banner ad

Bronisław Malinowski jako sławny rodak nigdy na naszym gruncie się nie pojawił – wywiad z Grzegorzem Łysiem, autorem książki „Dzikie żądze”

19 października 2021

Z Grzegorzem Łysiem, autorem książki „Dzikie żądze”, rozmawiamy o pracy nad biografią Bronisława Malinowskiego, powiązaniu losów tego wybitnego antropologa z osobą Witkacego, a także spuściźnie, którą po sobie zostawił.

Tomasz Miecznikowski: Bronisław Malinowski, wybitny antropolog i jeden z najsłynniejszych na świecie Polaków, w naszym kraju pozostaje szerzej nieznany. Dlaczego? Czy wciąż, nawet w XXI wieku, jest dla nas zbyt nowoczesny w poglądach?

Grzegorz Łyś: O tym, jakim człowiekiem był Malinowski, i na czym polegała jego nowoczesność wie u nas garstka antropologów i socjologów oraz czytelników „Dziennika w ścisłym sensie tego wyrazu”. „Książę Nevermore” z „622 upadków Bunga” Witkacego nie został zatem przez polską opinię odrzucony, on nigdy jako osoba publiczna czy sławny rodak na naszym gruncie się nie pojawił. Pozostał niemal anonimowym autorem głośnej, ale mało komu znanej książki, czyli „Życia seksualnego dzikich”. Być może to, czym się zajmował, jego osiągnięcia i kariera były zbyt odległe od zainteresowań i doświadczeń potencjalnego polskiego czytelnika, czy nawet w ogóle inteligenta.

Ile czasu zabrała panu praca nad „Dzikimi żądzami”? Ilość faktów jest tu momentami przytłaczająca. Czy pana samego pisanie książki też czasem nie przytłaczało?

W sumie ta przygoda trwała około dwóch lat. Jeśli chodzi o samo pisanie, to największym wyzwaniem, jak się mówi w takich przypadkach, była nie liczba faktów, lecz powiązanie we w miarę spójną konstrukcyjnie i stylistycznie całość bardzo różnych wątków książki – osobistych, światopoglądowych, naukowych, egzotycznych, erotycznych, historycznych, obyczajowych.

Skąd tytuł „Dzikie żądze”? Czy jest to celowe nawiązanie do najsłynniejszej pracy Malinowskiego, której to tytuł tak często jest odczytywany powierzchownie, choć wewnątrz kryje niezwykłe, empiryczne bogactwo?

Tak, oczywiście. To zabieg, który ma przywołać skojarzenie z „Życiem seksualnym dzikich”, stanowiącym jeden z nielicznych atutów, dzięki którym Malinowski mógłby się być może przebić do świadomości dzisiejszych Polaków. Jednocześnie tytuł ten jest w pełni adekwatny do treści. Bo Malinowskim rzeczywiście targały dzikie niekiedy żądze. I to częściej żądze wcale nie erotyczne, lecz pragnienie wybitnych osiągnięć i sławy.

Czy łatwiej było zbierać materiały i pisać rozdziały na temat życia Malinowskiego w rozbiorowej Polsce, czy już podczas jego zagranicznych wojaży? Co jest lepiej udokumentowane?

Oryginalnych materiałów źródłowych dokumentujących polską młodość uczonego jest w sumie bardzo niewiele. Niemniej jednak obejmuje ten okres m.in. jego niezwykle cenny „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu”, korespondencja z Witkacym i innymi bliskimi mu osobami, listy jego ojca Lucjana Malinowskiego, istotne wzmianki w różnych pamiętnikach i publikacjach z epoki. Jest także słynne dzieło Witkacego „622 upadki Bunga”, które zdaniem wielu literaturoznawców można traktować, z krytycznym dystansem, jako dokument autobiograficzny. Wydaje mi się, że większych rewelacji, odnalezienia jakichś nowych materiałów czy istotnych szczegółów z czasów młodości Malinowskiego nie należy się już spodziewać.

Znacznie obszerniejsze są źródła dotyczące lat późniejszych, zwłaszcza po 1920 roku – archiwum rodzinne oraz „Malinowski Papers” w archiwach LSE, Yale, Uniwersytetu w Melbourne. Dla mnie, autora biografii popularnej, z prozaicznych powodów niedostępne. Owe „papers”, tylko częściowo jak dotychczas zbadane, zawierają z pewnością materiały pozwalające na zasadnicze rozszerzenie wiedzy o Malinowskim jako uczonym i nauczycielu. Obawiam się jednak, że np. szczegółowy opis jego bojów o funkcjonalizm mógłby interesować tylko czytelników o odpowiednich kompetencjach, siłą rzeczy nielicznych.

Opowieść o Malinowskim to w dużym stopniu również opowieść o Witkacym. Ten pomysł, by w książce tak silnie powiązać losy obydwu Polaków, by czytelnik obserwował ich dzieje z dwóch perspektyw, miał wyraźny, literacki sens. Mógłby pan nieco przybliżyć genezę takiego zamysłu?

Od początku było dla mnie jasne, że w książce, której jednym z celów jest zidentyfikowanie polskich źródeł osiągnięć Malinowskiego, musi jako jedna z kluczowych postaci pojawić się Witkacy. Przyjaźń, która ich łączyła – w młodości dla obu najważniejsza, jak zgodnie przyznawali – w znacznej mierze ich „stworzyła”. Witkacy pisał, że dopełniają się jak dwa kolory. Rzadko byli jednego zdania. Spierali się o filozofię, sztukę i naukę, religię i metafizykę, cele życiowe i stosunek do innych ludzi.

Podczas tych sporów, nieraz zażartych, choć toczonych z wielką klasą intelektualną kłótni, formowały się ich poglądy i postawy. Istotny udział miał tu także Leon Chwistek, o czym się mało wspomina. Ale Witkacy przyznawał w latach międzywojennych, choć relacje z Malinowskim ochłodły, a z Chwistkiem stały się wrogie, że bardzo wiele „tym łbom pierwszoklaśnym” zawdzięcza. Nie da się zrozumieć Malinowskiego bez wglądu w osobowość Witkacego ani Witkacego bez „Bronia”. Dlatego właśnie niektóre fragmenty książki stanowią jakby „biografię podwójną”, co niestety może trochę dezorientuje czytelników.

Malinowski i Witkacy nie wpisują się w portret honorowanych u nas Wielkich Polaków. Jeden to antropolog od seksu dzikich, drugi artysta, którego sztuka raczej nie powstawała ku „pokrzepieniu serc”. Do tego jeszcze Leon Chwistek zakochany w bolszewizmie i mamy nieświętą trójcę z biografii. Czy „Dzikie żądze” są nieco innym, powiedzmy, że alternatywnym spojrzeniem na polskość?

Uważam, że Malinowski i Witkacy a także Chwistek reprezentują polskość jak najbardziej normalną, tzn. zróżnicowaną i wieloznaczną. Być może rzeczywiście alternatywną wobec polskości zmitologizowanej i trochę z gruba ciosanej, owego patriotyzmu nieugiętego, walecznego i zawsze czuwającego.

Przełom XIX i XX wieku to czas wielkiego fermentu twórczego, czas powstania nowoczesnych doktryn filozoficznych, o których rozprawiała ówczesna inteligencja. Czy sto i więcej lat później jesteśmy już w innym punkcie, gdy na taki ferment w ogóle nie ma miejsca? A może jest zarezerwowany jedynie dla garstki wtajemniczonych? Wydaje się, że dla wielu ferment polega dziś bardziej na jednodniowej zawierusze w Internecie. Czy nagle staliśmy się przez to intelektualnie ubodzy, w porównaniu do inteligencji z czasów młodości Malinowskiego?

To ważne pytanie znacznie jednak wykraczające poza temat książki i moje kompetencje. Ale rzeczywiście, gdy czyta się materiały i publikacje „z epoki”, można pozazdrościć temperatury i powagi ówczesnych dyskusji filozoficznych, sporów o estetykę, konfliktów ideowych. Z tamtej perspektywy nasze czasy wydają się dość jałowe. Warto notabene zauważyć, że Malinowski antycypował tę ewolucję, czy raczej inwolucję, gdy uznał, że jego osobistym celem jest „wykorzystanie wszystkich możliwości życiowych”. Nie było to w tamtych czasach wcale oczywiste. Dziś ten cel – dążenie do pełnej samorealizacji – stawia sobie chyba większość młodych ludzi. Spory ideowe i filozoficzne toczą natomiast głównie wyspecjalizowani w tym fachowcy.

