banner ad

Pisarz w kobiecym przebraniu ? wywiad z Dominiką Stec aka Zbigniewem Wojnarowskim, autorem „Mniejszej połowy”

10 września 2014

zbigniew-wojnarowski-wywiad1
Urzekła dziesiątki czytelniczek humorystycznymi powieściami o swojej imienniczce, teraz powraca z większym kalibrem: kryminałem osadzonym w czasach PRL-u ? wywiad z Dominiką Stec, a właściwie… ze Zbigniewem Wojnarowskim, autorem „Mniejszej połowy”.

Milena Buszkiewicz: Zacznę od sprawy fundamentalnej: Dominiko czy Zbigniewie?

Zbigniew Wojnarowski: Zdecydowanie Zbigniewie. Mój pseudonim przestał być tajemnicą i każdy chętny może go rozszyfrować w parę sekund, więc ukrywając się pod nim dzisiaj, byłbym trochę jak ten partyzant z dowcipu, który dwadzieścia lat po wojnie nadal wysadzał pociągi.

Część czytelniczek nie ma jednak pojęcia o tym, że pod nazwiskiem Stec ukrywa się mężczyzna. Jak zatem przebiegają spotkania promocyjne?

Z zasady nie uczestniczę w spotkaniach promocyjnych, także żeby nie powodować szoku. Ale zdarzyło mi się widzieć lub słyszeć czytelniczki mocno niedowierzające. Czytelników zresztą też. Nie znam innego przyzwoitego sposobu, niż dać uroczyste słowo, że poza literaturą jestem płci absolutnie męskiej. Do tego stopnia, że mam biologicznego syna, którego urodziła matka płci absolutnie żeńskiej.

Ponadto, o ile pamiętam, lata temu na pierwszych promocjach Dominikę Stec zastąpiła, jeśli mogę tak powiedzieć, Karolina Gruszka, czytająca fragmenty książki i rekomendująca ją. Więc gdybym po niej to ja miał dać swoją twarz Dominice Stec ? byłby to spory nietakt wobec czytelników.

Zdecydował się Pan na pseudonim, by bezkarnie pisać romansidła?

W pewnym sensie tak. Pod nazwiskiem Stec zacząłem od powieści, które były parodią tzw. literatury kobiecej. Bałem się, że jeśli na okładce będzie męskie nazwisko, usłyszę od czytelniczek, że kobieta nigdy by nie napisała podobnych bredni na temat kobiet. Tym bardziej że nie byłem znawcą tego typu literatury, swoją wiedzę opierałem raczej na analogicznych filmach. Zresztą zanim kino popadło w pewną schematyczność, w gatunku romansowym powstawały wybitne utwory, żeby wspomnieć ?Garsonierę?, ?Johna i Mary? czy ?Absolwenta?.

Trzy pierwsze Dominiki były napisane w pierwszej osobie, a bohaterka miała to samo imię co domniemana autorka. Okazało się, że to działa na rozmaite osoby, skłonne do łatwych utożsamień.

Np. pewien poważny dyrektor opery zarzucił pisarce Stec operową niekompetencję z powodu nonsensów, które na ten temat wygaduje książkowa bohaterka. Tu dodam dla jasności, że jako Wojnarowski, a nie Stec, znam nieźle całą operową klasykę z powodów, że tak enigmatycznie powiem, rodzinnych. A pewien szanowany (także przeze mnie) profesor literaturoznawstwa zamieścił na temat ?Mężczyzny do towarzystwa? dużą naukową rozprawę w nobliwym ?Przeglądzie Humanistycznym? i uznał tam, że istnienia autobiograficznych elementów w tej powieści nie potrzeba dowodzić, bo są niewątpliwe.
Tak więc rozmach mistyfikacji z Dominiką Stec przerósł moje skromne zamierzenia.

Mniejsza-polowa-okladkaPopełnił Pan na przykład książkę z gatunku fantastyki, ale pod swoim nazwiskiem. Od czego zależy zatem wybór pseudonimu?

Pod swoim nazwiskiem napisałem jak dotąd dwie książki, kilkanaście opowiadań i kilkanaście radiowych słuchowisk niefantastycznych, również pod nim od ćwierćwiecza publikuję w prasie rysunki satyryczne, tak więc Dominika Stec zajmuje mniejszą część mojego publicznego życiorysu, choć równie dla mnie ważną.

Ona odmieniła się mocno w stosunku do pierwszych dokonań, a jej nazwisko na okładce znaczy obecnie tyle, że mamy do czynienia z powieścią realistyczną, bez fantastycznych motywów, z równorzędnymi bohaterami obojga płci, z wątkami sensacyjnymi, chociaż to ostatnie jest właściwie wspólne dla Wojnarowskiego i Stec.

Pozostaję od czasu do czasu przy tym pseudonimie poniekąd dla uszanowania czytelników. Uznałem, że po parodystycznej trylogii, od której się zaczęło, nie mam już nic do dodania od siebie, mogę co najwyżej udawać kogoś, kim nie jestem, a to się nie sprawdza w pisaniu. Musiałbym pisarkę Stec fizycznie zlikwidować. Ale ponieważ niektórzy czytelnicy zdążyli ją polubić, postanowiłem, że pozwolę jej żyć, tylko zmuszę ją do ewolucji. I stąd druga już powieść nowej Dominiki Stec, gdzie to nazwisko nie jest elementem mistyfikacji, ale logo gatunkowym, powiedzmy.

Od Manhattanu do Konina kawał drogi. Czy dla pisarza również?

Pani mi przypomina, że coś o Manhattanie było w którejś z trzech pierwszych Dominik, tych parodystycznych. Nie pamiętam tego, ale jeśli istotnie, odpowiem tak: bliżej niż w drugą stronę, czyli z Konina na Manhattan, bo Konin mam codziennie wokół siebie.

Rzeczywiście dwie ostatnie Dominiki zlokalizowałem w moim rodzinnym mieście. One są już trochę bliższe sposobu pisania Wojnarowskiego, nie operują głównie żartem, jak poprzednie, ale mam nadzieję, że w zamian pojawiło się w nich coś interesującego. Obie są o tajemnicy, o przeszłości, więc żeby osiągnąć stosowny emocjonalny klimat, w pierwszej ? ?Słońcu w słonecznikach? ? sięgnąłem do Konina z moich lat dziecinnych, a w ?Mniejszej połowie? do Konina mojej młodości.

Poza tym wydało mi się dodatkową zabawą literacką, że tajemnica z kart książki przenosi się także na okładkę i nawet autor nie jest tym, kim jest.

Przedstawia Pan PRL bardzo pejoratywnie: milicja, korupcja, poplecznictwo. Tylko tak wspomina Pan tamte czasy?

Tamte czasy wspominam wspaniale, bo byłem wtedy młody i piękny. Do dziś nie mogę się nadziwić, dlaczego oba te moje przymioty musiały upaść razem z komuną. One naprawdę nie były niczemu winne.
Natomiast to wszystko, o co Pani pyta, także wówczas było i wiele wad wciąż jest, i wiele wad zawsze będzie, bo ten świat nie zamierza być doskonały. Moim celem było pokazanie, jakie to miało oblicze w tamtych konkretnych czasach. Ku pamięci, że bywało także koszmarnie.

Natomiast są również w mojej książce wspaniali ludzie, to jest zauważalne, mam nadzieję. Wspaniałych ludzi też pamiętam z czasów PRL-u i w ogóle jestem zdania, że w każdych czasach to, co może się nam przydarzyć najpiękniejszego, to ludzie. Najgorszego też, ale to osobna sprawa.

Tytuł książki, „Mniejsza połowa”, odnosi się do bliźniaczek. Zgłębiał Pan temat współodczuwania bliźniąt, ich relacji?

Na tyle, na ile było to potrzebne książce ? tak. Ale książkowe bliźniaczki przede wszystkim były dla mnie symbolem współodczuwania. Ucieleśnieniem empatii. Dlatego w książce znalazło się to, że kochające się siostry-bliźniaczki są najdoskonalszym uosobieniem tego zjawiska. Czytelnik od razu wie, o co chodzi, bez potrzeby długiego tłumaczenia ze strony autora, które spowalnia akcję. Mówiąc o jednej siostrze, na dobrą sprawę opowiadamy o obu ? bo w nieco metafizyczny sposób ich podwójne losy są zawarte w każdej z osobna.

Wydanie opatrzone jest hasłem: „O tym, co przytrafia się wyłącznie innym”. Ludzie znikają, to fakt. Ale czy fabuła tej powieści oparta została chociaż częściowo o prawdziwe wydarzenia? Pytam pomimo informacji na końcu książki.

Tak jak wymieniłem we wspomnianej przez Panią informacji, niektóre z opowieści w książce są prawdziwe w całości. Główny wątek jest także pozszywany z drobnych prawdziwych zdarzeń, choć został oczywiście uformowany na nowo, żeby miał jednolitą barwę. Więc jeśli w rzeczywistości nie było co do słowa jak w książce, to jednak tak jak Pani mówi, wszyscy znamy opowieści o zdarzeniach bardzo podobnych.

zbigniew-wojnarowski-wywiad2

Odwołuje się Pan w powieści do głośnych tytułów, „Stu lat samotności” Gabriela Garcíi Márqueza oraz „Zbrodniarza i panny” Kazimierza Kwaśniewskiego, przez ich pryzmat charakteryzuje bohaterki. Czy uważa Pan, że literatura determinuje osobowość? Czy można poznać człowieka po lekturze?

Myślę, że można, ale sądzę, że zależność jest odwrotna, tzn. nie literatura determinuje osobowość, ale osobowość kieruje nasze zainteresowania ku określonym lekturom.

Te dwa wymienione tytuły charakteryzują odmienność obu bohaterek, bo nie chciałem, żeby one były dosłownymi lustrzanymi odbiciami. Obie powieści są, jeśli można tak powiedzieć, ?książkami do czytania?, ale ich ambicje kierują się w różne strony. W górę lub w dół, ambitnie lub rozrywkowo. Myślę, że to zagrało w momencie, gdy jedna z sióstr zaczyna czytać książkę tej drugiej. Wtedy ta jej lektura nabiera znaczenia odrobinę symbolicznego.

„Zbrodniarz i panna” to również książka bardzo podobna do Pana powieści. Chociażby ze względu na motywy, czas akcji…

To jest bardzo zgrabnie napisany kryminał osadzony w latach 60-tych, ale też pisany w tych latach. ?Mniejsza połowa? sięga do czasu przeszłego. Najbardziej podobne do siebie są może z powodu zamieszania z pseudonimami, bo autor milicyjnych kryminałów Kwaśniewski to jak wiadomo autor anglosaskich kryminałów Joe Alex, który naprawdę był znakomitym tłumaczem Maciejem Słomczyńskim. Najcieplej w mojej pamięci zapisała się ekranizacja tej powieści (też z lat 60.), w której wystąpili wybitni aktorzy, bawiący się swoim występem. Główne role grają Ewa Krzyżewska i Zbigniew Cybulski, czyli niezapomniana para z ?Popiołu i diamentu?, a w rolach drugoplanowych ? same perły, od przedwojennej aktorki Heleny Grossówny po startującą w aktorskie życie Ewę Wiśniewską czy Krzysztofa Kowalewskiego. Już samo czytanie nazwisk w czołówce tego filmu jest przyjemnością. A pomysł na fabułę to historia iście hollywoodzka. Gdyby do tego miała hollywoodzki fundusz i dzięki niemu zrealizowana została mniej przaśnie, byłaby hitem. Swoją drogą żałuję, że w polskim kinie nie ma mody na remake?i. Dzisiaj można by ten film zrobić z prawdziwym wykopem!

Opowieści nieustannie towarzyszy kawałek Rivers of Babylon. Faktycznie prześladował wszystkich w latach 70.?

Wtedy każdy przebój prześladował wszystkich bardziej niż dzisiaj, totalnie jak ustrój. A to dlatego, że dziś przestrzeń medialna pozwala na ucieczkę, a wtedy z tego asortymentu mieliśmy w domu dwa programy telewizyjne, trzy radiowe i ewentualnie jeszcze grę ?chińczyk?. To wtedy, po locie Hermaszewskiego w kosmos, powstał dowcip: „Otwieram radio ? Hermaszewski, otwieram telewizor ? Hermaszewski, boję się otworzyć lodówkę!”

Ale z drugiej strony dziś jest niemożliwa taka sytuacja jak wówczas, gdy ludzie przychodzą do pracy we wtorek i wszyscy dyskutują o poniedziałkowym teatrze telewizji, Czechowie czy innym Szekspirze, ponieważ nie mieli wyboru i obejrzeli go jak jeden mąż. A w pracy coś trzeba robić. Internetu nie ma, to się zajmujemy krytyką teatralną. Był wielki świat, proszę Pani!

Babilon powraca także i w zakończeniu książki, jako Psalm 137, ale jego wymowa jest już inna?

To jest podobny zabieg jak ze wspomnianymi przez Panią tytułami książek. Chciałem pokazać palcem, że te same motywy przeplatają się niekiedy w kulturze niskiej i wysokiej. W tym przypadku od rytmu zabawowego przechodzimy do rytmu wręcz biblijnego, ale to nie jest mój ekstrawagancki wymysł, tylko faktycznie zespół Boney M. śpiewa psalm 137.

Mam nadzieję, że położenie takiego mocnego akcentu wychodzi książce na zdrowie.

Przy tej powieści decyduje się Pan na domknięcie całości, jakby bez szans na kontynuację. Co skłoniło Pana do takiej decyzji?

Pod pseudonimem i pod swoim nazwiskiem napisałem łącznie siedem powieści, z czego cztery są domknięte i zakończone raz na zawsze. Nie przepadam za cyklami. Podoba mi się, gdy historia ma początek i koniec mieszczący się w jednym tomie, mam wrażenie, że wtedy jest bardziej ?o czymś?. Nie tylko dla przyjemności opowiadania, ale dla przyjemności powiedzenia czegoś ? sam to lubię jako czytelnik.

Ale zadając pytanie, ma Pani prawdopodobnie na myśli trzy pierwsze Dominiki, które składają się na trylogię, czyli dwie pozostają otwarte. Z tym, że w moim zamyśle to też była całość, tylko podzielona na trzy części (zresztą pozwalające się czytać osobno). Pierwsza część była o dziewczynie, która goni za ideałem. Druga o tej samej dziewczynie, która ideał dogoniła i on się rozpadł z hukiem. A w trzeciej części ona wskutek tego musiała się pogodzić z rzeczywistością i w niej odkryć zalety. Czyli to była opowieść w odcinkach o straconych złudzeniach, tylko potraktowana żartobliwie i parodystycznie.

Natomiast ?Mniejsza połowa? opowiada historię, którą dalsze jej opowiadanie może tylko zabić. Nic więcej nie mam w niej do dodania. Mogę co najwyżej napisać jakąś inną.

Rozmawiała: Milena Buszkiewicz
fot. archiwum pisarza

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady