banner ad

Amerykanie, gdyby to była ich historia, nakręciliby już o tym co najmniej trzy filmy ? wywiad z Joanną Jodełką o „2 milionach za Grunwald”

31 października 2018


Jej debiutancka powieść „Polichromia” otrzymała Nagrodę Wielkiego Kalibru, czym przełamała męską hegemonię wśród laureatów. Następne książki ? „Grzechotka”, „Kamyk”, „Kryminalistka” i „Wariatka” ? umocniły jej pozycję jako jednej z najciekawszych autorek literatury kryminalnej. Teraz postanowiła zaprezentować się gatunkowo od nieco innej strony. Opublikowana 31 października powieść „2 miliony za Grunwald” to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami pasjonująca opowieść o wojennych losach „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki i o ludziach, którzy gotowi byli bronić obrazu za wszelką cenę. O swojej najnowszej książce opowiada Joanna Jodełka.

Elwira Gonet: Jest pani pierwszą kobietą, która zdobyła Nagrodę Wielkiego Kalibru. Oprócz pani otrzymały ją również Gaja Grzegorzewska i Marta Guzowska. Reszta laureatów ? czyli większość ? to mężczyźni. Uważa pani, że monopol na pisanie kryminałów w Polsce mają autorzy, nie autorki? Czy to bez znaczenia?

Joanna Jodełka: Z faktu tego, iż więcej mężczyzn otrzymało Nagrodę Wielkiego Kalibru, wynika tylko to, że otrzymało ją mniej kobiet, nic więcej. Może ma to związek z męskim składem jury, ale na pewno nie z monopolem na pisanie kryminałów. Zdaje się nawet, że u nas sprzedaje się więcej kryminałów pisanych przez kobiety. A jeśli spojrzeć szerzej, to nie wiem, czy ktoś przegonił Agatę Christie w ilości krążących po świecie książek.

Z drugiej strony, nie wiem, czy jakikolwiek autor czy autorka zasiada do pisania książki, zastanawiając się wcześniej, czy mu albo jej? płeć do gatunku pasuje.

Pani najnowsza powieść „2 miliony za Grunwald” to połączenie powieści sensacyjnej z historical fiction. Jaka jest różnica między pisaniem kryminału a powieścią sensacyjną?

To powieść sensacyjna oparta na faktach, która dzieje się przed i w czasie II wojny światowej. A kryminał czy jakąkolwiek inną książkę pisze się tak samo. Należy usiąść, a potem przebierać palcami po klawiaturze. Różnica jest na pewno w fazie przygotowań. Inne książki i gazety trzeba przeczytać. Czasami może trochę więcej takich, które pozornie z tematem mają niewiele wspólnego. Wszystko po to, by lepiej poczuć czas, o którym się pisze. W przypadku II wojny światowej było to trudne ? gdy się zbyt mocno zagłębiłam, to śniły mi się koszmary.

Skąd przyszedł do pani pomysł na napisanie powieści opartej na prawdziwej historii ukrycia „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki podczas okupacji niemieckiej?

Pięć lat temu zobaczyłam na ekranie „Bitwę pod Grunwaldem” w 3D, przygotowaną przez Tomasza Bagińskiego i Platige Image na zamówienie Muzeum Narodowego. Patrzyłam, jakbym ten obraz pierwszy raz w życiu zobaczyła. Malowidło, które chcąc, nie chcąc, widział każdy setki razy. I jak po sznurku zaczęłam czytać. Najpierw o tej realizacji stereoskopowej, potem o samym obrazie? i wtedy otworzyłam oczy ze zdziwienia. Nie znałam historii tego płótna. Szczególnie jego losów podczas II wojny światowej. Nie wiedziałam, że obraz ten był poszukiwany jak przestępca, że wyznaczono za niego wielką nagrodę. To historia, jakiej żaden obraz nie ma! Pierwsze, co pomyślałam, to że amerykanie, gdyby to była ich historia, nakręciliby już o tym co najmniej trzy filmy. Na przykład jeden ze Spencerem Tracy, drugi z Harrisonem Fordem, trzeci może teraz z Ryanem Goslingiem. Każdy inny, bo historia jest tak nieprawdopodobna, że da się ją opowiedzieć na wiele sposobów.

Jak wyglądały prace nad tą powieścią? Spędziła pani dużo czasu w archiwach? Na jakich źródłach pani bazowała podczas pisania?

Odbyłam kilka ciekawych podróży z związku z tą powieścią. Byłam w domu Matejki przy Floriańskiej w Krakowie. Fantastyczne miejsce. Od razu można sobie wyobrazić, jak żył, mieszkał i tworzył mistrz? nawet jakie papierosy palił. Byłam oczywiście w Muzeum Narodowym, patrząc na prawdziwe płótno i długo na ludzi, którzy je oglądają. Było to nie mniej ciekawe. Odwiedziłam również pracownię konserwacji, rozmawiając o tym, jak konserwuje się płótno, które przeżyło tak wiele lat w tak trudnych warunkach. Pytałam, jak się ściąga takiego kolosa ze ściany, jak zwija. Obraz przed konserwacją ważył sześćset kilo. To naprawdę nieproste (polecam relacje na YouTubie). Byłam w Zachęcie, skąd obraz wywożono, i oczywiście parę razy w Lublinie, dokąd trafił. Oprócz tego dużo książek i prasy, z różnych okresów. To zajęło najwięcej czasu, ale dla mnie czytanie to ulubiony etap pisania.

Jak to jest wplatać prawdziwe postaci w fikcję? W „2 milionach za Grunwald” występują takie osoby jak Stanisław Lorenz, Roman Pieczyrak, Stanisław Ejsmond czy prof. Władysław Woyda. To autentyczni bohaterowie. Miała pani pewne obawy, że wykorzystuje pani czyjeś biografie na rzecz własnej prozy?

Nie ma w tej powieści żadnych biografii, jedynie ludzie, którzy brali udział lub otarli się o tę historię. Wielokrotnie również opisani, właśnie z tej okazji, tego powodu i w tym kontekście. Ja mam wielki podziw dla tych ludzi i tak ich przedstawiłam. Jedynie Stanisław Lorenz (postać zasługująca na oddzielną powieść) nie brał udziału w tej akcji. Pojawił się w książce dlatego, że jest tam wiedeński profesor Dagobert Frey, który przed wojną zajmował się sztuką polską, z honorami oprowadzany był po muzeach, po to by w czasie wojny czynnie brać udział w grabieniu sztuki polskiej. Chciałam to zaznaczyć, oddając samą atmosferę, jaka była przed wybuchem wojny. A wszystkie przytoczone w pytaniu osoby to wspaniali ludzie, prawdziwi bohaterowie. Żałuję, że powieść nie pomieściła jeszcze wielu innych, którzy brali udział w ratowaniu obrazu. Oczywiście całą resztę trzeba było wymyślić. Pogodę, dialogi, kolejność przedstawianych wydarzeń, dołożyć fikcyjne postaci, przez które opowiada się historię.

Jednym z głównych bohaterów pani najnowszej powieści jest typ spod ciemnej gwiazdy ? Dziurawiec. Czy jego pierwowzór również można znaleźć w rzeczywistej historii?

Nie. To postać całkowicie wymyślona, potrzebna, by płynnie pokazywać wydarzenia i ich ciągłość. Patrzeć na to, co się dzieje cudzymi oczami. Przydała się też taka swego rodzaju skaza na tle wielu kryształowych postaci i naturalny przeciwnik Austriaka Gerharda von Lossowa, arystokraty, oficera SS, który obrazu poszukuje. On zresztą też jest postacią fikcyjną uosabiającą tych, którzy obraz chcieli zniszczyć. Przez niego pokazane są powody, motywy Himmlera, Goebbelsa i paru innych postaci. A także funkcjonujący mit krzyżacki. Choć muszę się przyznać, że Dziurawiec ma swój daleki pierwowzór. Pojawił mi się on w głowie, gdy czytałam wspomnienia Róży Fiszman-Sznajdman „Mój Lublin” ? stamtąd dowiedziałam się o niejakim Motyce, który wielokrotnie podziurawiony nożem, trząsł ulicą Lubartowską. Bali się go wszyscy. Ale podczas wojny prawdopodobnie dla odmiany dopuścił się również czynów szlachetnych.

Z wykształcenia jest pani historyczką sztuki. Ma pani swoich ulubionych artystów? Jest wśród nich Matejko?

Przeczytałam chyba sześć biografii Matejki, a może więcej? Szczerze go podziwiam. Przezywany od dziecka np. Ślepowron, ze względu na poważną wadę wzroku. Wątły, niski, chorowity, często opuszczany przez żonę, zajmujący się czwórką dzieci, a malował takie giganty! Nieprawdopodobna postać, pełna pasji i wiary w to, co robi. Podziwiany za życia w całej Europie. Mógł malować dwa razy mniej, zarabiać dziesięć razy więcej, ale miał misję, oddany bezgranicznie Krakowowi, chciał pokazywać dzieje Polski, przypominam ? syn Czecha i Niemki. Ach! Pracował bardzo ciężko, w wieku pięćdziesięciu lat wyglądał jak starzec? I myślę, że właśnie ta pasja sprawiła, że jego obrazy są tak ważne. Do teraz. Żałuję, że nie mogłam poświęcić mu więcej miejsca w książce, ale to wtedy byłaby całkiem inna opowieść. Może jeszcze kiedyś się uda.

O czym będzie pani kolejna powieść? W którym kierunku tym razem planuje pani zmierzać?

Kończę kryminał, który zamówił u mnie Uniwersytet Poznański z okazji swego stulecia. Będzie tam wątek kryminalny, ale też dużo prawdziwej historii sprzed 100 lat. Tam też pojawią się nietuzinkowe postacie, wielcy ludzie i niesamowite czasy.

Rozmawiała: Elwira Gonet
fot. Marek Czachorowski

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: wywiady