Wielkie, większe i największe – recenzja komiksu „Mroczna otchłań – tom 1”

16 czerwca 2020

Christophe Bec, Éric Henninot, Milan Jovanović „Mroczna otchłań – tom 1”, tłum. Ernest Kacperski, wyd. Egmont
Ocena: 7 / 10

„Mroczna otchłań” kontynuuje udaną passę nowych frankofońskich komiksów w ofercie wydawnictwa Egmont. Nie ma co prawda takiej siły rażenia jak „Indyjska włóczęga” czy „Dorwać Ramireza”, ale bardzo dobrze spełnia się w roli przygodowego czytadła z ambicjami.

Ta warstwa przygodowa w realiach podwodnych głębin zapowiadana jest już na okładce przedstawiającej olbrzymiego rekina i mikroskopijną na jego tle, unoszącą się w wodzie ludzką postać. Przy tej skali zdajemy sobie sprawę że ów rekin to stworzenie znacznie bardziej spektakularne niż drapieżnik z filmowych „Szczęk”. A jeśli jesteśmy już przy filmowych konotacjach, to przypomnijmy jeszcze przebój kinowy sprzed dwóch lat, czyli „Meg” z Jasonem Stathamem. Tak, to dobry trop, bowiem Meg jest skrótem od Megalodona, największego ziemskiego drapieżnika w historii, który wyginął około 5 milionów lat temu, ale na potrzeby i filmu, i komiksu twórcy postanowili przywrócić go do życia. Dzięki czemu odbiorcy mogą z pewnością liczyć na spektakularną przygodę.

Od razu uspokajam: „Mroczna otchłań” różni się mocno od filmu „Meg”, nie znajdziemy tu pamiętnych z niego głupotek i pełnego testosteronu bohatera, który będzie pojedynkował się na absurdalne sposoby z gigantycznym stworzeniem. Komiks ma ciekawszą, bardziej rozbudowaną fabułę, która stawia na tajemnicę, a nie akcję. Choć oczywiście bez akcji się nie obędzie, ale zawsze będą to sceny uzasadnione fabularnie i stopniowo rozwijające komiksową przygodę. Bez pośpiechu, z różnych punktów widzenia i budując otoczkę wiarygodności, choć pewnie znawcy tematu wychwyciliby przeróżne nieścisłości. Nie o to tu jednak chodzi, by boksować się z pomysłami twórców, tylko o to, czy lektura dostarcza nam autentycznej przyjemności, najlepiej bez poczucia zażenowania, które można było odczuwać przy „Meg”. I tak właśnie się dzieje, bo „Mroczna otchłań” to typowy dla rynku frankofońskiego komiks środka, nawiązujący do klasyki opowieści obrazkowych. Czyli coś, czego przy naszym rynku zalanym superbohaterskimi tytułami zwyczajnie brakuje.

Historia rozpoczyna się scenami na Ziemi sprzed 23 milionów lat, które pokazują nam Megalodona w jego naturalnym środowisku. Takich czasowych przeskoków jest w fabule bardzo dużo, choć nie będą to już tak spektakularne odstępy czasowe. Służą one budowaniu szerszego kontekstu fabularnego, który z czasem okazuje się dotyczyć nie tylko pojawienia się w naszej współczesności prehistorycznych, gigantycznych stworzeń, ale zahacza również o mit Atlantydy i zapowiedzi końca świata. Przy tym nie mamy tutaj głównego bohatera, tylko zbiór różnorodnych osobowości choć centralną postacią wydaje się być widoczna na okładce dziewczynka o imieniu Lou, posiadająca niecodzienne właściwości. Poznajemy również jej matkę, badaczkę Kim Melville, ekscentrycznego miliardera, którego zamiarem jest schwytanie Megalodona, ukrywającego się za maską prezesa koncernu wydobywczego Carthago, który nie chce dopuścić, by do opinii publicznej przedostały się informacje o aktywności prehistorycznych stworzeń. Jest też opozycyjna w stosunku do niego grupa aktywistów ekologicznych Adome, zdolnych do stosowania drastycznych środków.

Ci różnorodni bohaterowie i – można powiedzieć – także strony konfliktu składają się na fabularną mozaikę zdolną wciągnąć czytelnika w wir przygody i pozostawić głodnego dalszego ciągu. W albumie zostały zebrane bowiem trzy tomy opowieści i jak wynika z zapowiedzi, czeka nas kolejny, dwutomowy zbiór, przy czym końcówka podpowiada, że zostało jeszcze mnóstwo do opowiedzenia i odkrycia. Ów fakt cieszy i skłania do porównań z innymi dziełami z tego gatunkowego przedziału. Na pewno „Mroczna otchłań” nie uniknie porównań z twórczością weterana frankofońskiego komiksu – z Leo i jego „Aldebaranem”, „Betelgezą”, ale najbardziej z „Kenią” i „Namibią”, jako że te pierwsze tytuły dzieją się przede wszystkim na innych planetach. I mimo że twórczość Leo to w dużej mierze science fiction traktujące o kontakcie z pozaziemskimi cywilizacjami, to „Mroczna otchłań” jest do niej w wielu aspektach podobna.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to rysunki, podane w postaci czystej, realistycznej kreski (trochę urody zabrało im użycie wyjątkowo płaskich kolorów). Drugie to upodobanie do obrazów fauny i flory, czasami wymyślnej, które są znakiem rozpoznawczym zarówno serii Leo, jak i „Mrocznej otchłani”, za którą odpowiada dwóch rysowników: Éric Henninot i Milan Jovanović. Trzecie to scenariusz Christophe’a Beca oparty na stopniowym odkrywaniu tajemnic i budowaniu wiarygodnej warstwy naukowo-przygodowej, która odróżnia ją od rozrywki spod znaku Kina Nowej Przygody.

Nie znaczy to jednak, że fani Indiany Jonesa będą kręcić na „Mroczną otchłań” nosem. Wręcz przeciwnie, to tak samo atrakcyjna opowieść, tylko z inaczej rozłożonymi akcentami, ale służąca przede wszystkim zapewnieniu odbiorcy solidnej dawki przygodowej rozrywki. Zresztą obie łączy choćby motyw tajemniczych budowli, które wyszły spod ludzkiej ręki, tyle że te w komiksie są ukryte głęboko pod wodą. W tych głębinach czają się wielkie, większe i jak się okazuje, największe stworzenia broniące dostępu do tajemnic, które mogą skierować bieg ziemskiej historii na nowe tory. A jak będzie w rzeczywistości i czy dostaniemy rozwiązanie wszystkich zagadek „Mrocznej otchłani”, okaże się w kolejnych tomach zbiorczych, na które musimy cierpliwie poczekać.

Tomasz Miecznikowski

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje