banner ad

Protesty, pały i gaz fundują pokoleniowy ryt przejścia – wywiad z Rafałem Księżykiem o książce „Dzika rzecz”

26 listopada 2020

Jeśli w feralnym roku 2020 macie przeczytać tylko jedną książkę poświęconą muzyce, to niech to koniecznie będzie „Dzika rzecz – polska muzyka i transformacja 1989-1993”. Rafał Księżyk kapitalnie opisuje w niej niezwykłe nastroje przełomu dekad, udowadniając, że prawdziwa ścieżka dźwiękowa tych burzliwych czasów niekoniecznie mieściła się w zgrzebnej formule pop-rockowej konfekcji.

Sebastian Rerak: Moje pierwsze zetknięcie z twoją publicystyką miało miejsce za sprawą magazynu „Brum”, który był o tyle wyjątkowy, że obok wywiadów z megagwiazdami w rodzaju Varius Manx czy Hey zamieszczał też teksty o wykonawcach z najgłębszego offu. To już samo w sobie było chyba emblematyczne dla specyficznego fermentu wczesnych lat 90.?

Rafał Księżyk: Zdecydowanie, tak szeroki wachlarz tematów w jednym magazynie był wyrazem najważniejszych cech epoki transformacji, których dziś tak bardzo w Polsce brakuje: otwartości i różnorodności. „Brum”, który zaczął ukazywać się jesienią 1993 roku, był przecież wytworem tamtych czasów i upadł wraz z końcem dekady. Spośród wielu pism muzycznych, które wystartowały w nowej Polsce, przetrwał tylko „Teraz Rock”, co wymowne, bo już w chwili powstania był to magazyn zachowawczy i konserwatywny. Mam wrażenie, że od trzydziestu lat niezmiennie analizują tam gitarową solówkę, która wybrzmiewa w drugiej minucie trzeciego utworu z czwartego demo do piątej płyty Deep Purple. „Brum” też nie był gazetą idealną, wiele w nim było fanowskiej naiwności, ale przynajmniej oddawał ducha swoich czasów. Ciekawe, że w tamtej epoce zespoły z undergroundu, Ahimsa, Ewa Braun, Post Regiment, odmawiały mi wywiadów do „Brumu”, twierdząc, że taka kolaboracja z głównonurtową prasą nie przystoi do ich niezależności.

Nie wszystkie zjawiska opisywane w książce doczekały się solidnej dokumentacji. Które z nich wymagało największego wysiłku, jeśli chodzi o docieranie do źródeł?

Wiesz, ja w tym siedzę od dobrych trzydziestu lat. Źródłem były głównie opowieści ludzi, którzy inicjowali nowe na naszym gruncie zjawiska muzyczne i okołomuzyczne. Niekoniecznie muzyków, ale też twórców nowych knajp, organizatorów koncertów, imprezowiczów. Wiedziałem kogo pytać, albo cytować, wysiłku wymagała raczej selekcja materiału. Działo się tak wiele, że głównym wyzwaniem było zamknięcie tej historii z całym jej zróżnicowaniem w sensownej objętości.

Da się zauważyć, że „Dzika rzecz” przywróciła pamięć o niektórych wykonawcach – widać to choćby na przykładzie grupy Los Loveros, której jedyny album ktoś właśnie udostępnił w internecie. Takie reakcje zapewne cieszą?

O to też chodziło. Jako bohaterów transformacji wskazywano opozycjonistów i ludzi biznesu, odcięliśmy z tej historii frików z undergroundu. I mamy to, co mamy. Przecież to artyści, ziszczając wtedy swój sen o wolności, dostarczali nieocenionych inspiracji reszcie społeczeństwa, wnosząc luz, kolory, zabawę. Bardzo tego wszystkiego potrzebujemy i dziś. Szczególnie, że pokolenie JPII właśnie okazało się bankrutem.

Mnie osobiście najbardziej zaciekawił rozdział poświęcony wczesnej scenie rave, która jawi się bodaj najbardziej idealistycznym spełnieniem zasady DIY. Chyba nigdy wcześniej ani później nie doszło do takiego oddolnego ruszenia, mającego na celu wyłącznie przeżywanie muzyki i czysty „fun”?

Pewnie tak. Boom imprez tanecznych, którego epicentrum stał się Berlin, był ekspresją nowej Europy. Ekstatyczny taniec na gruzach zimnowojennego muru. W Polsce miał on szczególny wydźwięk, bo po mrocznych latach 80., kiedy kontestacja kojarzona była z antysystemową opozycją, teraz to dobra zabawa była wyzwaniem dla kontestatorów. Wymowne, że stolicą rave’u była Łódź, gdzie padał wtedy przemysł włókienniczy. Tu zabawa, organizowana w myśl zasad „zrób to sam”, stała się sposobem na zachowanie twarzy w dość opłakanych realiach.

Stosunkowo niewiele jest za to w książce o metalu ekstremalnym, choć odnotowujesz międzynarodowy sukces Vadera. W undergroundzie działało jednak wiele grup, zwłaszcza grających techniczny death metal, które mogły aspirować do światowej czołówki.

To kwestia selekcji materiału. Dzieje metalu zasługują na oddzielną książkę, bo stanowi on odrębny świat w świecie polskiej muzyki. Nie ma szans, by sensownie go opisać w rozdziale na pięćdziesiąt tysięcy znaków. W „Dzikiej rzeczy” sygnalizuję, że w tamtych czasach zaczął się ruch, który doprowadził do tego, że to „Polish black metal” stał się jedyną „marką”, którą z powodzeniem wprowadziliśmy na globalny rynek muzyczny w nowym wieku. Historia tej ekspansji czeka na opisanie. Ja tego nie zrobię, bo zawsze mnie męczyło słuchanie gitarowych solówek.

A co z disco polo? Panuje dziś swoisty trend na rehabilitowanie tego nurtu jako kultury ludowej, muzyki artystów naiwnych. Jak zapatrujesz się na taką narrację?

Nie raz zetknąłem się z tezą, że disco polo było soundtrackiem polskiej transformacji. To niebezpieczna bzdura, przeciw której wymierzona jest „Dzika rzecz”. W tamtych czasach nie spotkałem nikogo, kto byłby zainspirowany disco polo. Soundtrackiem początku lat 90. była dzika muzyka, którą opisałem w książce. To ona pokazywała nowy świat.

„Dzika rzecz” kończy się na roku 1993 i niesławnej zadymie w Jarocinie. To był chyba moment bankructwa dwóch mitów – starej legendy jarocińskiej oazy wolności i tej nowej – ideologii dobrej zabawy pod słoneczkiem koślawego polskiego neoliberalizmu?

Pojęcia neoliberalizm rzadko się wtedy używało. I słusznie, bo mieliśmy raczej krwiożerczy „kapitalizm wczesny”, jak z piosenki Kazika „Jeszcze Polska”. Ale jeśli tak spojrzeć, to w Jarocinie w ’93 triumfował neoliberalizm. Co z tego, że wściekli punkowcy zdzierali reklamy sponsora, Marlboro Music. Na festiwalu podpisywano kontrakty płytowe i pojawiła się masa zespołów, które z nieskrywanym entuzjazmem naśladowały gwiazdy z MTV, śpiewały po angielsku. Co do bankructwa mitów, w tej demolce rozpętanej przez punkowców dostrzegam przede wszystkim symboliczne pożegnanie z wyobrażeniem, że dzięki transformacji będzie u nas jak na Zachodzie. To był głos rozczarowanych, którzy zostali na bocznicy wielkich przemian.

Ostatecznie ten wyjątkowy, opisywany w książce „wajb” zabił korporacyjny sponsoring i wielkie darmowe spędy? Czy to najgorsza rzecz, jaka przydarzyła się polskiej muzyce w połowie lat 90.?

Te sponsorowane, darmowe spędy w rodzaju „Inwazji mocy” z pewnością wykończyły płatne trasy klubowe. Szczerze mówiąc, to nie mam ochoty zastanawiać się nad najgorszymi rzeczami. Najgorsza rzecz, jaka przydarzyła się polskiej muzyce, dzieje się właśnie teraz w epidemicznym zamknięciu. Jeśli chodzi o lata 90., ogólny trend miał znaczenie. Polacy najwyraźniej nie wiedzieli, co począć z wolnością, i uznali, że wolność to zarabianie pieniędzy. Zapewniam cię, że w tamtej dekadzie na każdym kroku czuć było presję etosu przedsiębiorczości. Chciwe mieszczaństwo zatriumfowało. Trudno, żeby to sprzyjało konkretnej muzyce. Dopiero dzieci sytych beneficjentów lat 90. dojrzały do tego, żeby się buntować. I piękny jest widok tych dzieciaków, które wyszły na ulice.

Niektórzy chcieliby sądzić, że wraz z internetem, mnogością platform do promowania muzyki i pączkującymi w sieci mikrokulturami, różne dziwne i transgresywne zjawiska mają szansę znów sięgać znacznie dalej niż poza swoją niszę. Czy słusznie?

W teorii tak. W praktyce różnie bywa. Bo natłok informacji sprawia, że chociaż sięgać można daleko, ponad granicami, nisze niekoniecznie rosną. Zbyt dużo takich mikrokultur konkuruje o uwagę.

Przyznałeś, że dużo pozytywnej energii znajdujesz dziś wśród młodych ludzi uczestniczących w protestach Strajku Kobiet. Sądzisz, że mogą już wkrótce odegrać podobną rolę kulturotwórczą, co opisywani przez ciebie artyści czasów transformacji?

Jest też w nich dużo złości, i słusznie. Czasy są podobne, bo znów mamy sytuację, że jutro jest nieustalone, nie wiadomo, jaki będzie świat. Protesty, pały i gaz fundują pokoleniowy ryt przejścia. Widocznym już dziś triumfem Strajku Kobiet jest impuls dla młodzieżowej rewolucji. Oczywiście, będą spływać pokoleniowe manifesty, bo te doświadczenia już zmieniły, zaktywizowały polską młodzież. Patrząc tylko na muzykę, czy jeszcze miesiąc temu przewidzielibyśmy, że wymuskane gwiazdy pop i rapowa chuliganerka przemówią tym samym głosem, na wspólnym froncie?

Rozmawiał: Sebastian Rerak
fot. Zofia Dimitrijević

Tematy: , , , , ,

Kategoria: wywiady