banner ad

Zmoro

10 stycznia 2012

Jakub Żulczyk „Zmorojewo”, Wyd. Nasza Księgarnia
Ocena: 8 / 10

Wystarczy jedna dobra książka. Ona pojawia się w pewnym momencie i później nie można już przestać. Nałóg czytania ma zresztą różny przebieg, stopień intensywności to kwestia indywidualna.

Mój pierwszy raz przeżyłem na wakacjach w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku. Rodzice wywieźli mnie na wieś do babci i dziadka. Miałem wypocząć na łonie natury i wreszcie nauczyć się pływać w pobliskim jeziorze. Ale przez dwa tygodnie padało, więc musiałem odpuścić sobie naturę. Z nudów sięgnąłem po kulturę: na wakacje zabrałem (mama mi zapakowała) książkę „Niesamowity dwór” Zbigniewa Nienackiego. Zacząłem bez przekonania, ale już po kilku stronach poczułem, że otwiera się dla mnie coś zupełnie nowego. To była moja pierwsza prawdziwa książka. Niemal o niej zapomniałem, ale ostatnio Jakub Żulczyk swoim „Zmorojewem” zafundował mi wyśmienity wehikuł czasu.

Punktem wyjścia powieści jest perspektywa dramatycznie nudnych wakacji, jakie rysują się przed głównym bohaterem, Tytusem Grójeckim, którego rodzice wywieźli na wieś do babci i dziadka. W zabitej dechami dziurze ma być słabo i głucho. Szybko okazuje się jednak, że Głuszyce przełamują stereotyp polskiej prowincji. Poza standardową ofertą dresiarskich atrakcji, posiadają mroczną tajemnicę od lat skrywaną w pobliskich lasach. Poza tym (a może przede wszystkim) we wsi przebywa (również na zesłaniu) Anka, a to wszystko zmienia.

Jeśli spojrzeć na okładkę „Zmorojewa”, książka wygląda jak jedna z młodzieżowych, bardzo popularnych ostatnio pozycji ?literatury grozy?. (Komercyjny sukces „Zmierzchu” S. Meyer wywołał nagły przypływ sympatii do horroru. Niestety niekontrolowane rozmnożenie wampirów, strzyg, upiorów, duchów i wilkołaków osłabiło emocje ? w myśl zasady, że tysiąc nagich dziewic robi mniejsze wrażenie niż jedna ? i, jak to często bywa w popkulturze, sprowadziło autentyczny walor do roli tandetnego gadżetu.) W tym wypadku zachęcam jednak do wnikliwej lektury, ponieważ powieść Jakuba Żulczyka nie mieści się w szufladzie z napisem ?romantic black emo story? (czy coś w tym rodzaju).

Dorosły czytelnik (a tylko z takiej perspektywy potrafię o książce Żulczyka mówić) odnajdzie w „Zmorojewie” ślady wzruszeń sprzed lat. Wspomniałem na początku o Zbigniewie Nienackim nie bez powodu. Nie tylko sentymentalizm recenzenta tutaj się odzywa. Tak niezwykła, niemal hipnotyczna umiejętność wciągania czytelnika w bieg przedstawianych wydarzeń, która cechuje pióro Jakuba Żulczyka dawno nie zdarzała się w polskiej ?literaturze młodzieżowej? (cudzysłów sugeruje umowność kategorii). Jeśli miałbym wskazać kogoś, kto w równym stopniu koncentrował uwagę odbiorcy, na myśl przychodzi mi właśnie autor cyklu o Panu Samochodziku. Pamiętamy doskonałe stopniowanie napięcia i budowanie specyficznego nastroju mrocznej tajemnicy, które decydowały o tym, że od lektury trudno było się oderwać. W przypadku „Zmorojewa” mamy podobną sytuację: szybko wpadamy pomiędzy strony tej książki i zaczynamy traktować świat powieści jak własną przygodę. Jest to możliwe, ponieważ Jakub Żulczyk ? podobnie jak kiedyś Zbigniew Nienacki ? potrafi świetnie opowiadać historie.

O wartości książki autora „Instytutu” obok sprawnej narracji decydują także inne czynniki. Rzecz dzieje się tu i teraz. Tytus Grójecki jest zwykłym (tak się początkowo wydaje) chłopakiem łupiącym w gry komputerowe, który ma jazdę na zjawiska paranormalne. Jego młodzieńcze uczucie do sympatycznej, aczkolwiek nieco postrzelonej dziewczyny przebiega klasycznie: wspólna zabawa, fascynacja, maślane oczy, pierwszy pocałunek itd. Wiejskie przepychanki z miejscowymi osiłkami, młoda dziennikarka z przerośniętymi ambicjami, cyniczny biznesmen, zblazowany policjant, wszystkie te elementy wystarczyłyby na sprawnie napisaną powieść obyczajową. Ale obok współczesnych rekwizytów funkcjonuje w „Zmorojewie” świat równoległy, ukryty w ciemnościach, o którym mieszkańcy Głuszyc nie chcą pamiętać. Będą jednak zmuszeni szybko sobie o nim przypomnieć.

Do budowy irracjonalnej rzeczywistości autor wykorzystuje składniki, zaczerpnięte z rozmaitych podań i legend. Niektóre z nich ? jak choćby lustro Twardowskiego, kwiat paproci, czy Świtezianka ? rozpoznajemy bez trudu, inne wymagają od dociekliwego czytelnika podjęcia pewnej aktywności: trzeba trochę poszperać (lecz nie jest to warunek konieczny, można po prostu dać się porwać lekturze), jeszcze inne zrodziła wyobraźnia pisarza. W efekcie czytelnik zwiedza tajemniczy, niekiedy koszmarny świat fantastycznych zjawisk i postaci, który wycieka z mroku do szarej codzienności.

Nieunikniony konflikt wybucha na styku obu równoległych krain. Do walki dobra ze złem ludzie nie są przygotowani. Cała nadzieja w małym chłopcu, na którego nagle spada ogromna odpowiedzialność. Motyw niepozornego bohatera o wielkiej sile ducha znany z różnych tekstów kultury, żeby wymienić choćby walkę Dawida z Goliatem czy misję Frodo Bagginsa, autor zastosował mistrzowsko. Czytelnik szybko utożsamia się z Tytusem Grójeckim, podążając za nim z drżącym sercem.

Książka Jakuba Żulczyka jest pierwszą częścią cyklu. Niedawno ukazała się jej kontynuacja pod tytułem „Świątynia”. O niej też kilka słów niebawem. Tymczasem wypada zakończyć refleksyjnie i napisać, że „Zmorojewo” należy do tych nielicznych powieści, których lektura utrudnia powrót do rzeczywistości. Takie utwory mogą wywołać niepożądany w obecnych czasach nadrozwój wyobraźni i niekontrolowane, niebezpieczne poszerzenie wrażliwości.

Marcin Karnowski

Gdzie kupić:
Kup książkę w księgarni Selkar
Kup książkę w księgarni Lideria

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: recenzje