banner ad

Moje dzieciństwo było zaludnione duchami – wywiad z Maciejem Siembiedą, autorem powieści „Kukły”

18 maja 2021

O harcerskich przymiotach głównego bohatera, realistycznym spojrzeniu na ekranizację powieści i odkrywaniu zagadek historycznych rozmawiamy z Maciejem Siembiedą, który niedawno nakładem Wydawnictwa Agora opublikował „Kukły”, najnowszą książkę z serii o prokuratorze Jakubie Kani.

Karolina Chymkowska: Piękny, młody i na początku swojej drogi – takiego Jakuba Kanię spotykamy w „Kukłach”. Mocno się zmienił od tego czasu? Stracił trochę złudzeń po drodze?

Maciej Siembieda: Aż do „Wotum” – powieści zaczepionej w najświeższych realiach prywatnego życia Jakuba Kani, pozbywanie się złudzeń idzie mu powoli. Ale nie dlatego, że to człowiek ograniczony. Wręcz odwrotnie. Jego przyzwoitość generuje olbrzymi idealizm, a idealizm mocno przeszkadza w życiu, w którym potrzeba chłodu, twardości i dystansu. Kuba to taki facet, który bez wahania daje dychę zaniedbanemu mężczyźnie na ulicy, proszącemu o parę złotych na jedzenie. Ktoś przechodzący obok powie w tym momencie: „Frajerze, on te pieniądze przepije”. Rzecz w tym, że Kuba dopuszcza taką opcję, mimo to pomaga potrzebującemu, bez względu na źródło jego potrzeb. Frajerstwo świadome przestaje być frajerstwem.

Wątek goni wątek, akcja pędzi, sekretów i zwrotów akcji też nie brakuje… Czy wyobraża pan sobie czasem podczas pisania, jak by to wyglądało na dużym ekranie? Kogo by pan obsadził w głównych rolach i komu powierzył reżyserię? Zakładając, że nie ma żadnych ograniczeń.

Oczywiście miło bujać w obłokach, ale z wiekiem człowiek dochodzi do przekonania, że nawet marzenia powinny mieć jakąś asekurację. Stwierdzenia „przecież to gotowy scenariusz”, „ta historia koniecznie powinna zostać sfilmowana”, „ależ to idealny materiał na sześcioodcinkowy serial” słyszę tak często, że już mi się kąciki ust odkształciły od uprzejmego uśmiechu. Tylko że te, skądinąd przemiłe, opinie mają się nijak do realiów ekranizacji. Dziś prawda nie znajduje się w marzeniach i potwierdzających je opiniach, ale w Excelu. Adaptacja filmowa to bardzo duże pieniądze, a bardzo duże pieniądze to bardzo duże ryzyko z bardzo dużą niewiadomą, czy widownia zrefunduje koszty, o zysku nie wspominając. Ten proces ma swoje algorytmy. Ekranizuje się autorów, którzy sprzedają takie liczby książek, że ich popularność daje gwarancję powodzenia. Półka w Empiku versus ekran w kinie, telewizorze lub tablecie. I to jest absolutnie zrozumiałe. Gdybym ja miał wyłożyć dziesięć milionów na serial, robiłbym dokładnie to samo. Wiara w to, że poważny producent lub reżyser, który zna poważnego producenta, przeczyta i się zachwyci, jest – delikatnie rzecz ujmując – romantyczna. Oczywiście mam propozycje. Satelici krążący na orbicie świata filmów dzwonią pogadać. „Super historia, ale potrzeba za dużo kostiumów”. „Przeczytałem 'Kukły', ale nakręcić te sceny powodziowe, ho, ho, będzie ciężko”. W gruncie rzeczy miłe są te rozmowy, ale póki co to tylko ja mam z nich filmową rozrywkę. Podsumowując: decydują pieniądze i tworzone przez nie reguły, a nie zachwyty, impulsy, dojścia i znajomości. Koleguję się z kilkoma reżyserami, co nic nie znaczy. Ba! Moje wydawnictwo jest znaczącym producentem filmowym. Oczywiście ekranizacja jest i będzie największym marzeniem. Ale ciągle nie wiem, jaki emotikon postawić na końcu tego zdania: uchachaną buźkę, taką, co puszcza oczko, czy taką z ustami wygiętymi w podkówkę.

Jedną z ciekawszych postaci jest tu bez wątpienia babka, czy też raczej starka Jakuba Kani. Tajemnicza postać, kompleksowa. Twarda jak stal, chłodna, ale kierowana stuprocentową rodzinną lojalnością. Ma swój odpowiednik (czy też kilka odpowiedników) w rzeczywistości?

Taka była babka Julia ze strony mamy. Nie pamiętam, żeby mówiło się o niej babcia. Nie mogę zdradzić więcej szczegółów, dlatego że starka Kuby będzie miała identyczny finisz życia i umrze dokładnie tak jak moja. To było wiele lat temu, ale cała rodzina podziwia ją za godność, z jaką odeszła.

Prawda jest tak niesamowita, że mogłaby być fikcją – i odwrotnie. Nauka jest tak niezwykła, że mogłaby być magią (i odwrotnie). Jest pan sceptykiem czy entuzjastą w odniesieniu do spraw paranormalnych i niewyjaśnionych?

Babka Julia urodziła się w Bostowie u stóp Gór Świętokrzyskich. W jej życiu wydarzyło się wiele niewytłumaczalnych incydentów, a sąsiedzi mieli wobec niej pewien lękliwy respekt. Moje dzieciństwo (nie mówiąc o genach) było zaludnione duchami, pełne wierzeń i nasycone szacunkiem do niewytłumaczalnych rzeczy i zjawisk. Są mi bardzo bliskie.

Który element książki okazał się dla pana najtrudniejszy podczas zbierania informacji i przeszukiwania źródeł? Natknął się pan na coś, co pana zaskoczyło? A może pojawił się zalążek nowej opowieści na przyszłość?

Trudno było się przegryźć przez historię odkrycia dokonanego w krypcie kościoła w Kamieniu Odrzańskim. Przypominam: nazwa wsi zmyślona, odkrycie nie. Przyjechałem tam za późno. Wszystko było już ukryte, krypta zamurowana, ludzie wytrenowani, co mają mówić. Udało mi się dotrzeć do prawdy ujawnionej przez tych niewytrenowanych, ale do końca życia będę żałował, że nie dane mi było zajrzeć do trumien. Co do drugiego pytania: nie, nie pojawił się zalążek, choć czasami się pojawia. Może dlatego, że parę „zalążków” przygód pana Kani czeka w lodówce.

Odnosząc się na chwilę do harcerskiej przeszłości Jakuba Kani – pana zdaniem wciąż ma on w sobie coś z harcerza? Może trochę „niedzisiejszego”?

Pewnie, że ma. Harcerz, harcerzyk to rzeczowniki podmalowane drwiną, ale w harcerstwie jest wiele dobrego, co warto w sobie pielęgnować bez względu na wiek. Ze szlachetnych nawyków czy zasad się nie wyrasta. Kuba w ogóle jest zaprzeczeniem wszelkich uogólnień, tych harcerskich też. On wie, że bycie harcerzem wcale nie oznacza konieczności latania w podkolanówkach i śpiewania o płonącym ognisku, szumiących kniejach i rycerstwie spod kresowych stanic.

W „Kukłach” obserwujemy nieco z boku relację Jakuba z jego wycofanym, pogrążonym w głębokim stresie ojcem, jednak o swoich emocjach Kania mówi niewiele. Jak sytuacja ojca na niego wpłynęła? Co było dla niego najbardziej bolesne i jak się z tym ostatecznie rozliczył?

Pełna odpowiedź na wszystkie te pytania jest w „Wotum”, dlatego nie mogę jej teraz udzielić, bo byłby to spojler.

Pamięta pan pierwszą zagadkę historyczną, z którą miał pan styczność? Co pana w niej zafascynowało?

Jedną z pierwszych była historia Mikolina nad Odrą. Według przewodnika po Śląsku podczas forsowania rzeki w styczniu 1945 roku zginęło 43 tysiące żołnierzy Armii Czerwonej. Do dziś w tym miejscu stoi jeden z największych pomników II wojny światowej. Co mnie w tym zafascynowało? Rozmiar cmentarza. Pomyślałem sobie: ale olbrzymi teren musi zajmować miejsce pochówku czterdziestu trzech tysięcy ludzi. Muszę to zobaczyć. Pojechałem. Jeździłem po okolicy parę dni, zataczając coraz większe kręgi, ale cmentarza nie znalazłem. Mało tego: nikt o nim nie słyszał. Tak zaczęło się wielomiesięczne śledztwo, podczas którego kilka razy zbierałem szczękę z podłogi, jak to mówi młodzież. Przeżyłem to na przykład, kiedy uświadomiłem sobie, że raczej nie było zdobycia Berlina, bo wszyscy żołnierze Pierwszego Frontu Ukraińskiego polegli lub zostali ranni pod Mikolinem. W efekcie dochodzenia, badania archiwów niemieckich i radzieckich, okazało się, że pod Mikolinem zginęło – w czarnym scenariuszu – szesnastu ludzi. W białym scenariuszu nie zginął nikt. Ktoś wymyślił legendę, żebyśmy byli wdzięczni Związkowi Radzieckiemu, bo takie było zamówienie polityczne.

W jakie rejony historyczne planuje pan w przyszłości wysłać swojego bohatera? Jaki okres w historii Polski pana intryguje, a nie miał pan jeszcze okazji bliżej mu się przyjrzeć w swojej twórczości?

Następna książka z Jakubem Kanią to znów Śląsk i znów Opolszczyzna. Plan współczesny i starszy – o kilka stuleci.

Gdyby miał pan całkowicie wyjść ze swojej strefy komfortu i napisać coś skrajnie odmiennego gatunkowo od dotychczasowych powieści, w stronę jakiego gatunku by się pan zwrócił? Czy jest jakiś szczególny autor, którego twórczością by się pan wówczas inspirował?

Chętnie napisałbym powieść satyryczną. Bardzo współczesną. Bardzo złośliwą. Bez inspiracji. Nie lubię literackich benchmarków.

Rozmawiała: Karolina Chymkowska
fot. archiwum Macieja Siembiedy

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady