banner ad

Bez baśni trudno iść przez życie ? wywiad z Pawłem Palińskim

7 października 2014

pawel-palinski-wywiad
Jest lekarzem, ale nie lubi rozmawiać o swoim zawodzie. Zasłynął jako twórca fantastyki i grozy. Właśnie ukazała się jego powieść „Polaroidy z zagłady”, czyli coś, czego na polskim rynku jeszcze nie było – postapokaliptyczna literatura piękna. Książka Palińskiego to stylistyczny majstersztyk, który udowadnia, że fantastyka może być czymś więcej, niż tylko rozrywką.

Milena Buszkiewicz: Z wykształcenia jesteś lekarzem. Praktykujesz?

Paweł Paliński: Ojej? Czy moglibyśmy pominąć to pytanie? Nie lubię rozpoczynać rozmowy o pisaniu od wątku pracy etatowej? Bardzo proszę.

Zatem… Wierzysz w nadejście Apokalipsy?

Wszystko zależy od tego, co każdy z nas rozumie pod pojęciem Apokalipsy. Wierzę w koniec wielu rzeczy, nie jednak w sposób fatalistyczny, a racjonalny. Współczesne czasy dobrobytu i hiperpiękna pozbawiły nas umiejętności refleksji i utraty, przez to jesteśmy w jakiś sposób ułomni, nieprzygotowani do mierzenia się z życiem. Przecież nic nie trwa wiecznie, prawda? Tymczasem chcemy zatrzymać uczucie dobrostanu, za wszelką cenę, walczymy o szczęście, o lepsze zdjęcie profilowe na portalach społecznościowych. Apokalipsa w związku z tym może przybierać dla nas różne postacie. Koniec Google byłby mentalną zagładą dla wielu milionów. Czy to nie przerażające? Małe końce świata trwają cały czas, zamiast jednak być kontemplowane, są wypierane ze świadomości na rzecz chwilowych przyjemności. W moim przekonaniu Apokalipsa nadeszła i nadchodzi cały czas, tylko nikt nie chce w to uwierzyć.

Jak może wyglądać świat po… końcu świata?

Lepiej. Spokojniej. To byłby świat pełen czystego potencjału, możliwości. Restart historii. Taki podarek, z którym moglibyśmy zrobić, co tylko byśmy chcieli; cudowny i straszny zarazem. Wszystko to oczywiście, jeżeli dane byłoby komukolwiek na tym świecie pozostać. Rachunek prawdopodobieństwa mówi jednak, że, niezależnie od przyczyny, nie byłoby to raczej wyniszczenie totalne, więc ów koniec stanowiłby sprawdzian wyciągania wniosków przez homo sapiens. Bardzo twarda, bardzo okrutna lekcja. W skali kosmicznej. Nie zapominajmy jednak, że właśnie ta skala określa nas we wszechświecie. Bo jesteśmy jego częścią, czy tego chcemy czy nie.

Czy pisząc „Polaroidy z zagłady”, tworzyłeś po prostu fikcję, czy za powieścią stało coś jeszcze?

Fikcyjna jest historia, przesłanie jak najbardziej realne. Spójrz: każdy kiedyś walczył z ochotą, by odciąć się, zaryglować drzwi przed całym tym drapieżnym zewnętrzem. Każdy, mniej lub bardziej, czuł się momentami zagrożony przez otaczających go ludzi. Niestety, nikt nie może stworzyć barykady na własny użytek, zacząć ostrzeliwać się z okna, ponieważ spotkają go zaraz społeczne represje. W jakimś sensie, „Polaroidy?”, gdy spojrzeć na nie od tej strony, to także książka o wolności totalnej, od wszystkiego, i o sposobach radzenia sobie z tak ogromną odpowiedzialnością. W przypadku Teresy Szulc, ta wolność przychodzi bez jej wyboru; jak wiele rzeczy w życiu z resztą.

W którymś z wywiadów wspominasz, że najbardziej boisz się samotności. Stworzyłeś „Polaroidy z zagłady”, powieść, która od początku do końca traktuje o ostatnim człowieku na Ziemi. Trudno być bardziej samotnym niż X. Oswajasz lęki? Upajasz się nimi?

Ciekawe pytanie. Lęk przed samotnością to lęk bardzo pierwotny. Stado zawsze zapewnia lepsze schronienie niż najlepsza nawet, jednoosobowa kryjówka. Jadąc nocą pustym tramwajem, boimy się nie tego, że zostaniemy napadnięci, lecz tego, że niejako z założenia jesteśmy ofiarą, oddzieleni nie mamy się gdzie ukryć. Przez pojedynczość skupiamy na sobie uwagę. Lęk to bardzo prosta reakcja zagrożenia-ucieczki. Czy można zatem upajać się lękami? Myślę, że nie. Można natomiast je analizować, to pozwala poznać się w znacznie większym stopniu, niż gdy jesteśmy spokojni i szczęśliwi ? nikt nie zastanawia się, dlaczego jest mu dobrze, łapczywie przyjmuje ten stan. Dopiero strach napędza analizę: Dlaczego mi to się przytrafia? Czy jestem dość silny? Czemu miałbym zwrócić na siebie uwagę potencjalnego złoczyńcy? Jak sobie poradzę? Bardzo destruktywne, ale też odkrywające uczucie.

polaroidy-z-zaglady-okladkaŚwiat, który stworzyłeś w tym i w poprzednich tekstach, epatuje egzystencjalnym mrokiem, jest przesiąknięty bólem i ohydą. Czy tak właśnie postrzegasz otaczającą rzeczywistość?

To nie jest kwestia mojego postrzegania. Świat taki po prostu jest. Wystarczy włączyć telewizor (śmiech). Jest piękny i ohydny zarazem ? to jego najwspanialsza właściwość, zaraz po doskonałej wręcz obojętności. A ja lubię ukazywać tę „mroczną” stronę rzeczywistości, przypominać o niej. Istnieje wiele ciepłych książek, ze szczęśliwymi zakończeniami, nie umniejszam ich roli, warto jednak od czasu do czasu pochylić się nad czymś, co prezentuje spojrzenie odmienne. Takie doświadczenie, w moim przekonaniu, bardzo nas ubogaca. Jednocześnie pozwala docenić dobro i umocnić przed złem. Turpistyczny stosunek do otoczenia może czasami bywa nieprzyjemny, ale pozwala dostrzec i docenić to, co mamy. W „Polaroidach?” proste przyjemności urastają do rangi zbytku: kąpiel, ciepło ? to bardzo ważne rzeczy. Sto lat temu nie każdy mógł sobie na nie pozwolić. Dzisiaj nie każdy postrzega je jako rzeczy ważne.

Na głównego, w zasadzie jedynego, bohatera powieści wybrałeś kobietę, i to w wieku emerytalnym. Skąd taki pomysł? To chyba novum w postapokaliptycznej powieści?

Tak, Teresa Szulc, oprócz tego, że staje wbrew światu, miała stanąć także wbrew popularnym przekonaniom o wyglądzie Apokalipsy. Topos zagłady, jaki znamy, przywędrował do nas z zachodu, jest więc to typ, nazwijmy go roboczo „osadniczy” ? grupa pionierów in spe walczy o przetrwanie. Za wielką wodą rozgrywa się taka piekielna gra terenowa, gdzie nie sięgnąć, mamy dostęp do wszystkiego: broni, pożywienia, schronienia, do tego w grupie, niemal paramilitarnej. A przecież w chwili paniki każdy z nas, czy przyzna się do tego czy nie, uciekałby sam. Proponuję poczytać Remarque?a, on dobrze zilustrował człowieczeństwo w sytuacjach granicznych. Wiedząc to, założyłem sobie, że zamiast powielania kinowego stereotypu wyjdę od historii jednostki, która we wszystkich statystykach skazana byłaby jako pierwsza na pożarcie. Ktoś uzbrojony w karabin i idee fix przetrwania ma znacznie mniej czasu na rozmyślanie niż samotna, starsza kobieta. Poza tym pociągająca jest ta jej chęć przetrwania kipiąca w steranym ciele, u schyłku swych dni. Cały czas pisząc, zastanawiałem się, do cholery, po co ona to robi. Skąd w niej tyle siły? Doszedłem do wniosku, że w jej przypadku tak musiało po prostu być; że w pandemonium masowej śmierci ludzkości powinno być miejsce dla kropli życia, aby nie umknął jej sens.

Następnie wybierasz równie nietypową narrację…

To prawda. Ale od razu zaznaczam, nietypowa to nie znaczy, że zła. Od dawna pociągała mnie drugoosobowa narracja. Raczej śliski grunt, łatwo popaść w niej w patos, ale z drugiej strony, daje dużo ciekawych możliwości. Czytelnicy, którym „Polaroidy?” przypadły do gustu, powtarzają, że z początku byli wobec niej nieufni, a później dosłownie wpadli w spisaną w przy jej pomocy historię. I to jest chyba największa siła tego przekazu na „ty”, owo totalne zanurzenie. Książka o zagładzie to, już z założenia, taka trochę „instrukcja obsługi” przetrwania. Jak miałaby się zwracać, jeżeli nie bezpośrednio do jej „użytkownika”?

Rozpocząłeś mocnym debiutem, zdobyłeś uznanie w środowisku fantastyki oraz wśród krytyków czytających książki, także z tzw. górnej półki, pisałeś opowiadania, później nastała cisza… Teraz wracasz z „Polaroidami”. Co działo się w czasie, gdy zniknąłeś?

Najogólniej rzecz ujmując, żyłem. Borykałem się z różnymi problemami, ciężko pracowałem etatowo. Zacząłem powoli uciekać od stricte fantastyki, i w tym zawieszeniu pomiędzy fantazją a mainstreamem szukałem sobie miejsca ? co było trudne, mozolne i pochłaniało dużo czasu. Debiut dał mi ogromną siłę, ale też pokazał, że nie wszystko zależy wyłącznie od chcenia. Jakoś wszystkie części układanki nie chciały wejść na swoje miejsce. Teraz to się zmienia. Co bardzo mnie cieszy.

Mówisz o ciężkiej pracy etatowej. Będę uparta: praktykujesz jako lekarz? Jestem po prostu ciekawa, jak tego typu praca wpływa na twoją literaturę.

Praca lekarza to praca z ludzkim cierpieniem. Jest więc, z założenia, wyczerpująca. Poza tym przez swoją specyfikę, zajmuje dużo czasu. Do tej pory udawało mi się łączyć pisanie i praktykę, wymagało to jednak żelaznej dyscypliny. W tym roku pozwoliłem sobie na bezpłatny urlop, żeby odpocząć, zająć się tym, co lubię, literaturą i… jestem bardzo zadowolony z efektów. A jak bycie lekarzem wpływa na moje pisanie? Myślę, że ogromnie uwrażliwia, pozwala spojrzeć na wiele rzeczy z innej perspektywy. Uczy też pokory. Pokora jest bardzo ważną cechą, to pochodna autokrytyki; bez tych dwóch elementów nie sposób siadać nad czystą kartką z zamiarem stworzenia czegokolwiek.

Bohaterowie twoich poprzednich publikacji wywodzili się głównie zza zachodniej granicy, następnie zdecydowałeś się osiedlić ich w ojczyźnie, teraz miejscem akcji jest S., swego rodzaju „nigdzie”. Czyli wróciłeś na obce tereny, bo już bardziej odległych chyba nie ma. Skąd taka decyzja?

Obce? S. to rzeczywiście takie trochę nigdzie, ale jednak polskie „nigdzie”. Z drugiej strony przez swoją nieoznaczoność także „wszędzie”, to prawda, jednak akcenty rozmieszczałem na rzecz Polski, która, nie będę tego ukrywał, staje mi się coraz bliższa. Można powiedzieć, że po zachwycie ju-es-ej na nowo odkrywam potencjał ojczyzny. To mój redaktor, Michał Cetnarowski, pociągnął opowieść w tę stronę, za co jestem mu niezmiernie wdzięczny. Gdzieś po drodze kazał wyzbyć się zagranicznych ciągot, zmusił mnie do intelektualnego wysiłku i tym dopełnił całość „Polarodiów?”. Pisanie „made in” miało swe plusy, jednak zawsze było w jakiś sposób obok. Postapokalipsa nad Wisłą robi wrażenie, ponieważ można wyjrzeć za okno i od razu wyobrazić sobie, jak mogłaby wyglądać. Niby proste spostrzeżenie, ale za to podkręca wyobraźnię.

Twoja proza jest doszlifowana stylistycznie, wyjątkowo dopracowana, a także bardzo poetycka. Odbiega trochę od literatury popularnej, jaką najczęściej jest posapokalipsa. Nie miałeś trudności z jej wydaniem?

Ach, ta moja proza (śmiech). Wiele już za nią zebrałem pochwał i nagan. Czas, który upłynął od napisania „Polaroidów?”, to było pukanie do różnych drzwi i, często, odchodzenie z kwitkiem. To była także praca nad warsztatem. Wkrótce w prasie ukażą się dwa moje opowiadania, myślę, że po nich najlepiej będzie widać zmianę. Co zaś do powieści: już wcześniej, przy kilku okazjach antologii (np.: horror), otrzymywałem sygnały, że trudno zamknąć to, co piszę, w jakiś ramach gatunkowych i przez to odstaje od stawki. Czytelnik szukający gore chce gore ? ten od s-f chce s-f, a jak się siądzie na temacie okrakiem, cóż, w najlepszym przypadku budzi się zakłopotanie. W miarę upływu czasu, i pracy z Michałem, zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że i ta książka będzie miała kłopoty ze znalezieniem czytelników ? może wydawać się zbyt fantastyczna dla mainstreamu, zbyt uboga w wątki deliberacyjne dla fantastów. Być może stąd nieufność wydawców. Dopiero Kasia i Rafał Kosikowie (z wydawnictwa Powergraph – przyp.red.) uwierzyli, że prócz karkołomnej, z pozoru, narracji i zgranego, w swej prostocie, pomysłu ta książka ma potencjał, i dali mi szansę. Recenzje pokazują, że to ryzyko opłaciło się.

Jacek Dukaj uznał Cię za jednego z pisarzy młodego pokolenia „stworzonych do przekraczania konwencji”. Faktycznie czujesz, że je przekraczasz?

Jeżeli za przekraczanie konwencji uznać swobodne (i zamierzone) wychodzenie poza gatunek, to jak najbardziej tak. Choć z drugiej strony określenie „konwencja”, „proza gatunkowa” w naszym kraju ma znaczenie, nie wiedzieć z jakiego powodu, strasznie pejoratywne. Ellis napisał „Księżycowy Park”, który w warstwie akcji, zżyna z Kinga, aż wióry lecą, i uszło mu to na sucho. Spójrzmy na prozę Mitchella. Co on w tych książkach wyprawia! A mimo to jest uznanym pisarzem i nikt mu nie przykleja łatki eskapisty. W Polsce „fantastyczność” jakoś strasznie stygmatyzuje. Ludzie nie dostrzegają w tym narzędzia, metafory, jedynie tanie sztuczki, lasery i „beam me up, Scotty”. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Zwłaszcza że mamy długą tradycję świetnej fantastyki wychodzącej poza swe ramy ze wspaniałym skutkiem (choćby proza Kuby Małeckiego). Im bardziej krzepnę w środowisku fantastów i im więcej poznaję ludzi z nim związanych, tym bardziej uważam, że problem niezrozumienia gatunku leży w bezmyślności. Tak, oduczyliśmy się myśleć. Telewizją śniadaniową i serialami zabito w nas chęć odkodowywania złożonych metafor. Dlatego czytajmy fantastykę. Fantastyka to baśnie przyszłości. Bez baśni trudno iść przez życie.

Rozmawiała: Milena Buszkiewicz

Tagi: , , , , , , , ,

Kategoria: wywiady