banner ad

Droga w kierunku odzyskiwania własnego głosu ? wywiad z Aleksandrą Zielińską, autorką „Sorge”

26 kwietnia 2019


Jest jedną z najbardziej utalentowanych pisarek młodego pokolenia. Zadebiutowała powieścią „Przypadek Alicji” (2014), która znalazła się w finale Nagrody Conrada. Następne jej książki – powieść „Bura i szał” (2016) oraz zbiór opowiadań „Kijanki i kretowiska” (2017) – przyniosły jej nominacje do, odpowiednio, Nagrody im. Witolda Gombrowicza i Nagrody Literackiej Gdynia. 24 kwietnia nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazała się jej najnowsza powieść „Sorge”. Aleksandra Zielińska pisze w niej o kobietach, matkach i córkach, które z całych sił próbują utrzymać się na powierzchni, kiedy ciężar kolejnych dni ciągnie je na dno, o stracie i trudnych zmaganiach z widmami przeszłości, o poczuciu bezradności i pustce po kimś, kogo nagle zabrakło. Ta niezwykle osobista książka jest tematem poniższego wywiadu z autorką.

Małgorzata Danowska: „Sorge” to twoja trzecia powieść. W 2017 roku wydałaś również świetny zbiór opowiadań „Kijanki i kretowiska”. W poprzednich utworach stawiałaś na wieś i miasto. Tutaj mamy małomiasteczkowe, powolne, sączące się życie. Skąd wziął ci się pomysł na Bożą Wolę/Sorge? Dlaczego ta miejscowość występuje u ciebie właściwie w dwóch nazwach?

Aleksandra Zielińska: Słusznie zauważyłaś, że w poprzednich książkach scenografia była mocno spolaryzowana ? albo opisywałam wieś, albo miasto, zestawiałam ze sobą skrajne elementy i sprawdzałam, co zaiskrzy na ich styku. W pewnym momencie poczułam, że w tej materii powiedziałam już sporo i potrzebuję czegoś nowego, odmiennego, bardziej zniuansowanego. I takie też jest małe miasteczko ? twór pośredni między miastem, a wsią, który posiada artefakty z obu stron barykady. Więcej tu odcieni szarości do eksploracji i nazywania. Zresztą, mam wrażenie, że takie prowincjonalne przestrzenie są często pomijane, bo na pierwszy rzut oka wydają się nudne. Fakt współistnienia dwóch nazw ściśle wiąże się ze światopoglądem bohaterów, którymi wypełniłam „Sorge”. Wolą posługiwać się niemieckim określeniem, bo chyba bliżej im do trosk i zmartwień oraz to podkreśla ich niezależność. W mniemaniu mieszkańców Sorge jest osobnym, żywym bytem, takie trochę Dogville.

Głównymi bohaterkami „Sorge” są trzy kobiety ? różni je wiek, bagaż doświadczeń, potrzeby ciała. Te trzy bohaterki razem składają się na pewien uniwersalny wizerunek kobiety. Taki był twój zamiar?

Rzeczywiście jest to próba opisania kobiecości w szerokim spektrum, ale nie przez podanie jedynego właściwego, uniwersalnego wzoru, a poszukiwania w obszarach ? moim zdaniem ? trudnych, zaniedbanych, obcych. Lubię myśleć o tej książce, przede wszystkim jako drodze w kierunku odzyskiwania własnego głosu, własnej tożsamości, prawa do opowiadania własnymi słowami. Moje bohaterki są wkładane w schematy i definicje, określane przez relacje ? bycie matką, córką, żoną, babką ? ja próbuję te sztywne ramy łamać i po prostu oddawać głos kobietom, o których chcę opowiadać.

Wspomniane bohaterki to Tula, Adela i? „dziewczyna”. Dlaczego ta trzecia pozostaje bezimienna, choć właściwie jest głównym napędem fabuły „Sorge”? Dlaczego pozostaje „dziewczyną”, skoro jest dojrzałą kobietą?

W samym prologu dziewczyna zaznacza, że nie lubi swojego imienia, bo nie do końca należy do niej samej. Urodziła się w końcu jako jedna z dwóch, jako jedyna przeżyła, ocalone imię dostała trochę z przypadku. Nie identyfikuje się z nim. Wydaje mi się, że z jednej strony ma poczucie, że musi sobie na nie zasłużyć, zapracować, a z drugiej dlaczego nie miałaby zdefiniować go sama? W końcu nadawanie imienia to przecież w jakiś sposób manifestowanie władzy, ojciec używa go w stosunku do dziewczyny tylko jeden raz, w sytuacji granicznej. Sam akt nazywania sprawia, że coś staje się rzeczywiste, prawdziwe, ma swoje ramy, opis, miejsce w szeregu, ogranicza wolność. Dziewczyna funkcjonuje na styku świata żywych i umarłych, na styku dzieciństwa i dorosłości, nie zdecydowała, gdzie pasuje bardziej, wciąż ma wybór, nic się nie jeszcze ostatecznie nie zamknęło. Rezygnacja z imienia jest swego rodzaju samowykluczeniem, ale w „Sorge” to może być jedyna droga ucieczki przed wolą miasteczka.

Oprócz trzech bohaterek, pojawiają się również trzy kluczowe dla zrozumienia twojej powieści symbole ? często pojawiające się w tekście obok siebie, powtarzane jak mantra ? to „trzask, flaming, skrzydłokwiat”. Skąd takie zestawienie? Co ono oznacza?

Każdy z tych symboli jest w jakiś sposób kluczowy dla każdej z bohaterek z osobna. Trzask najmocniej dotyka dziewczyny i naznacza ją piętnem ocalonej, czyni jednocześnie cudem i klątwą. Flaming to rzecz jasna nazwa cukierni, należącej do Tuli, ale i określa ją samą, egzotycznego ptaka, który trafił w sam środek nie do końca przyjaznej scenerii. Skrzydłokwiat to słowo klucz w badaniu pamięci Adeli i tego, co ze wspomnień zostało. Zmierzam do tego, że trzask, flaming, skrzydłokwiat to z jednej strony symbole osobne, przypisane każdej z bohaterek, ale zebrane razem mają potrójny ładunek emocjonalny. Są dla czytelnika właśnie podobne do słów z testu neurologicznego, jakiemu poddawana jest Adela.

Bardzo podobał mi się w „Sorge” sposób, w jaki opisujesz cielesność (głównie kobiecą), zwłaszcza jej stronę uważaną za abiektalną. U ciebie wydzieliny, takie jak krew czy uryna to jedynie materia literacko-opisowa ? i co najciekawsze ? wyzbywasz się tych abiektalnych konotacji. Nie próbujesz oswajać ? ty oznajmiasz. To bardzo dojrzały zabieg. Opowiesz coś o tym?

Jasne, cielesność zawsze była ważnym elementem mojej twórczości, w przypadku „Sorge” widać to szczególnie. Uznałam, że skoro już biorę się za bary z opisywaniem kobiet na różnych etapach życia, to robię to z całym dobrodziejstwem inwentarza, nie ma dla mnie tabu w przestrzeni fizjologii czy anatomii, zresztą, chyba nigdy go nie było. Warstwa emocjonalna książki jest silnie rozbudowana i chciałam zwrócić uwagę, że znajduje to swoje odzwierciedlenie w ciele, nie można obu tych sfer rozpatrywać osobno. Poza tym, masz rację, bardziej oznajmiam niż oswajam, przecież to fizjologia, od niej nie uciekniemy.

Sorge to miejscowość naznaczona tragicznymi zdarzeniami. Centralnym dla miejscowości obiektem jest dwór rodu Czyżewskich, którego historia sięga dawnych czasów. Kiedyś tętniący życiem, szczycący się bujnym ogrodem, teraz „ściany dworku łuszczą się”. Jak czytamy w twojej powieści: „płaty tynku odchodzą od cegieł, zwijają się, spadają powoli jak liście, odsłania się tkanka pod spodem, ta mięśniowa i ta łączna, co oblewa wszystkie elementy i trzyma dworek w półpłynnej całości”. Z biegiem lektury dowiadujemy się, że w dworku doszło do krwawej masakry podczas II wojny światowej. Obiekt staje się zatem miejscem pamięci, traumy, ropiejącej rany. Czy ten dworek ma jakiś swój pierwowzór? Jego historia jest utkana tylko z fikcji, czy nawiązujesz do jakiejś prawdziwej historii?

Owszem, dworek w Sorge posiada swój pierwowzór. W okolicach mojej rodzinnej miejscowości znajduje się dworek rodu Horodyńskich, w którym doszło do wstrząsającego mordu podczas wesela w trakcie II wojny światowej. Ta historia jest często powtarzana, obrasta powoli w legendy, znają ją wszystkie dzieciaki z mojego pokolenia. W powieści nawiązania do prawdziwych wydarzeń są subtelne, starałam się przede wszystkim jak najwierniej opisać sam budynek, bo mocno interesuje mnie właśnie pamięć miejsca. Podczas pisania sporo czasu spędziłam właśnie w dworku Horodyńskich i okolicznym parku, chłonąc przedziwną aurę, jaka tam panuje. Niesamowicie ciekawa była też próba zbadania, jak konstruujemy tego typu opowieści, przekazywane z pokolenia na pokolenie razem z traumą czy niepokojem, który rezonuje później u słuchaczy, często podświadomie. Takie jest moje doświadczenie z tym miejscem.

Twoja powieść opowiada również o stracie bliskich, zarówno tych żywych, jak i martwych. Skąd taka duża dawka melancholii?

Myślę, że to złożona kwestia. Na pewno wiąże się ze specyficznym typem mojej wrażliwości, mocno wyczulonej na to, co krzywe, nieprzystające, nieprzyjemne. Drugim elementem, który złożył się na nastrój „Sorge” są moje doświadczenia i refleksje, których nie umiem komunikować w inny sposób niż literatura. To powoli staje się częścią mojego stylu. Niemniej jednak w „Sorge” chciałam pokazać smutek jako element podróży do zakończenia, które zrównoważy wyboje po drodze. Dodam również, że film „Melancholia” był mocną inspiracją dla tej powieści.

Zostawiasz czytelnika z całkiem otwartym zakończeniem, które sugeruje, że bohaterki „jakoś sobie poradzą”. Czy jednak nie?

Przyznam, że pracowałam nad tą książką w trudnym momencie w moim dorosłym życiu i od samego początku założyłam sobie, że skończy się dobrze, niezależnie od tego jak nieprzyjemnie i niewygodnie będzie po drodze. Nie będę zdradzać za dużo, ale ostatnia scena w książce pojawiła się podczas pracy jako pierwsza. Wiedziałam, że wszystkie opisywane wydarzenia zmierzają do małego cudu z rajskimi ptakami, gdzieś na zapomnianej przez świat łące. Straty nikną, smutek ginie, jak to mawiał poeta.

Na koniec pytanie porządkowe. Nad czym teraz pracujesz?

Przede wszystkim nad odzyskaniem równowagi, bo praca nad „Sorge” była dla mnie bardzo wymagająca, zarówno fizycznie jak i emocjonalnie. W kwestii literackiej chcę w końcu spróbować zmierzyć się z tekstem dramatycznym. Okazuje się, że ta nowa forma działa na mnie bardzo inspirująco, a że zawsze lubiłam eksperymenty na języku, to w końcu mogę ryzykować bez żadnych ograniczeń. Daje mi to masę frajdy i energii. W tym roku wzięłam udział w warsztatach „Nasz głos” przy Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie i jak dobrze pójdzie, to wkrótce pojawią się tego efekty, a już latem zadebiutuję w „Dialogu”. W międzyczasie wrócę do opowiadań, bo brakuje mi krótkiej formy. Co dalej, zobaczymy.

Rozmawiała: Małgorzata Danowska
fot. Maja Potrawiak

Tagi: , , , , ,

Kategoria: wywiady