banner ad

Portret kobiety – recenzja książki „Opowiadania wszystkie” Clarice Lispector

11 grudnia 2019

Clarice Lispector „Opowiadania wszystkie”, tłum. Wojciech Charchalis, wyd. W.A.B.
Ocena: 9 / 10

Clarice Lispector urodziła się w 1920 roku w podolskim Czeczelniku jako Chaja Pinkhasovna Lispector. Jej rodzina rychło uciekła przed pogromami do Brazylii – zrazu do Maceió, potem do Recife. Po śmierci matki przeprowadziła się z ojcem do Rio, pierwsze opowiadanie napisała, mając dziewiętnaście lat. Cztery lata później ukazał się jej debiut powieściowy, „Perto do coracao selvagem”, i nagle głośno się zrobiło o nieznanej studentce z rodziny biednych emigrantów. Krytycy byli zachwyceni, porównując ją do Virginii Woolf. Lispector zaś, niedługo po odtrąbieniu spektakularnego sukcesu, wyjechała wraz z mężem, dyplomatą, do Europy. Tymczasem w Brazylii zaczęła formować się jej legenda. Blisko pół wieku przed debiutem Ferrante literacki świat zelektryzowało śledztwo dotyczące tożsamości pisarki, która owym światem wstrząsnęła. Dość rzec, że, podobnie jak w przypadku autorki Cyklu Neapolitańskiego, sugerowano, że to pseudonim (jak można wszak mieć na nazwisko Lispector?), że jest mężczyzną (jak ktoś tak pośledni, jak kobieta, może pisać taką literaturę?!), a kolejne teorie były coraz bardziej karkołomne. Do Brazylii wróciła już sama, po blisko dwudziestu latach podróży, która zamieniła się w tułaczkę. Dzięki oficynie W.A.B. mamy okazję zapoznać się z kompletnym zbiorem osiemdziesięciu pięciu opowiadań Clarice Lispector, tej, którą Brazylia pokochała miłością żarliwą i balansującą na granicy kultu.

Przeczytamy tu o kobietach uzależnionych od silnych mężczyzn, gotowych na każde ich skinienie, pragnących czystym pragnieniem, bez uczuć i bez woli szczęścia. Tych z konwencjonalną przeszłością, zrodzonych w statecznej do bólu cywilizacji, czujących rozkosz w wyobrażaniu sobie pohańbienia, nikczemności, pogardy. O małżeństwach, które zapragnęły żyć bardziej intensywnie. Żyć w poszukiwaniu przeznaczenia, dając upust atawistycznemu instynktowi. Niezdarnie, skromnie, po omacku – ot, by odróżnić to, co zasadnicze, od tego, co takim nie jest. By, może po raz pierwszy w życiu, móc opowiedzieć historię o sobie samych, nawet jeśli pozornie nie ma sobie człowiek nic do powiedzenia. U Lispector ci, którzy marzą, cierpią, gdy te marzenia się spełniają, a ci, którzy chcą być perfekcyjni, skazują się na piekło niepopełniania błędów, które przecież tak często otwierają właściwe drzwi. Ci, którzy przez całe życie wybierają siebie, raptem zostają przez pomyłkę wybrani, przez pomyłkę kochani, a w tym wszystkim nie zdają sobie do końca sprawy, że czuć się kochanym to rozpoznać siebie samego w miłości. Na kartach opowiadań pojawiają się zarówno ci, dla których życie jest otwartą raną, jak i ci, którzy ukrywają swą miłość, by nie zranić oczu innych zazdrością. Stale mimowolni, ciągle mimochodem, zdeformowani przez adaptację do bożej wolności. Ci, którym się kręci w głowie od życia, aż po kres, aż po błogosławieństwo śmierci.

Clarice Lispector, 1972 rok (fot. Correio da Manha / Wikimedia Commons).

Jak Lispector wspominała, koncentracja na pisaniu zdawała się jej zabierać świadomość tego wszystkiego, co nie jest samym pisaniem. Kiedy tekst się od niej już odłącza, zaczyna się wydawać obcy, natomiast sam akt kreacji przypomina swoisty trans, zapamiętanie się. To pochłonięcie, całkowite oddanie się pisarstwu doskonale w opowiadaniach wybrzmiewa. Autorka eksperymentuje, łączy w nich wiele form, stylów, gatunków i tradycji – w tym, odwołując się do swojego pochodzenia, tradycję żydowską – przenicowując je nierzadko i reinterpretując. Głównie jednak w jej literaturze kipią iście latynoamerykańskie emocje. Jest więc erotyzm, pożądanie, pasja, ale kiedy trzeba, Lispector potrafi się wyciszyć, opisując meandry samotności, gaśnięcie, śmierć (czasem tę wytęsknioną, nie mniej pożądaną niż zachłyśnięcie się życiem). Niespecjalnie istotne są u niej fabuły, wydarzenia – to, co najważniejsze, rozgrywa się w szerokim diapazonie uczuć, wsobności. Niektóre opowiadania stanowią wręcz strumień świadomości, rozedrgany, buzujący, nieokiełznany monolog.

„Opowiadania wszystkie” Lispector nie są dziełem łatwym, zarówno jeśli chodzi o formę, jak i ciężar poruszanych tematów. Autorka dekonstruuje tu codzienność, splata ją ze wspomnianą wiwisekcją kobiecości i, wybornie operując dystansem, wtłacza tak powstały twór w kaskadę emocji. Kaskadę opisywaną, jak wspomniałem, z pasją i zapamiętaniem się, a całość, gdyby tego wszystkiego było mało, inkrustując nietypowymi frazeologizmami. Nazywano ją „czarownicą”, „świętym potworem” – zapewne nie bez przyczyny. Autor znakomitego wstępu do opowiadań, Benjamin Moser, napisał, że „Clarice Lispector wyczarowuje, przede wszystkim, samą siebie jako pisarkę. Od nastoletniej zapowiedzi, poprzez swego rodzaju dojrzałość, po implozję artystki, która zbliża się do śmierci, a nawet ją przywołuje – stopniowo odkrywamy postać większą niż suma poszczególnych jej utworów, ukochaną w Brazylii”. Bo Clarice, nie dość, że swoimi opowiadaniami hipnotyzuje, to jest w nich pewna dzikość, skupienie przede wszystkim na instynkcie, witalności. Zresztą, jak sama mówiła, literatura jest dla niej ocaleniem życia. A przecież „chaja” to po hebrajsku właśnie „żyjąca”, ta, która uosabia istotę i esencję trwania. W Septuagincie, Ewa (chawwa) wprost nazywana jest Życiem, matką wszystkich żyjących. Lispector tworzy w swych opowiadaniach kolejne portrety kobiet składające się wręcz w jeden zbiorowy portret, figurę Ewy, której towarzyszymy od dzieciństwa, pierwszych miłości, aż po śmierć. Tej, która jest rozkrzyżowana pomiędzy presją społeczeństwa, narzuconymi rolami i wynikającymi z nich traumami a przemożną potrzebą samostanowienia. Pomiędzy pragnieniem wolności a ciężarem narzuconych z góry ograniczeń.

Mirosław Szyłak-Szydłowski

Tagi: , , , , ,

Kategoria: recenzje