiego „Losy ludzkie” w 1965 roku, to opowiadanie „Zabawy nocą” w przekładzie Ireny Wyszomirskiej, późniejszej tłumaczki Astrid Lindgren i Tove Jansson. Następnie w 1978 roku w Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich opublikowano „Weselne kłopoty” w przekładzie Marii Olszańskiej. Stig Dagerman z pewnością odgrywał i nadal odgrywa ważną rolę w środowisku polskich skandynawistów. W 2010 roku PIW wydał „Wyspę skazańców” (tłum. Anna Topczewska), ale niestety nie udźwignął książki promocyjnie, więc przeszła niezauważona. Natomiast o „Niemieckiej jesieni” (tłum. Irena Kowadło-Przedmojska) wydanej przez Czarne w 2012 roku trochę mówiono i pisano, wyprzedano cały nakład, książka jest dziś trudno dostępna, ale z tego, co wiem, szykuje się wznowienie. Światowy sukces „Niemieckiej jesieni” nie dziwi, książka należy do gatunku reportażu, jest właściwie jednym z niewielu wczesnych opisów życia cywilów w powojennych Niemczech, do tego polskie wydanie wzbogacono o wstęp autorstwa Elfriede Jelinek, a z okładki książkę poleca sam Maciej Zaremba Bielawski.

„Poparzone dziecko” ukazuje się w momencie wzmożonego zainteresowania literaturą skandynawską jako jeden z pierwszych klasyków, których publikacje planuje Wydawnictwo Poznańskie w reaktywowanej Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Sądzę, że działania promocyjne tej oficyny mają pozytywny wpływ na to, jak wiele osób po tę książkę sięga. W maju opublikowałam w „Gazecie Wyborczej” esej Dagermana „Nasza potrzeba pocieszenia jest nienasycona”, w którym autor daje się poznać jako młody człowiek żyjący w trudnych czasach, depresyjny poszukiwacz sensów. Zarówno narrator, historia, jak i świat opisane w „Poparzonym dziecku” mogą się dzisiaj, w czasie bardzo trudnym, wydać nad wyraz pociągające, czy choćby aktualne.

Krytycy, którzy zachwycili się „Poparzonym dzieckiem”, pisali o uczciwości emocjonalnej na granicy wiwisekcji. Ci, którzy mieli do książki zarzuty, w gruncie rzeczy pisali o tym samym, zarzucając Dagermanowi nadmiar psychoanalizy. Do której z tych opinii jest pani bliżej i dlaczego?

Zdecydowanie do pierwszej. Dagerman napisał „Poparzone dziecko” w ciągu sześciu tygodni, po miesiącach pisarskiej niemocy. Nie sądzę, żeby przeprowadzał przy tym psychologiczną samoanalizę. Przecież on miał wówczas dwadzieścia pięć lat. To emocjonalna uczciwość jest wielką siłą tej książki.

Tytuł książki został zaczerpnięty z powiedzenia „Poparzone dziecko lęka się ognia”, jednak już na wstępie mamy sugestię, że jest dokładnie odwrotnie – to poparzone dziecko nadal do ognia lgnie. Jaka jest pani osobista interpretacja tytułu w kontekście tego powiedzenia?

Już w motcie powieści Dagerman odwołuje się do powiedzenia. „To nieprawda, że poparzone dziecko unika ognia”, wyjaśnia. „Ciągnie je do płomienia jak ćmę do światła. Wie, że jeśli się zbliży, znów się poparzy. Mimo to podchodzi bliżej”. Bengt „sparzony” wiedzą o romansie ojca, sam zakochuje się w Gun. Syn, wyuczony miłości do matki i żałoby po niej, ostatecznie zaczyna ją nienawidzić. Metafora płomienia i symboliczna świeczka są w powieści obecne od początku do końca. Według mnie moc tej powieści polega właśnie na tych prostych i bardzo przejrzystych symbolach.

Koszmary, lęk, żałoba, poczucie destabilizacji, niepewność – to motywy przewijające się w prozie Dagermana, w „Poparzonym dziecku” również motyw dążenia do swoistego odkupienia, rozgrzeszenia, a przede wszystkim oderwania się od obciążeń z przeszłości. Sam Dagerman cierpiał na depresję i popełnił samobójstwo, mając zaledwie 31 lat. Czy sądzi pani, że własna twórczość pełniła dla niego po części rolę terapeutyczną, że są w niej obecne echa traum doświadczanych przez młode pokolenie w okresie wojny? Do jakiego stopnia czerpał z własnej biografii?

Wierzę w to, co nieraz powtarzała Agneta Pleijel, ale nie tylko ona, że pisanie zawsze jest jakąś terapią, przerabianiem dobrych i złych emocji. W przypadku Dagermana okazała się ona nieskuteczna, nigdy nie wyleczył się z depresji, żadna książka nie pokonała jego bólu. To, że czerpał z biografii, jest prawdą ogólnie znaną, w „Poparzonym dziecku” przerabia historię miłosną, jaką przeżył z teściową. Natomiast muszę podkreślić, że dla mnie jako tłumaczki, ale też literaturoznawczyni, jest to sprawa najmniej interesująca. Dawno porzucono interpretowanie dzieł poprzez biografie ich twórców. Dużo ciekawsze jest zastanowienie się nad tym, jak teksty Dagermana rozmawiały i rozmawiają dziś z tekstami sobie współczesnymi, wcześniejszymi, a także powstałymi później.

Jak wyglądają największe wyzwania stojące przed tłumaczem w zakresie różnic między melodią i strukturą języka szwedzkiego i polskiego? Co prowadzi do pytania o „Poparzone dziecko”: czy był jakiś fragment, który sprawił pani szczególną trudność, na przykład z powodu użycia nietypowego idiomu czy hermetycznego języka?

Język polski nie przepada za krótkimi zdaniami, szwedzki takimi stoi. O ile po szwedzku możemy łatwo połączyć różne części mowy, tworząc nowe słowo, po polsku zjawisko lub przedmiot trzeba opisać. Ale to sprawa techniczna, sądzę, że tłumacze z języków azjatyckich czy afrykańskich mają dużo wyżej postawioną poprzeczkę. Wyzwanie, przed którym staje każdy tłumacz dobrej literatury, to usłyszenie melodii i zobaczenie struktury językowej tego konkretnego dzieła, a potem przeniesienie ich na grunt języka docelowego i literatury docelowej. Należy bowiem pamiętać, że przekład literacki to nie tyle praca w języku, co praca w literaturze. Trudność podczas tłumaczenia „Poparzonego dziecka” sprawiała paradoksalnie prostota języka tej powieści. Jest on jałowy, prosty, ubogi, bo taka jest rzeczywistość bohaterów tej historii. Należało uważać, by nie użyć słów i zwrotów, które nie należą do tego świata, należało też przestać się bać powtórzeń.

Jak sądzę, Stig Dagerman musi zajmować w pani sercu szczególne miejsce, ponieważ tłumaczenie jego opowiadania „Tysiąc lat u Boga” było pani debiutem. Jak widzi pani własny rozwój na przestrzeni tych kilkunastu lat?

Stig Dagerman jest szwedzkim Jamesem Deanem i Markiem Hłasko. Nietrudno się nim zauroczyć. „Tysiąc lat u Boga” to jest późny tekst, prolog do powieści, której nie ukończył przez swoją przedwczesną śmierć. Dopiero dziś widzę, na jak wielkie wody rzuciłam się na samym początku przygody z tłumaczeniem. Faktem jest, że interesuje mnie tylko najlepsza literatura i od zawsze pociągało mnie tłumaczenie tekstów, które po pierwsze mówią mi coś nowego lub mówią inaczej, a po drugie stawiają opór. Dlatego ogromną część mojej bibliografii stanowią książki, które sama wybrałam, a wybrałam je dlatego, że chciałam je pokazać polskiemu czytelnikowi i wpisać je w przestrzeń polskiej literatury. W tym sensie niewiele się zmieniło. Tłumacz, podobnie jak każdy człowiek parający się zawodem intelektualnym, rozwija się cały czas. Latem w wydawnictwie Pauza ukazał się zbiór opowiadań Andrei Lundgren pod tytułem „Fauna Północy”, to książka będąca rezultatem pracy ośmiorga młodych tłumaczy, którzy pracowali na prowadzonych przeze mnie warsztatach. Rozpiera mnie wielka duma z faktu, że doszłam do momentu, w którym mogę coś pokazać i powiedzieć tym, którzy dopiero wkraczają na ścieżkę kariery tłumacza.

Stig Dagerman (fot. Okänd)

Jakie stereotypy ciążą na zawodzie tłumacza? Czy spotkała się pani z raniącymi lub niesprawiedliwymi, a przynajmniej nieuzasadnionymi opiniami na temat tego zawodu?

