banner ad

Seans spirytystyczny

2 czerwca 2015

mahatma-witkacJoanna Siedlecka „Mahatma Witkac”, wyd. MG
Ocena: (brak)*

Wobec kolejnego już wydania książki wyśmienitej, często omawianej, opisywanej przez specjalistów przedmiotu recenzent staje nieco zagubiony i półbezradny; zwłaszcza że dotychczasowi krytycy mówią właściwie jednym głosem, a ich zgodność zachwytu okazuje się ? co potwierdza lektura ? w pełni uzasadniona. Z drugiej strony mnogość analiz zachęca do poszukiwania innych, może mniej wyrazistych płaszczyzn, a wrażenie ?dotknięcia?, które pozostawia po sobie „Mahatma Witkac” Joanny Siedleckiej, domaga się uzewnętrznienia, posiedzenia chwilę przy książce.

Nie-biografia Witkacego już na wejściu uderza specyficzną perspektywą. Język i sytuacja narracyjna początkowo mogą dezorientować czytelnika. Jeśli jednak zaufamy autorce, przedostaniemy się do tamtego świata. Wówczas Joanna Siedlecka wycofa się po angielsku, na palcach podrepce do przedpokoju, założy płaszcz, wsunie buty i po cichutku zamknie za sobą drzwi, pozostawiając nas w rzeczywistości książki.

A teraz wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Zakopanem. Mamy wieczór, za oknem hula wiatr, a my wraz z innymi (jest dosyć tłoczno) siedzimy w dużym pokoju, popijając dobre wino. Na dzisiejsze spotkanie przybyło wielu gości, zjechali z rozmaitych zakątków i czasów. Zaczynają wspominać człowieka, bliską osobę, przyjaciela, znajomego, artystę. Każdy z uczestników dzisiejszego zlotu opowie nam własną przygodę ze Stanisławem Ignacym Witkiewiczem. Każdy przedstawi nam inną historię. Rozmaitość temperamentów gawędziarzy, ich języków, sposobów ujęcia, stanu ich pamięci zdecyduje o powstaniu wielu odmiennych szkiców, które złożą się na barwny obraz postaci.

Rozmowy naszych gości nierzadko schodzą na boczne tory. Często wyłaniają się wówczas koszmary z przeszłości, o których niemal zapomnieliśmy. Kiedy słuchamy relacji opisującej realia funkcjonowania artystów i ludzi kultury w okresie PRL, albo upokarzającą tułaczkę wdowy po autorze „Nienasycenia”, wpadamy w przygnębienie. Gdy docieramy do historii sprowadzenia prochów Witkacego, które okazały się szczątkami pewnej Ukrainki, nie wiemy: śmiać się czy płakać.

Nasi goście są szczodrzy i obdarowują nas wieloma niezwykłymi opowieściami. Co jakiś czas dolewamy więc wina do kieliszków i chłoniemy ich słowa jak gąbka. Nie zauważamy nawet, że wieczór zamienił się w noc, a noc minęła szybko i świt wita nas za oknami. Goście pożegnali się i rozjechali. Znów zarwaliśmy nockę przy dobrej książce.

„Mahatma Witkac” jest reportażem, który z dużym rozmachem i niezwykłą siłą ukazuje wspomnienia, opinie i wyobrażenia dotyczące Stanisława Ignacego Witkiewicza. Wspaniały efekt pisarka osiągnęła, niemal zupełnie wycofując siebie (oczywiście pozornie) z kart książki, co wymaga od autora dużej pokory i dyscypliny. Joanna Siedlecka dotarła w ostatniej właściwie chwili do żyjących świadków i po prostu dała im mówić. To „oddanie głosu” zbliża „Mahatmę Witkaca” do wydanego również w 2014 roku doskonałego reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”. I choć obie pisarki różnią się co do literackiej metody, w obu wypadkach zredukowanie ingerencji autora do niezbędnego minimum przyniosło rezultaty w postaci dzieła przejmującego autentyzmem zapisu.

Marcin Karnowski

*Nie poddajemy ocenie książek, które ukazały się pod naszym patronatem.

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje