banner ad

Nie lubię historii uprawianej na kolanach – wywiad z Maciejem Łubieńskim, autorem książki „Portret rodziny z czasów wielkości”

23 grudnia 2020

O tym, jak długa linia zasłużonych przodków może wpłynąć na życie nastolatka, o rezygnacji z pomnikowego i pełnego namaszczenia podejścia do historii oraz zaskoczeniach podczas zbierania materiału do książki „Portret rodziny z czasów wielkości” rozmawiamy z jej autorem, Maciejem Łubieńskim.

Karolina Chymkowska: Według jakiego klucza wybrał pan ostateczną grupę bohaterów swojej książki? Zgaduję, że znalazłoby się jeszcze wielu kandydatów z rodzinnej historii. Może mógłby pan przybliżyć kilka przykładów, o których warto wspomnieć, chociaż ostatecznie nie znalazły się w książce?

Maciej Łubieński: Nie myślałem o kluczu – chciałem opisać swoich bezpośrednich przodków i wybitne postacie z rodziny. Na pewno na szerokie potraktowanie zasługuje brat mojego dziadka Konstantego – Henryk, przed wojną publicysta konserwatywnej prasy, podczas wojny agent aliancki działający w Algierii, po wojnie dziennikarz Radia Wolna Europa oraz siostra pradziadka Tadeusza – Róża, działaczka społeczna z Krakowa, która opiekowała się ludźmi marginesu. A sięgając jeszcze głębiej w historię, ciekawy z pewnością jest drugi prymas w rodzinie, Władysław Alexander – ten, który koronował Stanisława Augusta Poniatowskiego. I nie dlatego, że był wybitny, wprost przeciwnie – raczej jako dowód na to, że karierę w polityce robią ci niekoniecznie lotni.

Czy fakt, że poprzedza pana tak wyjątkowa linia zasłużonych przodków, był dla pana kiedykolwiek w jakiś sposób obciążający? Czy miał pan wrażenie, że musi się wykazać, „dorosnąć” do nazwiska? Czy wpłynęło to na pański wybór ścieżki zawodowej?

To jest trudne zagadnienie. Ja to obciążenie zacząłem w pewnym momencie odczuwać – jako nastolatek pewnie. Było to takie poczucie, że pewnych rzeczy mi nie wypada, że np. nie mogę pójść na stadion Skry, by sprzedawać jakieś zabawki, co robili moi koledzy. I właśnie nie to, że mi czegoś nie wolno, tylko że nie wypada. Przeciw zakazom łatwo się zbuntować. A z takimi miękkimi oddziaływaniami trudniej walczyć.

W „Portrecie…” przyjął pan bardzo osobisty, ale też ciepły i żartobliwy ton w opisywaniu historii rodziny, tym samym czyniąc swoich przodków bardziej żywymi i autentycznymi. Czy to odzwierciedlenie pańskiej naturalnej postawy?

Ironiczne i żartobliwe podejście to chyba mój naturalny stan ducha. Nie lubię tej historii uprawianej na kolanach, pomnikowej. Ale obca też mi jest postawa wiecznego biczowania się za tę historię i stawiania jej pod pręgierzem. Staram się płynąć pomiędzy perspektywami.

Czy z którymś ze swoich przodków łączy pana szczególna bliskość, coś na kształt duchowego pokrewieństwa?

Ja nie mam poczucia szczególnej więzi z przodkami. To są ludzie z innych światów, a łączyła ich głęboka pobożność – emocja, której jestem pozbawiony. Są dla mnie raczej przedmiotami literacko-historycznej operacji. Podziwiam Feliksa, ministra sprawiedliwości w Księstwie Warszawskim, który wprowadził kodeks Napoleona, a wraz z nim rozwody. Naraził się kościołowi i szlachcie, która broniła starych wyobrażeń o systemie sprawiedliwości. Podziwiam Cecylię, która była przełożoną polskiej prowincji zakonu urszulanek, która lansowała w urszulańskich szkołach Wyspiańskiego i pisała ważne historyczne prace.

Czy dokopał się pan do informacji, która okazała się dla pana zupełnym zaskoczeniem, szokiem, nie spodziewał się pan takiego elementu w historii rodziny?

Jerzy Łubieński, kuzyn mojego dziadka, przedwojenny milioner, który w wieku 13 lat odkrył, że jest homoseksualistą. Jego zmagania z orientacją, a później z matką, która wierzy, że to można zmienić. Przejmująca historia obyczajowa. No i może dramat Jana Nepomucena, brata mojego prapradziadka, który wyemigrował do Australii, gdzie zmarł śmiercią samobójczą. Nie zostało dla niego nic z rodzinnego tortu, musiał szukać swojej drogi, nie mając oparcia w rodzinie. Wybór Australii świadczy o tym, że chciał uciec od tego najdalej jak się da.

Co w całym procesie tworzenia książki, zwłaszcza na etapie zbierania informacji, było dla pana najtrudniejsze i najbardziej wyczerpujące? Czy mierzył się pan z jakimiś przeszkodami?

Wyczerpujące było ciągłe zastanawianie się, „kogo to obchodzi”. Żartuję trochę oczywiście. Najtrudniej było w ogóle się zabrać do pracy. Potem już jakoś poszło.

Czy pośród rodzinnych pamiątek jest jakiś przedmiot, który ma dla pana szczególne znaczenie sentymentalne?

W sumie to tych starych artefaktów prawie nie ma. Odnalazłem stare pióro dziadka i ono mi tak symbolicznie towarzyszyło, czy nawet patronowało przy pisaniu.

Rozmawiała: Karolina Chymkowska
fot. Jakub Celej

Tematy: , , , , ,

Kategoria: wywiady