banner ad

Balans między fabułą a przemycanymi faktami ? wywiad z Joanną Jodełką, autorką „Rektorskiego czeku”

13 maja 2019


Po opublikowaniu opartej na faktach powieści „2 miliony za Grunwald”, która opowiadała o ludziach ukrywających przed hitlerowcami obraz „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki, Joanna Jodełka proponuje nową książkę ? obyczajowo-kryminalną. „Rektorski czek” został napisany z okazji 100-lecia uniwersytetu w Poznaniu i łączy wątki historyczne ze współczesnym wątkiem kryminalnym. Karolina Rosada, pracownica archiwum uniwersyteckiego, trafia przypadkiem na indeks z początków istnienia uniwersytetu w Poznaniu. Próbując poznać losy właścicielki indeksu, wpada na tropy prowadzące do odkrycia wielkiego fałszerstwa. To właśnie ta powieść o miłości, wielkich pieniądzach, szczytnych ideach i niejednoznacznej historii jest przedmiotem poniższej rozmowy z autorką.

Sandra Kamińska: Trudno oprzeć się wrażeniu, że twoja najnowsza książka, „Rektorski czek”, jest poniekąd hołdem złożonym miastu oraz Uniwersytetowi, który sama ukończyłaś. Jest przy tym doskonałą kryminalną rozrywką, która pochłonie każdego czytelnika, niezależnie od miejsca, z którego pochodzi. Czy długo chodził ci po głowie pomysł fabuły sięgającej do historii Poznania XX wieku oraz twojej Alma Mater?

Joanna Jodełka: Pomysły przychodzą z różnych stron, ale ten pojawił się raczej niespodziewanie, wraz z telefonem od nieznanej mi wcześniej Anny Schmidt-Fiedler dowodzącej Samodzielną Sekcją do Spraw Obchodów Stulecia. To ona wymyśliła, by do różnych akcji związanych z uczczeniem powstania Uniwersytetu dołączyć jakąś kryminalną historię. Spotkałyśmy się, a ja się od razu zgodziłam. Przecież to moja uczelnia. Pomyślałam też, że o kryminał w środowisku uniwersyteckim raczej nietrudno. Nie pomyślałam jednak, że historia powstania tej uczelni tak mnie zainteresuje.

W książce prowadzone są równolegle dwa wątki ? współczesny oraz historyczny, który pojawia się na kartach odnalezionego manuskryptu z początków XX wieku. Występują w nim autentyczne postaci, takie jak założyciel Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza Heliodor Święcicki czy archeolog Józef Kostrzewski. Ile jeszcze jest prawdy historycznej w przedstawionych w książce wydarzeniach?

Przeczytałam kilka biografii Heliodora Święcickiego, czytałam wspomnienia Józefa Kostrzewskiego, spędziłam trochę czasu w archiwum UAM, gdzie jest wiele dokumentów z tamtego czasu. Protokoły posiedzeń komisji uniwersyteckich, stare indeksy, listy studentów, a także teczki podpisane np. „sprawy różne” ? a w nich ciekawostki z życia studenckiego, łącznie z przewinami w stylu zakłócania porządku, podrabianie podpisów czy ściganie studentów seminarium za samowole uczestnictwo w wykładach, bez zgody biskupa. Świetnie się to czytało. Dostępne są też gazety codzienne z tego okresu. I w przeciwieństwie do gazet z okresu przedwojennego i wojennego, które czytałam przygotowując się do mojej wcześniejszej książki „2 miliony za Grunwald”, te z lat 1918-1919 wertowałam z wielką przyjemnością. Panował wtedy, oczywiście w prasie polskiej, nieprawdopodobny entuzjazm! Wielka, przeogromna radość. Radość z odzyskania niepodległości. Wygrania powstania. I właśnie powstania uniwersytetu. Starałam się przenieść jak najwięcej faktów do książki. Nawet postać dziennikarza wprowadziłam po to, by wykrzykiwał tytuły i podtytuły z rzeczywistych artykułów.

Oprócz wciągającej fabuły jest w twojej powieści kilka momentów, które robią niesamowite wrażenie. Jak choćby opis zabiegu cesarskiego cięcia, które odbywa się pod koniec XIX wieku. Czy książka wymagała od ciebie długiego reaserchu?

Kilka miesięcy spędziłam tylko na czytaniu wszystkiego z tego okresu. Wybierając wątki, które koniecznie musiały się pojawić. Niestety wiele nie zaistniało w książce, bo należało utrzymać balans między fabułą a przemycanymi faktami. Ale? Opis tego zabiegu carskiego cięcia pochodzi prawie w całości i to możliwie jak najwierniej od samego Heliodora Święcickiego, który przeprowadził wiele takich zabiegów, a niektóre bardziej skomplikowane szczegółowo opisał i ukazały się one drukiem w „Nowinach Lekarskich”. W tym przypadku, jest to zbitek dwóch opisów przeprowadzonych operacji. Jedna z nich odbyła się rzeczywiście na poddaszu kamienicy na Piekarach. Odwiedziłam też salę dydaktyczną Pracowni Dydaktyki, Historii Położnictwa i Ginekologii na Polnej. Jest wiele eksponatów w tamtych czasów. Instrumentów medycznych i przedmiotów, których przeznaczenia nie chciałam znać. To trochę dla mnie jak sala tortur. Konsultowałam się też z kolegą, doktorem Janem Mazelą, który wytłumaczył mi, co znaczy, że asystujący doktor trzymał podczas operacji w rękach(!) na serwetce(!) jelita pacjentki. Niby rozumiałam, co czytam, ale nie chciałam w to uwierzyć. Zależało mi, żeby ten opis umieścić w książce z dwóch powodów. Ponieważ rzadko w kryminałach pojawia się tyle krwi ? tak prawdziwej, po drugie chciałam zwrócić uwagę na to, że nasz pierwszy rektor i założyciel uniwersytetu był świetnym, doskonale wykształconym ginekologiem. Przeprowadził też wiele skomplikowanych operacji.

Opisy i doświadczenia profesora Adama Wrzoska również są prawdziwe. Na przykład artykuł „O otruciu aniliną” można znaleźć w bibliotece poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Ale tego to już dalej nie będę opowiadać.

Rękopisy i wiekowe dokumenty zostają odnalezione w powieści zupełnie przez przypadek. Są w posiadaniu rezolutnej staruszki, która nie do końca ma świadomość ich wartości. Zastanawiam się, czy często zdarza się, że tak ważne manuskrypty odnajdywane są dzięki zupełnemu przypadkowi i czy sama znasz takie historie? Może domy naszych dziadków kryją skarby, o których nie mamy pojęcia?

Tak. Takich historii jest wiele. W Muzeum Literatury na pewno mogli by o tym godzinami opowiadać. Ja wiem od pani z archiwum uniwersyteckiego, że kiedyś zakupiono stare dokumenty dotyczące uczelni, które pojawiły się w sprzedaży? na rynku jeżyckim! Dla niepoznaniaków wyjaśnienie, że na rynku jeżyckim z reguły kupuje się kwiaty, owoce, warzywa, różne szmaty, a ze skarbów to tylko te z runa leśnego. A jednak.

Niezwykle istotny dla intrygi kryminalnej jest też wątek romantyczny, w którym o rękę Olchy Jaworskiej zabiega dwóch przystojnych pilotów. To pomysł niczym z „Pearl Harbor”!

To pomysł, który pojawił się automatycznie podczas czytania książek o powstaniu wielkopolskim. I tu również z radością mogłam się tym zająć. Znowu odwołuje się do wcześniejszej książki, której większa cześć akcji dzieje się w 1939 roku. A był to czas samych dojmujących porażek. Z ciężkim sercem się to pisało. Tym razem mogłam sobie porozmyślać o wygranym powstaniu, o zdobyciu lotniska Ławica w Poznaniu. To ciekawa historia. Wraz z lotniskiem i hangarami uzyskano nieprawdopodobny łup w postaci samolotów i całego sprzętu lotniczego. Wartość tego dosyć sprawnego przejęcia, według historyków, przekracza wartość tego, co zdobyto pod Grunwaldem i pod Wiedniem. A jeszcze ciekawsza była samowolna eskapada polskich młodych lotników i odwetowy nalot na Frankfurt nad Odrą. Połączony ze zrzuceniem bomb. Dostatecznie przestraszono Niemców, którzy zaniechali już ataków na Poznań. Jak tego nie opisać? Czytając książkę o pilotach z tamtego okresu, natrafiłam na takiego, który wykradzionym prusakom samolotem wylądował pod Gnieznem w trakcie powstania, i na takiego, który zaraz po powstaniu zaczął studiować prawo na poznańskim Uniwersytecie. Dzielne chłopaki, jak tu się w nich nie zakochać?

Który plan czasowy był dla ciebie przyjemniejszy do stworzenia? Rękopis Jana Kantego wymagał stylizacji i dużej historycznej uwagi?

Starałam się sztucznie nie stylizować języka. Zostawiłam to, co mi się naturalnie składało, czytając gazety i różne sprawozdania. Poza tym świetnie mi się pisało za Jana Kantego, służącego Heliodora, ponieważ w jego usta mogłam przekazać cały mój zachwyt dla postaci rektora i innych założycieli uniwersytetu. Razem z nim mogłam wspominać go z rozrzewnieniem. Jednocześnie opowiedzieć w szczegółach jak wyglądało życie Heliodora, o tym jak zrobił majątek na „parcelizacji” i wyjaśnić „na co poszedł” ów tytułowy ? rektorski czek.

Nie mogłabym nie zapytać o wątek feministyczny, jaki pojawia się w „Rektorskim czeku”. Przełom XIX i XX wieku to dopiero początki kobiet na uniwersytetach. Jedna z głównych bohaterek książki, Olcha Jaworska, chce zostać lekarzem. Jest też żona Heliodora Święcickiego, która sama mu się oświadcza. Dlaczego zależało ci, aby taka problematyka pojawiła się w twojej książce?

Zdaje się, że żona Helena z Dąbskich była wyjątkową kobietą. Piękną wdową, niezwykle majętną. Była też pacjentką Heliodora Święcickiego, który usunął jej jakiś rodzaj poważnego nowotworu. Najprawdopodobniej uratował jej życie. Nie jest trudno zakochać się w takim lekarzu. Tym bardziej, że był stanu wolnego. Plotki towarzyskie opisane we wspomnieniach poznaniaków z tamtego czasu mówiły właśnie, że sama mu się oświadczyła. Było to napisane przez jakąś panią, z lekka złośliwie. Moim zdaniem mogła być to prawda, z tym, że ja to poczytuję za plus Helenie. Była rozsądną kobietą i wzięła sprawy w swoje ręce. Wiedziała, że to parę lat młodszy mężczyzna, majętny, ale nie tak bardzo jak ona, trochę nieśmiały do kobiet, sam się nie odważy. Dobrze zrobiła. Byli szczęśliwą parą. Helena umarła wcześniej, a on kochał ją nieprawdopodobnie do końca swoich dni. A co do studentek? zdjęcia pięknych, młodych dziewczyn ze starych indeksów miałam cały czas przed oczami. Poprzypinałam je do tablicy korkowej i patrzyłam często w oczy tych nieprawdopodobnie ambitnych i konsekwentnych dziewczyn. Z podziwem.

Chciałabym zapytać jeszcze o smaczki związane z samym procesem pisania. Wiem, że twoja poprzednia książka „2 miliony za Grunwald” powstawała w dużej mierze podczas podróży po Azji ? w Tajlandii, Wietnamie, Laosie. Czy swój nowy kryminał pisałaś w równie szczególnych okolicznościach przyrody?

Tym razem pisałam w Poznaniu i zdążyłam skończyć przed kolejną podróżą.

A jakie masz sposoby na to, aby nie pogubić się w mnogości wątków, postaci i planów czasowych? W „Rektorskim czeku” dużo się dzieje, a jednocześnie cały przebieg wydarzeń jest jasny i czytelny ? chapeau bas!

Dziękuję. Jakoś mam to w głowie. Jedno musi wynikać z drugiego. Odrzucam wątki, które do niczego nie prowadzą, choć czasami bardzo bym chciała je opisać. I płakać mi się chce, jak muszę odłożyć je gdzieś na bok, a potem z nich zrezygnować. Ale to jeszcze przed pisaniem. Z reguły wszystko drukuję, wcześniej fotografując każdą interesującą mnie informację. To kilkaset kartek. Podkreślam, zaznaczam i rozrzucam po całym mieszkaniu. Robię przez jakiś czas straszny bałagan. Potem powoli metodycznie, przypinam wszystko do trzech, czterech tablic. Koleżanka, która mnie kiedyś odwiedziła, kazała mi robić zdjęcia tego bałaganu. Trudno to opisać, proponuję zobaczyć. Umieszczam to na swojej facebookowej stronie. Można się chwycić za głowę.

I na koniec pytanie: czy dociekliwa i odrobinę szalona archiwistka Karolina Rosada ma w sobie coś z Joanny Jodełki? I czy Joanna Jodełka, gdyby wpadła na taki trop fałszerskiej afery, poczułaby w sobie żyłkę detektywistyczną?

Uwielbiam czytać przypisy i iść jak po sznurku od jednej pozycji do drugiej. Fajnie byłoby wpaść na ślad takiej afery sprzed stuleci. Musiałaby tylko być ukryta w jednym archiwum, choćby największym, tak żebym wiedziała, że rozwiązanie gdzieś jest. Wtedy mogłabym się zagrzebać na lata.

Rozmawiała: Sandra Kamińska
fot. Marek Czachorowski

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady