banner ad

Literatura burzy mury obronne, którymi się otaczamy – wywiad z Dorit Rabinyan, autorką „Żywopłotu”

8 września 2016

wywiad-dorit-rabinyan-1
„Żywopłot” to najgłośniejsza izraelska powieść ostatnich lat. Historia zakazanej miłości Żydówki z Tel Awiwu i Araba z Hebronu stała się powodem społeczno-politycznego skandalu, dzięki czemu zyskała czytelników na całym świecie. Jej autorka Dorit Rabinyan opowiada o żydowskiej tożsamości, kanonie izraelskich lektur i tworzeniu na poły autobiograficznych powieści.

Milena Buszkiewicz: Napisałaś powieść o miłości dwojga ludzi, Izraelki i Palestyńczyka, a stała się ona powodem politycznej walki. Jak do tego w ogóle doszło?

Dorit Rabinyan: Pisałam tę książkę sześć lat i nigdy, przenigdy nie wyobrażałam sobie, że to moje dzieło sztuki, dzieło literackie, w którym chciałam wyrazić siebie i swoją tożsamość, stanie się tematem artykułów w prasie, pojawi się na pierwszych stronach gazet, że będzie o nim mowa we wszystkich mediach, będzie tematem dyskusji i debat w telewizji, także w parlamencie, że odbije się tak szerokim echem i stanie się przyczyną takiego skandalu. Skończyło się to tak, że o „Żywopłocie” mówiono w 47 krajach na świecie. A przecież dzieło literackie to rzecz bardzo intymna, więc całe to echo jest przeciwieństwem mojej codziennej pracy. Poprzez opis historii miłosnej chciałam sportretować siebie jako Izraelkę.

Jak czujesz się z tym, że jako pisarka i artystka, nagle stałaś się członkiem debaty politycznej, której wcale nie chciałaś wywołać?

Masz rację, wcale nie chciałam wywoływać tego szumu, ale przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że kiedy mieszka się w Izraelu, to tak naprawdę jest się uwikłanym w problemy polityczne właściwie od dnia narodzin. Nie sposób tego uniknąć. Natomiast jako artystka chciałam zgłębić to, w jaki sposób kwestie polityczne wpływają na życie jednostki. Moja powieść rozgrywa się w Nowym Jorku, dwa oceany od ojczyzny, ale dzięki temu bohaterka patrzy na Izrael i Bliski Wschód przez swego rodzaju teleskop. Wszystko, co tam się dzieje, widzi z dystansu. Gdyby była w Izraelu, nigdy nie spojrzałaby na te same problemy w nowy sposób. Bardzo zależało mi na ukazaniu właśnie tego.

To nie był jedyny powód, dla którego umieściłaś bohaterów w Nowym Jorku?

Nigdy nie zamierzałam napisać tej książki, to raczej ta historia chodziła za mną i w końcu mnie doścignęła. To zabawne. Musiałam umieścić akcję w Nowym Jorku, ponieważ powieść jest oparta na prawdziwej historii, na zdarzeniach, które mnie spotkały. Ja też poznałam palestyńskiego mężczyznę w Nowym Jorku i przeżyłam z nim romans. Jednak po pierwsze, gdyby nie Nowy Jork, to pewnie moi bohaterowie w ogóle nie mogliby się spotkać, fizycznie byłoby to niemożliwe. To miasto i oddalenie pozwoliło im na spotkanie i doświadczenie siebie nawzajem. Tak jak ja doświadczyłam tego w moim życiu w intymny, prawdziwy sposób, pozbywając się wszelkich stereotypów i mrocznego spojrzenia, jakim patrzą na siebie Palestyńczycy i Izraelczycy. Więc to eksterytorium pozwoliło im się w ogóle spotkać, a po drugie Nowy Jork dał im wolność, ta ziemia otworzyła się przed nimi i pozwoliła im poznawać i doceniać siebie jako ludzkie jednostki, a nie przedstawicieli tej czy innej społeczności.

wywiad-dorit-rabinyan-2

W „Żywopłocie” pojawiają się wątki autobiograficzne. Na przykład postać Hilmiego wzorowana jest na twoim przyjacielu, palestyńskim artyście, który utonął w 2003 roku. Ile z prawdziwego Hassana jest w Hilmim, bohaterze powieści? Jak dużo faktów znajduje się w twojej książce?

Kiedy pisałam tę książkę, często miałam poczucie, że moja muza, człowiek, który był inspiracją do napisania powieści, czyli Hassan Hourani, siedział obok mnie, przyglądał się mojej pracy, czasami dawał mi rady albo mówił „no nie, ten Hilmi, którego stworzyłaś, jest zbyt kobiecy, ja przecież jestem arabskim facetem, jeżeli on ma być podobny do mnie, musisz go trochę zmienić, za dużo w nim jest ciebie”. Rzeczywiście to Hassan był moją muzą, motywował mnie do tego, by po jego śmierci podtrzymać pamięć o nim, ale nie można powiedzieć, że Hilmi to Hassan. Kiedy jest się powieściopisarzem, nie można pozwolić na to, by nasza inspiracja za bardzo nas opanowała, bo wtedy będziemy chcieli przedstawić ją jako postać piękną, nieskazitelnie dobrą. Tymczasem kiedy opisujemy prawdziwych ludzi, to chcemy przedstawić postaci z krwi i kości, nie mamy samych jasnych i wspaniałych stron, mamy swoje ciemne oblicza, czasami jesteśmy irytujący. Musiałam pozwolić odejść Hassanowi, żeby móc stworzyć Hilmiego. Jest też tak, że ponad tym wszystkim w naturze pisarza leży dążenie do tego, by postać miała jego DNA. Dzięki temu, znając ją niejako na pamięć, potrafi sportretować tę postać tak, by czytelnicy mogli się z nią utożsamić.

Liata i Hilmi nie są z pewnością mną i Hassanem, są to postaci niezależne, może nawet lepsze od nas samych, lepsze pod tym względem, że dużo bardziej poważnie i dramatycznie podchodzą do tego, co dzieje się między nimi. Tak jak to postaci literackie bardzo głęboko myślą o swoim związku, o tym, co się dzieje. My nie zagłębialiśmy się w to tak mocno, bo było to po prostu życie. Życiem się człowiek delektuje, cieszy się nim, doświadcza go, na co dzień nie analizuje się tego wszystkiego, co nas spotyka. Postaci literackie walczą z życiem w dużo bardziej dramatyczny sposób, co pozwala na to, by czytelnik zawiesił swoje życie, by móc zagłębić się w świat powieści.

Powiedziałaś, że w Nowym Jorku twoi bohaterowie odnaleźli wolność, ale z innej strony jako imigranci byli prześladowani, Liata była posądzona o terroryzm. Jak patrzysz na ten problem?

To, że byli oni imigrantami czy obcymi w sensie politycznym, nie miało tak wielkiego znaczenia, myślę, że większy problem stanowiła ich obcość postrzegana fizycznie, także w sensie klimatu, w jakim się znaleźli. Oboje planują powrót do swoich domów i do ojczyzny nie dlatego, że tak naprawdę chcą to zrobić, ale dlatego, że fizycznie nie potrafią być częścią tego nowego świata. Myślę, że to sroga, mroźna zima ma tutaj ogromny wpływ także na decyzję Liat, gdyby to było lato, gdyby ona nie musiała walczyć z surowym klimatem, to może byłaby bardziej odważna, może potrafiłaby wyobrazić sobie związek z arabskim mężczyzną. Przez to, że umieściłam historię w groźnych warunkach pogodowych, dla ludzi z Bliskiego Wchodu zupełnie nieznanych, bohaterce dużo trudniej było rozważać wizję związku na dłuższy czas. Tak jakby zima sprawiła, że dysharmonia w ich związku stała się bardziej zauważalna.

Czyli gdyby było lato, to związek Żydówki z Tel Awiwu z Arabem z Hebronu byłby możliwy? Czy te dwa światy naprawdę mogłyby wspólnie istnieć?

To bardzo poważne pytanie i tak naprawdę każda para musi na nie odpowiedzieć samodzielnie. Nie czuję się upoważniona, żeby na to pytanie odpowiadać w imieniu jakiejkolwiek pary, ale tym, co ja wybrałam, było przyjrzenie się niemożności bycia razem poprzez przyjrzenie się temu, jak bardzo jesteśmy ukształtowani przez nasze lęki i przez siły, które w nas te lęki wytworzyły, jak bardzo jesteśmy ograniczeni przez ramy naszej tożsamości, przez nakazy i zakazy, to kim wolno być, a kim nie wolno. Chciałam pokazać te ograniczenia ludzkiego ducha i to, w jaki sposób wiążą się one bardzo mocno z miejscami, z których pochodzimy.

wywiad-dorit-rabinyan-3

Ale czy połączenie Żydówki i Araba zawsze byłoby związkiem wyklętym?

Sądzę, że problemem jest coś zakorzenionego w żydowskim DNA i nie sposób o tym zapomnieć. Nawet teraz, gdy chodzę ulicami Warszawy, intensywnie myślę o głęboko zakorzenionym poczuciu izolacji. Przez tysiące lat, kiedy Żydzi żyli w diasporze, nie mieli swojego kraju, gdziekolwiek byli, czy w Europie, czy w Ameryce, zawsze trzymali się razem, nigdy nie asymilowali się ze społeczeństwem, w którym żyli, zachowywali swoją religię, zawierali śluby tylko wewnątrz swojej społeczności. Trwało to wiele lat, przez tyle pokoleń, że zdążyło się już w nas bardzo zakorzenić, w owym DNA, i kiedy Liat wspomina Hilmiego w Nowym Jorku, to może myśli o sobie, że jest wolnym duchem, wyzwoloną, nowoczesną kobietą, ale w niej także bardzo głęboko to tkwi. Przeświadczenie, że narusza ona podstawową zasadę, czyli że Żydzi powinni trzymać się razem, wywołuje w niej poczucie winy. Myślę, że to poczucie winy to ważny czynnik, który popycha i napędza dramatyzm opowiedzianej przeze mnie historii. Hilmi jest jednak w zupełnie innej sytuacji, po pierwsze jest mężczyzną, po drugie – artystą i jest w nim więcej wewnętrznej swobody. Ale przede wszystkim jest muzułmańskim mężczyzną, a w Islamie dużo łatwiej przychodzi mieszanie się, przyjmowanie przybyszów z zewnątrz, więc dla niego sytuacja, w której się znalazł, jest dużo bardziej naturalna, tymczasem dla nas, po tych wszystkich latach diaspory, gdy mamy już swoje państwo, potrzeba ciągłości narodu żydowskiego jest bardzo silna. Doświadczają tego w Izraelu i mężczyźni, i kobiety, młodzi i starzy. Być może brzmi to absurdalnie, zbyt patetycznie, ale to zjawisko było nieświadomie przekazywane z pokolenia na pokolenie i ono nadal istnieje.

Nie mogę powstrzymać się, by nie rozwinąć jeszcze tego tematu. Kiedy izraelskie ministerstwo edukacji wykreśliło czy zakazało dodania mojej książki do listy lektur, to w jakiś sposób wykorzystało i wykorzystuje przez cały czas uczucia zakorzenione w młodych ludziach, potrzebę zachowania ciągłości narodu żydowskiego, przeistacza tym samym tkwiący głęboko patriotyzm w nacjonalizm i wykorzystuje go dla swoich ambicji politycznych. W ten sposób rządzący przekształcają lęk w rasizm, bo to jest właśnie ciemna strona lojalności – agresja.

Uściślijmy: twoja książka została wykreślona z listy lektur czy do niej niedopuszczona?

W Izraelu są dwie komisje, które zatwierdzają lektury. Pierwsza z komisji, artystyczna, zaleciła dodanie mojej książki do listy lektur, podając konkretne powody, dla której jej zdaniem powieść powinna zająć tam miejsce, np. możliwość poszerzenia perspektywy młodych ludzi, możliwość utożsamienia się z bohaterami i spojrzenia na konflikt w nowy sposób, także możliwość zobaczenia Izraela z nowej perspektywy, innej niż prezentowana w mediach czy debacie politycznej. Wtedy na scenę weszła druga komisja, polityczna, powołana przez prawicowego ministra edukacji, i przygotowała raport wyjaśniający, dlaczego absolutnie moja powieść na liście lektur nie powinna się znaleźć. Komisja artystyczna odwołała się od tej decyzji, znowu argumentując, dlaczego książka powinna być przedmiotem rozmów w szkole. Wtedy sprawa trafiła do mediów i zostały upublicznione argumenty komisji politycznej.

Często słyszę takie zdanie, że powinnam wysłać kwiaty panu ministrowi, Naftalemu Bennettowi, za to, że dzięki skandalowi książka stała się tak popularna, znana na całym świecie. Nie zrobiłabym tego, pewnie nawet nie uścisnęłabym mu ręki. Czytałam raport tej komisji, podpisany przez konkretną kobietę, która go sporządziła. Wydał mi się niezwykle interesujący, była to bardzo ciekawa analiza polityczna uzasadniająca, dlaczego publikacja nie powinna być lekturą. Powody, które ta osoba tam przedstawiła, były próbą racjonalizacji płynących z niej lęków, osobistych doświadczeń po przeczytaniu tej powieści. Mam poczucie, że jako kobieta religijna, niezwykle konserwatywna tak bardzo utożsamiła się z bohaterką mojej książki, że poczuła niebezpieczeństwo. Być może sama zakochała się w tym arabskim mężczyźnie i przeraziła się, że teraz młode izraelskie dziewczyny, które przeczytają książkę, też się zakochają w tej postaci i będą tłumnie wyruszały na drugi brzeg, by znaleźć sobie pięknego, charyzmatycznego kochanka. Z jednej strony wydaje mi się to bardzo zabawne, ale z innej, intelektualnie całkiem interesujące. To właśnie moc i potęga literatury. Nieświadomie, poprzez magię utożsamiania się z postacią literatura czasami burzy mury obronne, którymi się otaczamy.

Żeby w Polsce trafić na listę licealnych lektur, trzeba być nobliwym autorem, najlepiej już nieżyjącym, a twoje dwie książki na taką listę już trafiły. Co musiałaś zrobić, aby znaleźć się w kanonie lektur?

W tym momencie jestem zmuszona trochę się pochwalić! Przez wiele lat w literaturze izraelskiej podkreślano tylko jeden aspekt życia w Izraelu ? korzenie, wagę pochodzenia z Europy Wschodniej, przedstawiane jako doświadczenie wszystkich obywateli, gdy tymczasem połowa społeczeństwa to ludzie wywodzący się w Afryki Północnej, Azji, z krajów muzułmańskich i w moich dwóch poprzednich książkach pisałam o tym aspekcie. Pokazałam doświadczenie Żydów, którzy przyjechali do Izraela z Iranu, bo sama posiadam takie korzenie. Bohaterka pierwszej powieści, którą napisałam, była oparta na postaci mojej babci ? w książce przedstawiłam dwa dni z jej życia jako jedenastolatki. Druga książka to także historia Żydów, którzy z Iranu przybywają do małego izraelskiego miasteczka, ale opisuję w niej losy ich dwóch córek, które tutaj dorastają. Dzięki tym książkom pokazałam życie w Izraelu z nowej perspektywy. Zresztą nie tylko ja, także kilku moich starszych kolegów podjęło ten temat. Kiedy wydawałam te powieści, byłam młodą kobietą, więc ten żeński głos został bardzo doceniony, za co jestem niezwykle wdzięczna. Oznacza to również, że jako społeczeństwo byliśmy gotowi na tę wielogłosowość i różne spojrzenia w literaturze.

Jeszcze na koniec chciałam powiedzieć, że kiedy wybierałam się do Warszawy, jedna z moich przyjaciółek wymyśliła, że można by zrobić takie reality show, gdzie nawzajem udawalibyśmy się do miejsc, które są korzeniami drugiej osoby, czyli na przykład ja wybieram się do Warszawy, skąd pochodzi rodzina mojej przyjaciółki, a ona jedzie do Teheranu, Iranu, skąd ja pochodzę. Byłaby to bardzo ciekawa wymiana doświadczeń i wędrując po ulicach Warszawy, mam poczucie, że nie jest to tylko miasto, które znam z mapy i lekcji historii, ale że przeżywam intymne doświadczenia zapożyczania wspomnień i korzeni od moich najbliższych izraelskich przyjaciół.

Rozmawiała: Milena Buszkiewicz
fot. Ilya Melnikov, Iris Nesher

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady