banner ad

Wielka nauka, ludzkie problemy – recenzja książki „Zderzacz” Joanny Łopusińskiej

9 czerwca 2022

Joanna Łopusińska „Zderzacz”, wyd. W.A.B.
Ocena: 6,5 / 10

Określana dumnie w okładkowym blurbie „pierwszy polskim thrillerem naukowym z prawdziwego zdarzenia” powieść Joanny Łopusińskiej, wzorem kilkukrotnie przywoływanego w treści Dana Browna, łączy wartką akcję z wielkimi teoriami. Czy jednak potrafi robić to z równym powodzeniem?

Fabuła „Zderzacza” przenosi nas do grudnia 2011 roku, w przeddzień wielkiego odkrycia. Podczas gdy cały świat z zapartym tchem wpatruje się w szwajcarski CERN, oczekując kolejnych informacji na temat Bozonu Higgsa zwanego też „Boską cząstką”, w samym klejnocie koronnym organizacji, Wielkim Zderzaczu Hadronów, dochodzi do tragedii. Oto bowiem znalezione zostaje ciało młodego fizyka, Noaha Majewskiego. Okoliczności śmierci nie są oczywiste, a jakby tego było mało, wkrótce na jaw wychodzi, że naukowiec pracował nad tajemniczą teorią, zwaną Regułą Przypadku, której publikacja mogła zatrząść fundamentami fizyki. Gdy policja usilnie próbuje znaleźć potencjalnego sprawcę, w sprawę wciągnięta zostaje siostra Majewskiego, Ava, a także jego najlepszy przyjaciel, Alex. Czy komuś zależało na zdobyciu teorii dla własnych celów? Czym tak naprawdę jest owa Reguła Przypadku? Na te i inne pytania bohaterowie będą musieli znaleźć odpowiedź tak szybko, jak to tylko możliwe, bo już wkrótce staną do dramatycznego wyścigu z czasem, w którym stawką może być nawet porządek znanej nam rzeczywistości.

W „Zderzaczu” Łopusińska nie tylko rozpoczyna akcję niejako od ostatniej sceny, fundując nam iście hitchcockowe trzęsienie ziemi, ale przedstawia historię z kilku niemal równoważnych perspektyw. O ile głównymi bohaterami można bez zbędnego wahania określić Alexa i Avę, partnerujący im drugi plan w osobach multimilionera-filantropa Gideona Wellesa, zawziętej inspektor policji Danielle Hauser czy próbującej utrzymać sytuację pod kontrolą profesor Franceski Accardi stanowi integralną część fabularnej sieci, którą autorka rozpina na kartach powieści. Tak duża ilość postaci wymaga panowania nad wieloma zazębiającymi się elementami – ale pod tym względem autorka wychodzi z tarczą, płynnie prowadząc nas przez kolejne rozdziały historii. Wiele równoległych wątków to również możliwość dowolnego sterowania tempem powieści. Trzeba przyznać, że gdy Łopusińska raz dociska pedał gazu do podłogi, nie odpuszcza już po sam finał. „Zderzacz” rozkręca więc wysokie tempo, do którego cegiełka po cegiełce dokładane są kolejne gatunkowe elementy romansu i thrillera naukowego, co przekłada się na dynamiczną całość. Czyta się to niewątpliwe szybko. Trudno nie odnieść wrażenia, że trzymamy w dłoniach gotowy materiał na film akcji.

Joanna Łopusińska (fot. Wojtek Biały)

Podobać może się w „Zderzaczu” również warstwa naukowa wyrosła na rzeczywistych teoriach polskiego fizyka Krzysztofa Zawiszy. Co prawda dawka wiedzy na temat synchroniczności i probabilistyki, przyozdobiona wdzięczną scenerią genewskiego Wielkiego Zderzacza Hadronów, nie będzie niczym nadzwyczajnym dla zaawansowanych adeptów nauk ścisłych, ale też nie o to tu chodzi. Książka Łopusińskiej ma w pierwszej kolejności dostarczyć rozrywki. Można by powiedzieć, że warsztatowo autorka radzi sobie zatem z formułą thrillera naukowego bardzo dobrze… gdyby tylko nie dojmująca przewidywalność głównego wątku.

Pod całą tą fasadą misternie skonstruowanej intrygi, przenikających się planów czasowych i fascynujących teorii naukowych kryje się bowiem ze wszech miar standardowa historia, w której ci dobrzy, stojąc na straconej pozycji, podejmują walkę z uosobioną niegodziwością. Co gorsza, próżno, szukać w takim pomyśle rewolucyjnych rozwiązań czy choćby chęci pójścia pod prąd. Nawet jeśli więc wysokie tempo nakręca dramatyzm, to prowadzenie bohaterów po dobrze sprawdzonych już ścieżkach powoduje, że książka jest po prostu bezpieczna. Dlatego finał nie wybrzmiewa tak, jak powinien, ani tym bardziej nie satysfakcjonuje karmionej intrygującymi pytaniami ciekawości. Ponarzekać można również na dialogi – o ile same w sobie są poprawne, tak już natrętne wplatanie powtarzających się obcych wyrażeń może po pewnych czasie drażnić.

„Zderzacz” nie jest powieścią pozbawioną pewnych mankamentów. Można jednak uwierzyć w jego powodzenie na rodzimym, a być może również na zagranicznych rynkach. W niczym nie ustępuje bowiem pojawiającym się tam tytułom. Trochę dobrego marketingu i sukces zdaje się być w zasięgu ręki.

Maciej Bachorski


Tematy: , , ,

Kategoria: recenzje