Mam nadzieję, że żyjemy w czasach, kiedy nikomu nie musimy udowadniać, że tłumacz jest po pierwsze zawodem (a nie hobby), że jest zawodem twórczym (a nie odtwórczym) i że zasługuje na atencję w tym samym stopniu, co zawód pisarza. Więc jeśli pyta mnie pani o stereotypy, to niech pozostaną częścią jakiejś niesławnej przeszłości.
Raniące, niesprawiedliwe i nieuzasadnione są dyskusje z wydawcami (szczęśliwie jest ich coraz mniej, ale są!), którzy nie dopuszczają do siebie myśli, że tłumacz zna swoje prawa i ma swoją wartość. Nie są w stanie zmienić warunków umowy, tych niesprawiedliwych czy nawet niezgodnych z prawem, kłócą się o każde dziesięć złotych w rozmowach o zwiększenie wysokości honorarium. Średnia cena książki wzrosła przez ostatnie dziesięć lat o jakieś dziesięć złotych, średnie honorarium tłumacza wynosi tyle samo, a czasem mniej niż piętnaście lat temu.

Czy polscy czytelnicy są zainteresowani literaturą skandynawską poza powieściami kryminalnymi? Czy widać w tym względzie zmiany, na plus bądź na minus, na przestrzeni ostatnich – powiedzmy – dwudziestu lat?

Zdecydowanie tak. Po światowym sukcesie trylogii Stiega Larssona miałam nadzieję, że pociągnie on za sobą zainteresowanie literaturą skandynawską w ogóle. Nie stało się tak wszędzie, kurz po boomie na szwedzkie kryminały na większości rynków dawno opadł. Ale w Polsce szczęśliwie stało się inaczej. Od kilku lat Polska jest krajem, który zaraz po Niemczech kupuje najwięcej szwedzkich tytułów. Domyślam się, że podobnie jest z tytułami norweskimi i islandzkimi. Mam nadzieję, że niebawem będziemy widzieć u nas więcej autorów z Danii i Finlandii. W Polsce wydaje się wciąż sporo skandynawskich thrillerów i kryminałów, poradników dotyczących zdrowego odżywiania i trybu życia, książek z gatunku „feel good”. Są jednak wydawcy, którzy pilnie obserwują skandynawskie nagrody literackie, przysłuchują się skandynawskim krytykom, a jeszcze bardziej polskim tłumaczom z tych języków. Uważam, że wybór szwedzkiej i norweskiej literatury w Polsce jest doskonały, ukazały się u nas niemal wszystkie ważne tytuły ostatniej dekady. Niemałą zasługę ma w tym Wydawnictwo Poznańskie, ale nie tylko. Świetne książki wydaje Pauza, Wydawnictwo Literackie, Czarna Owca, Smak Słowa i wiele innych. Cieszy mnie, że Lokator nie ustaje w wydawaniu bardziej niszowych książek szwedzkich, a Karakter otworzył się na literaturę zza Bałtyku. Tak trzymać!

Gdyby miała pani wymienić innego skandynawskiego autora, który – podobnie jak do niedawna Dagerman – pozostaje praktycznie nieznany w Polsce, czyje nazwisko by pani wskazała i dlaczego uważa pani, że właśnie ta osoba zasługuje na większą popularność?

Skoro tak bardzo lubimy wskazywać Szwecję jako europejski wzór równouprawnienia, uważam, że warto przyjrzeć się dwudziestowiecznej literaturze pisanej przez kobiety. Dlatego wymienię kilka wybitnych kobiet, które zasługują na uwagę: Selma Lagerlöf, Moa Martinson, Birgitta Trotzig, Elin Wägner, Sofie Elkan, Hagar Olsson i punkowa gwiazda lat osiemdziesiątych, rewelacyjna Mare Kandre. Należałoby również zorganizować nowe otwarcie dla twórczości Sary Lidman i Kerstin Ekman. Mogę wymieniać dalej, tylko muszę wiedzieć, ile mam czasu na odpowiedź i ile pieniędzy na zakup praw autorskich?

Ma pani jakieś wielkie zawodowe marzenie, które nadal czeka na zrealizowanie?

Mam niejedno. Ale to jak z tortem urodzinowym, zdmuchujesz świeczki, ale życzenie zachowujesz dla siebie, inaczej może się nie spełnić.

Rozmawiała: Karolina Chymkowska

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady