banner ad

Mój czarny charakter robi straszne rzeczy, ale w ogóle mnie nie zdziwi, jeśli czytelnicy będą z nim sympatyzowali – wywiad z Mariuszem Czubajem

28 września 2020

Mariusz Czubaj zamyka serię o Rudolfie Heinzu. Trzynaście lat spędzonych z jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w polskim kryminale dobiega właśnie końca. „Cios kończący” to efektowne pożegnanie. I o nim właśnie rozmawiamy z autorem.

Bartek Zdunek: Kiedyś powiedział pan, że gdy przyjdzie pożegnać się z Rudolfem Heinzem, zrobi pan to szybko i dobrze. W ten sposób myśli pan o „Ciosie kończącym”?

Mariusz Czubaj: Wie pan, jak brzmi teraz największy komplement wychodzący spod klawiatury domorosłych recenzentów? „Książkę czyta się jednym tchem”. No to jeśli ktoś tak napisze, znaczyć to będzie, że pożegnałem się z Heinzem szybko i dobrze. A poza tym: jak na moje standardy fabularne – dzieje się i akcja posuwa się wartko, książka do grubych nie należy… Czyli jest szybko i dobrze.

Czytelnicy na pewno będą tęsknić za Heinzem. Czy autorowi równie trudno rozstaje się z postacią po trzynastu latach związku?

Trzynaście lat to szmat czasu. Związki znanych pisarek i pisarzy trwały znacznie krócej. Jeśli zatęsknię za Heinzem, wyślę mu dobrą wódkę. Albo wymyślę coś innego.

Pozostanie pan przy kryminale, czy teraz czas na Wielką Polską Powieść?

Zwrócę uprzejmie uwagę, że sześć powieści w cyklu to nie tylko sześciopak, ale też Podwójna Trylogia, a przecież trylogia to miara uświęcona w polskim powieściopisarstwie. Więc na Wielką Polską Powieść nie napinam się specjalnie. Aha, i szanuję ironię zawartą w pytaniu!

Nikogo nie obchodziła – mówi Heinz o Justynie Słowik, ofierze wokół której toczy się śledztwo. Przeciętna dziewczyna, pracownica banku, szamocząca się z życiem. Od czasu do czasu śmierć takiej osoby wywołuje ogromne poruszenie. Wystarczy wspomnieć chociażby sprawę Ewy Tylman. Jak pan myśli, skąd bierze się ten fenomen?

Najczęściej szczególne poruszenie następuje wtedy, gdy w zło wprzęgnięte są mechanizmy całych instytucji: tak było ze śmiercią Igora Stachowiaka na komisariacie we Wrocławiu, z George’em Floydem w Stanach, podobnie jest z przypadkami pedofilii tuszowanymi przez Kościół. To porusza, bo widzimy ogrom nieszczęść i walkę o sprawiedliwość, którą się prowadzi z ogromną machiną państwową, policyjną, kościelną itp. Ale czasem zdarzają się inne przypadki i sądzę, że rola współczesnych mediów, dynamika przekazu informacji, pewna sensacyjność też tutaj decydują. Mówimy jednak o sytuacjach wykraczających poza świat fabularny i ze względu na pamięć o zmarłych należy zachować tu delikatność w formułowaniu opinii.

Morderca wymierzający innym, w swoim mniemaniu jeszcze gorszym przestępcom, sprawiedliwość to motyw znany chociażby z filmu „Siedem” Davida Finchera. Jak pan wymyślił Kurza? Czy był jakiś pierwowzór?

Nie, pierwowzoru nie było. Ale niewątpliwie chciałem stworzyć postać, która nie będzie jednoznaczna. Mój czarny charakter robi straszne rzeczy, ale w ogóle mnie nie zdziwi, jeśli czytelnicy będą choć trochę z nim sympatyzowali. A może nawet więcej niż trochę.

Czy zna pan przypadki polskich Mścicieli-Zawodowców podobnych do Kurza?

Raczej takich przypadków nie mieliśmy. Przynajmniej nikt nie przychodzi mi do głowy. Aby być kimś takim, trzeba mieć jednak tzw. warsztat, a więc określone umiejętności, dyspozycje i możliwości. W realnym życiu trudno o takie postaci.

Górny Śląsk, na którym głownie toczy się akcja pana powieści, jest – trzeba przyznać – bardzo wdzięcznym tłem dla mrocznego kryminału. Ma pan jakieś związki z tym rejonem?

Rodzinnie rzecz ujmując, jestem parszywym żywiołem podlasko-mazowiecko-kujawskim, więc gdzież mi do Śląska zarówno Górnego, jak i Dolnego? Dlatego jest dla mnie ogromną satysfakcją, gdy, od czasu do czasu, jakaś Górnoślązaczka lub jakiś Górnoślązak powie mi: „pan to pisze jakby był nasz”. Może przejdę więc do historii literatury jako „Gustaw Morcinek polskiego kryminału”, kto wie?

Nieco drwi pan z wielkomiejskiego styl życia. Hipsterzy, pryszczata młodzież zakochana w rapie, pracownicy korporacji – to nie są przyjaciele Heinza. Dlaczego?

A bo nie lubię tych pięciosekundowych mód, tych ekscytacji, wzmożoności, podniecenia, lansowania się, pozowania. No i tego pseudomistycyzmu korporacyjnego rodem z Paulo Coelho, mindfulnessów, coachingu też nie trawię.

Pisze pan, że „narodowcy są jeszcze gorsi od raperów”. W książce reprezentuje ich sanitariusz Bułka, kochanek Justyny Słowik. Myśli pan, że do nich należy przyszłość?

Polska brunatnieje. Jeszcze bardziej od tych hipsterów nie cierpię tych łysych zakutych łbów prężących swe nacjonalistyczne, pożałowania godne muskułki w rozwrzeszczanym stadzie. Gdyby przyszło co do czego – a prędzej czy później przyjdzie, bo w tej sytej, zgnuśniałej Europie zbyt długo nie było wojny – to ci dziarscy chłopcy spieprzą najdalej, gdzie się da, jako pierwsi. Jestem pewien.

I czy naprawdę rap jest aż tak zły? (śmiech)

Oczywiście. Poza wyjątkami.

„Świat zbudowany jest z pustki. Z pustki, kraterów, kraterów, wrogich pułapek i przepaści. Próbujemy je pokonać, zaradzić im i je zasypać, niekiedy robimy to z sensem, a niekiedy nie. Każdy pracuje na własny rachunek. Kurz postanowił zmierzyć się z tym po swojemu. Inaczej nie umiał”. Dopiero czytając ten fragment skojarzyłem nazwisko Kurza ze słynnym pułkownikiem Kurtzem z „Jądra ciemności”. To jest pana hołd złożony Josephowi Conradowi?

Cieszę się, że pan dostrzegł pewne iunctim między Kurzem a Kurtzem. W ten sposób wyszedł pan z kręgu „literalizmu”, o którym ostatnio głośno za sprawą naszej noblistki. A mówiąc poważnie: kryminał, jak każda literatura (przy czym nie każda powieść jest literaturą), ma swoje różne poziomy znaczeń, odwołań i odczytań. Warstwa symboliczna jest w „Ciosie kończącym” w istocie dość znacząca. Zaczyna się wszystko od pustego fotela na biegunach, który widnieje na okładce. A Conrad był geniuszem.

Czerń w oczach mordercy, pusty wzrok zamordowanych. Ta makabrycznie dopełniająca się metaforyka, przyznam, mrozi krew w żyłach. W posłowiu zwraca pan uwagę, żeby o niej nie zapominać. Mógłby pan rozwinąć tą myśl?

Chyba nie umiem. Tak jak to brzmi, brzmi dobrze. Nie psujmy tego dopowiedzeniami.

W tym samym posłowiu pisze pan, że najważniejszy w pisaniu jest ton, sound podobny do tego, którego poszukujemy w muzyce, dzięki któremu kochamy i podziwiamy ulubionych wykonawców. Jaki sound ma Mariusz Czubaj? Spróbowałby pan go opisać?

Niski, ciemny, zawiesisty, chropowaty, nie bojący się „fałszywych” tonów, a raczej traktujący je jako pełnoprawną składową stylu. Słowem: paździerz. I ten paździerz służy niespiesznemu rozwijaniu opowieści.

A jak odpowiedziałby pan na to fundamentalne pytanie: Gibson czy Fender?

Niezorientowanym wyjaśnijmy, że mówimy o markach gitar. Heinz gra na Gibsonie. Więc Gibson. Bo daje ciepło.

Czy jest według pana autor kryminałów, który przekracza bądź rozsadza formułę gatunku i tworzy pełnoprawną literaturę piękną?

Och, mnóstwo było takich, od Raymonda Chandlera – ojca „czarnego kryminału” poczynając. Ale wspomnę pisarza mniej znanego – Johna D. Macdonalda (nie mylić z Rossem Macdonaldem, też świetnym autorem), którym zachwycał się m.in. Kurt Vonnegut, a więc pisarz też zakręcony gatunkowo na maksa, zakręcony w ogóle i genialny.

Sanitariusz, bankowiec, ksiądz i brat – to głowni podejrzani o zamordowanie Justyny Słowik. Stanowią symboliczny czworokąt ról społecznych – o czym zresztą wprost mówi pański bohater – reprezentujący kolejno władzę, pieniądze, zbawienie i rodzinę. Czy dziś w którejkolwiek z tych instytucji potrafimy jeszcze znaleźć oparcie?

Szukajmy oparcia w sobie. Na sobie samym trudno się przejechać. A potem w innych ludziach. Ale nie w instytucjach. Twórzmy małe ruchy oporu względem nich. Tyle o tym. Słaby jestem w wygłaszaniu życiowych mądrości. Wybaczcie państwo.

Rozmawiał: Bartek Zdunek
fot. Jakub Celej

Tagi: , , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady