banner ad

Wolski niczym Gaiman

15 października 2011

Marcin Wolski „Doktor Styks”
Ocena: 9 / 10

Gdyby Neil Gaiman żył w kraju nad Wisłą, to nazywałby się Marcin Wolski. Swoją najnowszą powieścią, „Doktor Styks”, łódzki pisarz udowadnia, że należy do czołówki polskich prozaików.

Warszawa. Polska doby PRL. Autor popularnego słuchowiska kryminalnego popełnia samobójstwo. Jego uczeń, młody i uzdolniony radiowiec Gwidon, dostaje propozycję kontynuacji pracy swojego mistrza. Ale kiedy próbuje dopisać urwaną historię śledztwa w sprawie serii morderstw, pojawiają się przeszkody. Dwa nowe odcinki (nagrane jeszcze przed śmiercią twórcy słuchowiska) w tajemniczy sposób zostały skasowane. Nigdzie nie można znaleźć ich scenariusza. Reżyser słuchowiska pije na umór, a realizator po nagłym wylewie cierpi na afazję. Zupełnie jakby jakaś tajemnicza siła chciała za wszelką cenę wymazać ślady po niewyemitowanych odcinkach. Jakby tego było mało, Gwidon zaczyna podejrzewać, że jego mistrz nie odebrał sobie życia, ale został zamordowany.

Niespodziewanie wokół zaczynają dziać się trudne do wyjaśnienia zjawiska. I to natury parapsychologicznej. Gwidon przenosi się do świata ze słuchowiska, pełnej uroku, przedwojennej Warszawy, na którą cień rzucają doniesienia o kolejnych ciałach wyłowionych z Wisły. Za to bohaterowie słuchowiska pojawiają się w rzeczywistości PRL. Śledztwo zatacza coraz szersze kręgi i wszystko wskazuje na to, że za zbrodniami stoi tajemniczy Cień, doktor Styks.

Powieść Wolskiego wpisuje się w modny ostatnio nurt contemporary fantasy (czyli fantasy osadzone we współczesności). Tyle, że autor nie byłby chyba sobą, gdyby nie splótł przy okazji gatunkowego figla. Owa „współczesność” w „Doktorze Styksie” to lata doby PRL ubiegłego wieku, dodajmy, że niezwykle barwnie i przekonująco oddane. Lektura od razu nasuwa skojarzenia z Neilem Gaimanem, innym autorem wspomnianego wcześniej nurtu. Nie, żeby Wolski pisał jak Gaiman. Nie mam zamiaru sugerować, że polski pisarz jest jakąś rodzimą kopią Brytyjczyka. Polak jest oryginalnością samą w sobie, niepowtarzalną i wyjątkową. Nie tylko w skali kraju, ale i świata.

Nie można również porównać nastroju cechującego prozę obu pisarzy. Gaiman to łagodna postać depresji, horror koszmarów ubrany w szatki baśni. Wolski to ironiczny uśmieszek, kąśliwa złośliwość dżentelmena, inteligentna satyra w kostiumie fantastyki.

To, co ich łączy, to wyjątkowy talent do snucia opowieści, które od pierwszych stron porywają czytelnika i wrzucają w sam środek fascynującego bez reszty świata. To także niezwykły dar zacierania granic między tym, co rzeczywiste, a tym co nadnaturalne, w niedostrzegalny i wiarygodny sposób. Zarówno Wolskiemu jak i Gaimanowi nie brak zdolności do tworzenia wielowymiarowych postaci o bogatym życiu duchowym i przyciągającej osobowości. I to nie tylko głównych, ale także drugo- i trzecioplanowych, a nawet epizodycznych. Postać wuja Leopolda w „Doktorze Styksie”, erotomana gawędziarza, konfabulanta pierwszej wody, który lubuje się w dopisywaniu „scen” do dzieł klasyków (wkleja je potem we właściwe miejsce między stronami), to bodaj jedna z najbarwniejszych, najciekawszych i zarazem najzabawniejszych postaci we współczesnej literaturze polskiej.

„Doktor Styks” nie pozostawia wątpliwości, że Wolski to mistrz opowiadania. I kiedy za dwieście lat 90 procent współczesnych polskich pisarzy pozostanie znana jedynie studentom filologii, klnącym na usypiające smęcenie o niczym, to „Doktor Styks” wciąż będzie bawił, rozweselał i wywoływał wypieki na twarzach czytelników. Jeśli tak się nie stanie, będzie to przyszłość, na która nie warto czekać.

Krzysztof Stelmarczyk

Tagi: , , , ,

Kategoria: recenzje