banner ad

Toksyczna miłość

7 kwietnia 2014

wielki-liberaceScott Thorson „Wielki Liberace”, wyd. Marginesy
Ocena: brak1

Obłuda. Zakłamanie. Dobrobyt. Przepych. Religijna gorliwość. Egocentryzm. Kult młodości. Nałogi. Toksyczna miłość. To tylko niektóre z tematów szeroko poruszanych w przejmującej i wciągającej książce „Wielki Liberace”, w której schorowany Scott Thorson dokonuje szczerej spowiedzi z lat spędzonych u boku sławnego głównie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych geniusza scenicznego, znanego jako Valentino Liberace. Nadszedł czas na odsłonięcie brutalnej prawdy o niegdysiejszym ulubieńcu publiczności, żyjącym w chronicznym kłamstwie i skutecznie zatajającym homoseksualne skłonności. Lektura owej książki to świetne wprowadzenie do tegorocznego filmu w reżyserii Stevena Soderbergha z Michaelem Douglasem w roli podstarzałego artysty.

Liberace przyszedł na świat w roku pańskim 1919 w sennym mieście West Allis w stanie Wisconsin jako Władziu Valentino. Swe pierwsze imię odziedziczył po polskich przodkach, a drugie zyskał dzięki miłości jego matki do filmowego amanta, Rudolfa Valentino. Gdy artysta dorósł, szybko pozbył się obco brzmiącego imienia oraz przezwisk (Wally, Walter), których szczerze nienawidził. Od tej pory nieliczni przyjaciele nazywali go Lee ? tak również zwracał się do niego autor rzeczonej publikacji. Ojciec Władzia był muzykiem klasycznym (grał na waltorni w orkiestrze symfonicznej) i to właśnie po nim Liberace odziedziczył talent muzyczny oraz ekspresyjną duszę.

Valentino był złotym dzieckiem, którego gra na pianinie urzekała najbliższych. Porzucony przez ojca, zamknięty w sobie i zagubiony długie lata żył w biedzie, uświadamiając sobie swą „inność” od otaczających go rówieśników. Już w wieku czternastu lat zdolny muzyk zaczął grać w na wpół profesjonalnym zespole występującym w okolicznych lokalach. Warte odnotowania jest to, iż jego karierę niejako ukształtował Ignacy Jan Paderewski, który przekonał go do zmiany wizerunku scenicznego. Władzio porzucił również muzykę klasyczną i świadomie wybrał estradę. Jego uwielbienie ekstrawagancji, ciekawe interpretacje znanych utworów muzycznych, magnetyzm w kontaktach z publicznością oraz prostolinijność sprawiły, iż odniósł niespotykany jak na tamte czasy sukces. W latach pięćdziesiątych dostał własny program telewizyjny, zaczął występować w znanych i popularnych miejscach (choćby Las Vegas), a jego zarobki błyskawicznie rosły. W młodym wieku spełnił swe najskrytsze marzenie ? porzucił biedę, żyjąc w dobrobycie i występując w kiczowatych kreacjach, które (o dziwo) były entuzjastycznie przyjmowane przez rzeszę wiernych fanów.

W recenzowanej książce Scott Thorson ledwie nakreśla główne wydarzenia rozgrywające się w życiu Liberace przed ich pierwszym spotkaniem mającym miejsce w 1977 roku. Narrator „Wielkiego Liberace” z całych sił pragnął zostać weterynarzem ? dzięki poznaniu Lee błyskawicznie zrewidował swe wcześniejsze marzenia. Przepych, w jakim żył Valentino, całkowicie zawładnął wyobraźnią nastolatka, a sam showman został nie tylko jego wieloletnim kochankiem, miłością życia, ale również wiernym przyjacielem, opiekunem, po części nawet ojcem. Osiemnastolatek z uwielbieniem spełniał kolejne fanaberie Liberace. Wstrząsająco prezentuje mroczną stronę ich związku: erotyczne zachcianki starszego o ponad czterdzieści lat adoratora, jego obsesję na punkcie młodości oraz operację plastyczną, jakiej musiał się poddać, aby upodobnić się do swego kochanka.

Thorson odważnie demaskuje prawdziwy wizerunek Liberace, który wierne fanki przez lata skutecznie odrzucały. Prezentuje m.in. pogłoski na temat romansu muzyka z hollywoodzkim amantem, Rockiem Hudsonem, który jako pierwszy w 1985 roku publicznie ujawnił, że jest zarażony wirusem HIV, oraz wytyka obłudę fałszywych przyjaciół milionera. Kwintesencją całej doskonałej lektury jest spotkanie artysty estradowego z równie uwielbianym w tamtych szalonych czasach Michaelem Jacksonem. Czytając ten epizod z życia Liberace, zorientujemy się, że oto przed nami stoją dwaj wielcy, wręcz ubóstwiani muzycy, odarci z otaczającej ich iście magicznej aury; wieczni chłopcy uwięzieni w starzejących się ciałach niczym Piotruś Pan pragnący zachować młodzieńczy wygląd.

„Wielki Liberace” to hipnotyzująca książka, którą czyta się jednym tchem i od której trudno oderwać wzrok. Jest tutaj więcej psychologicznej głębi niż w niejednej pozycji zajmującej się ową tematyką, a skomplikowana relacja Lee ze Scottem i toksyczna miłość zakończona w burzliwy sposób są świadectwem niedojrzałości oraz szaleństwa obu tragicznych postaci. Mamy tu także do czynienia z soczystym melodramatem pełnym osobistych tragedii, czarnych charakterów oraz wulkanu uczuć, emocji, lęków i frustracji.

Niech zwieńczeniem owej pozycji będą słowa wypowiedziane przez Liberace podczas jego niespodziewanego spotkania z odrzuconym kochankiem. „Scott, zaprosiłem cię, ponieważ chciałem ci powiedzieć, że z tobą byłem najszczęśliwszy”. Prawda ponoć boli najbardziej.

Mirosław Skrzydło

1Nie poddajemy ocenie książek, które ukazały się pod naszym patronatem.

Tagi: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje