banner ad

Fantasy bez elfów, krasnoludów i potężnych czarowników – wywiad z Andrzejem Pilipiukiem o „Przetainie”

13 lipca 2022

Niedawno na księgarskie półki trafiła najnowsza książka Andrzeja Pilipiuka, „Przetaina”. To pierwsze zmierzenie się popularnego Wielkiego Grafomana, twórcy przygód Jakuba Wędrowycza i cyklu „Oko Jelenia”, z historią stricte fantasy. Skąd zwrot ku temu gatunkowi? Na to i inne pytania znajdziecie odpowiedź w poniższym wywiadzie.

Jan Sławiński: Pana najnowsza książka, „Przetaina”, reklamowana jest przez wydawcę jako „pierwsza powieść fantasy Andrzeja Pilipiuka”. Ile jest w tym prawdy?

Andrzej Pilipiuk: Cała prawda. Fantasy jako gatunek nigdy mi nie leżała. Nie lubiłem tego czytać, nie myślałem o tym, by pisać w podobnych klimatach. Wcześniej tylko raz napisałem opowiadanie fantasy – „Błękitny trąd”. Odrobinę podobne w klimatach jest opowiadanie „Bunt szewców” – ale traktować je trzeba jednak jako twarde SF.

Od kilku lat chodziła mi po głowie pewna historia, wreszcie siadłem i napisałem. Czemu fantasy? Po prostu wymyślona opowieść nie dawała się osadzić w żadnej rzeczywistości historycznej – musiałem zbudować własne dekoracje.

„Przetaina” opiera się na schemacie zaczerpniętym z klasycznego fantasy (drużyna bohaterów wyrusza w niebezpieczną podróż), jednak trudno w niej szukać wielu elementów charakterystycznych dla „tolkienowskiego” podejścia do tematu. Sam świat można chyba określić jako „postapokaliptyczny”, ale i w tym przypadku nie mamy do czynienia z jałową pustynią i niedobitkami ludzkości. Skąd pomysł na wykreowanie takiej rzeczywistości, która miesza różne estetyki i stanowi pewnego rodzaju odejście od pewnych gatunkowych wyobrażeń?

Przede wszystkim nie lubię sztywnego trzymania się konwencji, powielania światów i schematów klasycznych dla różnych podgatunków. Szukam raczej własnych dróg. Dlatego nie ma u mnie elfów ani krasnoludów. Pojawiają się za to małpoludy, jest wzmianka o ludziach-wiewiórkach żyjących na drzewach, ale bohaterowie w tym tomie ich nie spotkają.

Motyw drogi jest stary jak sama literatura. Już w sumeryjskim eposie o Gilgameszu i Enkidu mamy podróż i wysoką stawkę…

W świecie „Przetainy” magia istnieje, ale w niewielkich dawkach – nie ma u mnie potężnych czarowników. Kapłani zajmują się główne modlitwą, leczeniem ludzi, administracją i przechowywaniem okruchów wiedzy. Dokonują też obrzędów i wróżb… Szamani posiadają pewne moce, wróżby dają realną wiedzę, huk szamańskich bębnów zsyła wizje, sny mogą stanowić ostrzeżenie, bogowie czasami ingerują w ludzkie losy… Duchy zmarłych też mogą nawiedzać bohaterów. Ta „inna strona” puka w rzeczywistość trochę mocniej niż u nas…

Nie jest to typowy świat postapokaliptyczny. Nie ma hord mutantów ani zombie. Ruiny osad zniszczonych bliżej nieokreślonymi kataklizmami zarastają wielkie lasy. Nie ma skażeń radioaktywnych – a jeśli są, bohaterowie nawet nie dysponują techniką, która umożliwiłaby ich wykrycie. Owszem, są tereny jałowe – zniszczone przez opad popiołów wulkanicznych i kwaśne deszcze. Są też ziemie skażone rtęcią i można trafić na paskudnie trujące rośliny.

„Przetaina” wypełniona jest też ciekawostkami dotyczącymi pewnych procesów zachodzących w naszym świecie. Na okładce możemy przeczytać, że „z tej opowieści nauczycie się więcej niż ze szkolnych podręczników”. Jak wyglądał research do książki oraz selekcja informacji, które następnie trafiły do fabuły?

To jest fantasy, więc nie robiłem researchu. Powklejałem elementy z różnych kultur – te, które wydały mi się ciekawe. Inne sam wymyśliłem. Wykorzystywałem swobodnie to, co uznawałem za przydatne.

Zawsze uważałem fantasy za gatunek trochę pośledni – literaturę prostszą do napisania, taką, w której nie trzeba trzymać się konkretnych faktów i realiów historycznych – choć oczywiście i w niej trzeba zachować umiar i rozsądek. Wykreowany świat musi być spójny i logiczny, żeby nie było konieczności tłumaczenia niedociągnięć magią…

Pisałem tak, by zachować realia świata na poziomie mniej więcej naszego XVIII wieku. Gromadzenie zapasów na zimę to żmudna wielotygodniowa harówka. Dom też trzeba przygotować. Konie po całodziennej podróży trzeba oporządzić. Jesień w górach może solidnie dać w kość. Pogrzebanie ciał to kawał roboty… Bohaterowie wysyłają wiadomości przy użyciu gołębi – ale jest to komunikacja w jedną stronę, bo gołąb leci tylko do gniazda. Myślę, czy nie wprowadzić do tego świata heliografów.

To raczej historia spokojna i kameralna. Nie ma u mnie epickich walk całych armii, mistrzów miecza wyżynających całe zastępy rycerzy. Gdy bohaterowie spotykają wrogów, starcie to rozpaczliwa nawalanka zdesperowanych ludzi walczących o życie.

W którym momencie decyduje pan, że nowa historia przybierze formę opowiadania lub powieści? Czy zdarzyło się, by jakaś fabuła tak się rozrosła, że z planowanego opowiadania powstała książka? A może na odwrót?

Z reguły potrafię rozróżnić pomysły na opowiadania i pomysły na powieści. Czasem liczę, że dany tekst będzie dłuższy, czasami pomysł na „króciaka” nieoczekiwanie owocuje mikropowieścią na 100 tysięcy znaków.

Pomysły mają różny ciężar gatunkowy. Często też w trakcie pisania nasuwają się na owe pomysły nowe rozwiązania fabularne, nowe wątki. Wtedy tekst „puchnie”. Ale nigdy aż tak, by z opowiadania powstała powieść. Najbliżej byłem takiego efektu, pisząc czwartą część serii o kuzynkach Kruszewskich. Planowałem ten tom jako tryptyk mikropowieści o podobnej objętości. Pierwsza znacznie się rozrosła. Trzecia w ogóle nie mogła zastartować.

Ma pan w dorobku ponad 40 książek (nie licząc kontynuacji przygód Pana Samochodzika pisanych pod pseudonimem). Czy jest jakaś historia, którą chciałby pan opowiedzieć jeszcze raz, ale inaczej?

Myślę czasami nad „Norweskim dziennikiem”. Tę wersję tworzyłem mając 17-19 lat. Myślę, że dziś napisałbym tę historię trochę inaczej i powstałaby znacznie lepsza książka.

Może kiedyś i na to przyjdzie pora. Zaczynałem przygodę z pisaniem w roku 1986 od „Norweskiego dziennika”. To, co trafiło do druku, to wersja, którą stworzyłem, mając 17-19 lat. Później nieco tylko poprawiona i przeredagowana. Wiele się od tego czasu nauczyłem. Myślę, że ta historia ma większy potencjał i zasługuje, by dać jej szansę.

Co przychodzi łatwiej – pisanie powieści czy opowiadań?

Pisanie powieści jest trochę łatwiejsze – obrabia się jeden pomysł przewodni. Zbiór opowiadań to kilka, a czasami kilkanaście różnych pomysłów. Z drugiej strony – napisanie pojedynczego opowiadania, zwłaszcza gdy rozgrywa się w znanym nam okresie i używamy wymyślonego wcześniej bohatera, szczególnie trudne nie jest.

Naprawdę trudno wymyślić fajnego bohatera, który udźwignie mam różne fabuły… W zasadzie mam takich trzech – Wędrowycz, Storm i Skórzewski – każdy z nich może wystąpić w wielu różnych przygodach. Przez każdego z nich mogę opowiedzieć wiele różnych fabuł. Liczbę opowieści o doktorze mogę spokojnie podwoić. W jego życiorysie jest jeszcze wiele białych plam. Podobnie Robert Storm – niejedną jeszcze sprawę może rozwikłać. Gorzej jest z Wędrowyczem – powstało już ponad 150 tekstów o tym degeneracie. Tu możliwości fabularne są na wyczerpaniu… Może jeszcze ze 2-3 tomy i przyjdzie pora odesłać go na emeryturę.

W pana dorobku znajdziemy teksty humorystyczne i poważne, alternatywne wizje historii i światy całkowicie zmyślone. Która z tych konwencji daje panu najwięcej frajdy?

Pisarz jest po trosze jak rolnik. Orze ugór, obsiewa, uprawia, zbiera plony… Stosuję intensywny płodozmian. Nie skupiam się na jednym podgatunku, eksploruję i fantastykę humorystyczną, i taką bardziej na poważnie. Zazwyczaj piszę fantastykę bliskiego zasięgu, ale niestraszna mi fantastyka historyczna.

Piszę w zależności od nastroju. Czasem na poważnie, czasem na wesoło. Przede wszystkim piszę takie książki, jakie sam chciałbym przeczytać…

Debiutował pan w latach 90. w magazynie „Fenix”. Pierwszy zbiór opowiadań, „Kroniki Jakuba Wędrowycza”, ukazał się w 2001 roku. Jak przez te ponad dwadzieścia lat zmienił się rynek polskiej fantastyki i jak pan ocenia jego obecną kondycję?

Mamy ogromną przepaść w porównaniu z latami 90. Polaków wydawano wówczas z wielkim fochem, stawki były skrajnie żenujące, nakłady – śladowe. Dodruków nie robiono, „bo za duże ryzyko”. Zbiorów opowiadań nie wydawano, „bo to się na pewno nie sprzeda”. Rocznie ukazywało się kilka pozycji z polskiej fantastyki, można je było upolować w nielicznych księgarniach. Dość powiedzieć, że z pierwszym zbiorem opowiadań o Wędrowyczu chodziłem po wydawcach przez pięć lat.

Obecnie trudno nawet prześledzić, co dzieje się na naszym rynku – rocznie ukazuje się kilkadziesiąt nowych tytułów. Najlepsi autorzy sprzedają pięciocyfrowe nakłady. Przeszliśmy długą drogę. Dziś pisarze uprawiający w Polsce fantastykę żyją w świecie, o jakim ćwierć wieku temu mogliśmy co najwyżej pomarzyć…

W imieniu licznych fanów Jakuba Wędrowycza muszę zapytać: czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się powrotu tego bohatera?

Jubileuszowy dziesiąty tom przygód Jakuba powinniśmy znaleźć pod choinką. Potem trzynasty zbiór z cyklu „Światy Pilipiuka”. Walka trwa.

Pytał: Jan Sławiński
fot. Fabryka Słów


Tematy: , , , , ,

Kategoria: wywiady