A czy dzieło Bronisława Malinowskiego to dzisiaj jest bardziej ciekawostka w naukowym świecie, rodzaj klasyki, czy też jego obserwacje i szkoła funkcjonalna wciąż rezonują?

Funkcjonalizm w swej oryginalnej wersji to dziś bez wątpienia zamknięty rozdział historii nauki. Z pewnością jednak nie ciekawostka, raczej imponujące przedsięwzięcie, które porzucono na rzecz nowych szkół antropologicznych. Jedną z nich jest neofunkcjonalizm, kierunek żywotny i nadal rozwojowy, który wyrósł z poddanych zasadniczej rewizji idei Malinowskiego. Ponadto, co stanowi trwały jego wkład do teorii antropologicznych, funkcjonalistyczne podejście stało się tak trwałą częścią myślenia antropologów, że o jego źródłach się nie pamięta. A przecież np. powszechnie stosowane założenie, że stosunki społeczne mają charakter wzajemnych świadczeń, czyli teoria wymiany, to koncepcja Bronisława Malinowskiego.

W przeciwieństwie do prac teoretycznych osiągnięcia antropologa z Polski jako pioniera i mistrza badań terenowych wciąż budzą podziw. Mają też nadal znaczenie praktyczne jako inspiracja dla kolejnych pokoleń antropologów.

Zafascynowało mnie odkrycie Malinowskiego, który wśród społeczności Trobriandczyków nie zarejestrował instytucji ojcostwa. Odbiło się to dużym echem w naukowym świecie. Czy inne jego prace – o zwyczaju i zbrodni, o magii – również zawierają w sobie tego rodzaju antropologiczne bomby?

W swoich trobriandzkich pracach Malinowski opisał sporo ważnych, a nawet rewelacyjnych odkryć i ustaleń, choć nie tak wstrząsających jak nieświadomość ojcostwa. W „Argonautach Zachodniego Pacyfiku” zajmuje się m.in. poglądami Trobriandczyków na kwestię bogactwa. Według nich polega ono na tym, że człowiek bogaty ma większe niż inni możliwości dzielenia się z innymi. Tak więc w tamtejszych pojęciach bogactwo realizowało się poprzez dary, a nie samo gromadzenie dóbr. Malinowski pisał o tym z wielkim szacunkiem, przyznając, że wyspiarze stoją pod tym względem wyżej niż ludzie cywilizowani.

W „Ogrodach koralowych” rozprawił się z kolei z poglądem, że „dzicy” zabierają się za pracę tylko, gdy przyciśnie ich biologiczna konieczność. Otóż na Trobriandach praca, zwłaszcza uprawa ogrodów, pracowitość i wysokie kwalifikacje w swoim fachu należały do bardzo cenionych wartości. Wyspiarze nie pracowali z myślą o tym, by przetrwać, lecz aby zaspokoić ambicje, dla prestiżu i wysokiego statusu związanego z tytułem mistrza plonów. Dzięki tej pożytecznej próżności Trobriandczycy wytwarzali więcej, niekiedy znacznie więcej żywności, niż potrzebowali. W czasach Malinowskiego nadwyżki te sprzedawali, głównie białym. Wcześniej spora część żywności po prostu niszczała.

Malinowski odnotowywał też antropologiczne drobiazgi, ciekawostki obyczajowe. Tak np. młodych Europejczyków intrygował fakt, że „dzicy” nie potrafią się całować. Wiedza ta pochodziła głównie z operetek. Dawny „Bronio”, już jako badacz terenowy, sprawę tę zbadał u źródeł i stwierdził, że istotnie w trobriandzkiej technice miłosnej pocałunek nie istnieje. Być może zastępował go osobliwy zwyczaj odgryzania sobie rzęs przez kochanków.

Rozmawiał: Tomasz Miecznikowski
fot. Jakub Celej

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady