Podział na majtki na spodniach i poważne komiksy o życiu już się zagubił – wywiad z Agatą Wawryniuk

21 stycznia 2017


Agata Wawryniuk, twórczyni komiksowa i autorka „Rozmówek polsko-angielskich”, opowiada o sztuce tworzenia, także w ekstremalnych warunkach emigracyjnych.

Ukończyła ASP we Wrocławiu z dyplomem z projektowania graficznego i grafiki intermedialnej. Stworzyła na poły autobiograficzny komiks „Rozmówki polsko-angielskie” na temat emigracji zarobkowej. Praca została uhonorowana m.in. nagrodą festiwalu MFKiG w Łodzi za najlepszy polski komiks 2012/2013, nagrodą Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego za najlepszy polski komiks 2012/2013 i nagrodą magazynu HIRO. Zakwalifikowała się do finału konkursu talentów Trójki.

Milena Buszkiewicz: Komiks to współcześnie dosyć niewdzięczna forma sztuki, zwłaszcza w Polsce. Trudno się z tego utrzymać?

Agata Wawryniuk: Niewdzięczna? Dzięki niemu miałam swoje 5 minut, poznałam mnóstwo fascynujących ludzi, zjeździłam pół Europy, więc ja jestem komiksowi bardzo wdzięczna, nawet jeśli on nie jest wdzięczny mi. Jeśli chodzi o pieniądze, to powieści graficzne to jednorazowe strzały, płaci się za nie maksymalnie kilka tysięcy, więc trzeba by publikować jedną co miesiąc, by z tego żyć. Można dorobić dzięki spotkaniom autorskim, sprzedaży oryginalnych plansz, wydaniom zagranicznym, więc ziarnko do ziarnka i pewnie da się dociągnąć do pierwszego. Znam jedną osobę, która żyje tylko i wyłącznie z autorskiego komiksu – robi webkomiksy. Są też dobrzy ilustratorzy, którzy rysują komiksy jako główne zlecenie, jak Kasia Niemczyk pracująca dla Marvela.

Pytam o kasę między innymi dlatego, że napisałaś i narysowałaś komiks o emigracji zarobkowej. Wiem, że jego kanwą był twój wyjazd do Anglii. Co cię tam spotkało?

Tak, komiks jest o tej mojej eskapadzie, ale nie jest to jakiś dziennik podróżny. Raczej historia o ludziach i ich motywacjach. Zderzyłam się z inną rzeczywistością, Polakami w Anglii, którzy nie są tym, co Polacy w Polsce, zwłaszcza że lepiej poznałam tak zwany dół drabiny, choć drinki podawałam dla upper class. Załapałam się na porachunki nieuczciwych lokatorów z nieuczciwymi właścicielami, atak kwiatu angielskiego dresiarstwa (obawiam się, że tego samego, który teraz morduje Polaków w ramach nowej Europy) i pobyt w tak zwanej czarnej dupie, czyli moment, gdy stoisz z walizką na chodniku, bez pieniędzy, bez mieszkania, bez przyjaciół i z biletem powrotnym na za miesiąc. Tyle akcji, poza tym mnóstwo obserwacji. Dzięki pracy na zasadzie zastępstw zaliczyłam blisko 30 miejsc pracy w 3 miesiące, poznałam multum ludzi i usłyszałam dość historii na jeszcze cztery takie komiksy.

Co złożyło się na inspiracje do tej książki, także formalne?

Inspiracją było życie, które samo napisało mi tę historię, ja tylko spisywałam. Gdy tworzyłam moją powieść graficzną, dopiero sama wchodziłam do świata komiksu (dla wtajemniczonych zwanego komiksowem), więc niewiele wiedziałam i nie miałam konkretnych inspiracji. Na bieżąco rozwiązywałam kolejne problemy typu: „jak wyreżyserować tę scenę?”, „jak ciekawie pokazać trzydziestą konwersację dwóch osób, by nie było gadających głów?”, „jaka mimika odda emocje przy kradzieży słoika?”, siedząc przy regale mojego chłopaka i wertując tomy w poszukiwaniu „inspiracji”.

Komiks kojarzony jest raczej z czymś rozrywkowym, nadal mało osób ma świadomość, że może dotykać problemów społecznych. Jak postrzegają cię komiksowi czytelnicy? I w ogóle ludzie, którzy wiedzą, że coś takiego tworzysz?

Wiele osób, które mnie zna, nadal nie wierzy, że komiks może być „na poważnie”, i z dumą informuje mnie, że w ramach wsparcia dla moich artystycznych zapędów kupiło mój komiks swojemu małemu dziecku… Biedne dziecko. Tymczasem jedno z najsłynniejszych dzieł o holokauście jest komiksem. Mówię oczywiście o komiksie „Maus”. Zapewne niejeden rodzic się zdziwił, jak dziecko się popłakało na bajce o myszkach. Nie znaczy to, że mój komiks jest smutny, bo jest „na poważnie”. Cenię sobie czarny humor i starałam się, by wypełniał każdą stronę, ludzie raczej śmieją się, gdy to czytają. Wracając do twojego pytania: nie ma już dziś czegoś takiego jak komiksowy czytelnik nastawiony na rozrywkę. Czytałaś ostatnio jakiś komiks superbohaterski? Ciężkie dylematy moralne, świat na skraju upadku, skomplikowane emocjonalne relacje wielowymiarowych bohaterów. Nie ma już bum bum kabum! Podział na majtki na spodniach i poważne komiksy „o życiu” chyba już się zagubił i czytelnicy obu światów przenikają się. Przynajmniej u nas w Polsce, gdzie mamy wielki wybór komiksów. Od „realistycznych” o Korei Północnej, homoseksualnym ojcu, lekcjach baletu, trudach bycia twórcą (przykłady podaję prosto z mojego regału) do Spider-Manów, Iron Manów i wszelkich innych manów. Gorzej jest np. we Francji, gdzie rynek jest zdominowany przez komiksy akcji plus fantastykę i ciężko znaleźć na półkach coś innego.

Kiedy pierwszy raz pomyślałaś poważnie o tym, że chcesz zajmować się komiksem?

Kiedy zaczęłam robić komiks. Jak coś robię, to na poważnie. Ale nie robię komiksu za komiksem, nie dałabym rady, więc to jest takie moje coś, co robię z potrzeb artystycznych, gdy mam czas i siłę. Dla pieniędzy robię coś innego. Czy oznacza to dla ciebie, że robię to na poważnie?

Potrzeba artystyczna to bardzo poważna sprawa! A jak wygląda twój komiksowy rozwój od tamtego momentu do teraz?

Zrobiłam dużo krótkich komiksów do różnych antologii, na festiwale czy dla siebie. Rysuję teraz trochę inaczej, mój styl ewoluował. Wiem też więcej o opowiadaniu obrazem. Ale robię coraz mniej, mam coraz mniej czasu. Kredyty, zlecenia, deadliny… Ale wierzę, że wrócę do starej dobrej siebie, kiedy życie zwolni lub ja je do tego zmuszę.

Co jest dla ciebie najważniejsze w komiksie jako formie sztuki w ogóle i w tworzeniu twoich własnych komiksów?

Możliwość opowiadania wszystkim na raz: obrazem, słowem, tempem, rytmem, ruchem kamery. Lubię też po prostu patrzeć na ładne rzeczy. Komiksy są ładne.

Rozmawiała: Milena Buszkiewicz
fot. archiwum Agaty Wawryniuk

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady