banner ad

Pierwsza transza zagłady

5 stycznia 2017

Irvine Welsh „Trainspotting Zero”, tłum. Jacek Spólny, wyd. Replika
Ocena: (brak)*

Stara ekipa znów w grze. Tym razem Irvine Welsh przenosi swoich najsłynniejszych bohaterów do czasów, gdy heroinowy nałóg dopiero zaczął brać ich życie we władanie.

Mark Renton, czyli dobry chłopak, który stał się antybohaterem, cyniczny manipulator i żywy magnes na maniurki Sick Boy, tyleż prostolinijny, co nierozgarnięty Spud, psychopata z rozregulowanym agresorem Begbie. Minęło prawie ćwierć wieku odkąd konfraternia straceńczych bohaterów „Trainspotting” wparowała z buta do popkultury. Blisko dziesięć lat później Welsh dopisał ciąg dalszy ich perypetii w powieści „Porno”, a po upływie kolejnej dekady doczekaliśmy się tego oto prequela, nareszcie dostępnego w polskim przekładzie.

„Trainspotting Zero” przenosi czytelnika do połowy lat 80. Szkocja służy wówczas za poligon doświadczalny dla neoliberalnej polityki Margaret Thatcher. Efekty boleśnie odczuwa miejscowa working class. Zamykane kopalnie, masowe zwolnienia, rosnąca rzesza bezrobotnych. Tradycyjne robotnicze społeczności rozpadają się, zżerane poczuciem beznadziei i braku przyszłości, których ogrom proporcjonalny jest do cynizmu klasy rządzącej. W samym środku całego tego syfu następuje eksplozja popularności heroiny. Ta zaś trafia między złakniony chwili odlotu lud niczym niedopałek papierosa w kałużę benzyny.

I co by było, gdyby nie popularny hel? Mark Renton dalej czytałby książki, słuchał punk rocka i northern soulu, pewnie skończyłby studia i z porządnego chłopaka zmienił się w zacnego członka społeczeństwa. Tymczasem życie dobrodusznego rudzielca obrało katastrofalny kurs, a i cała otaczająca go ludzka masa zaczęła jak gdyby gnić od środka. Brutalna pacyfikacja górniczej demonstracji (w której uczestniczy ojciec Marka, zdeklarowany związkowiec), opisana zaraz na początku książki, jest zaledwie preludium do zagłady rozłożonej na raty.

Upadek Rentona urasta zresztą do metafory sytuacji panującej w Szkocji epoki thatcheryzmu. Niezdolny do nowych reguł gry, wymagających cwaniactwa i liczykrupstwa, prostolinijny chłopak znajduje w nałogu znieczulenie na wszelkie bolączki. To samo uzależnienie pochłania w międzyczasie setki innych, niezależnie od wieku czy wykształcenia. Edynburg połowy lat 80. nie bez powodu staje się heroinową stolicą północy.

Historia jest oczywiście ? jak to u Welsha ? przesycona brutalnym naturalizmem i naszpikowana makabrycznymi żartami. Autor ujawnia jednak klasę niedostępną zwykłemu literackiemu chuliganowi, kapitalnie mieszając konwencje i środki. Pozwala każdemu z pierwszoplanowych bohaterów wcielić się w rolę narratora, wprowadza masę krwistych wątków, a przede wszystkim znakomicie operuje stylem, gotów sparodiować sentymentalne pisarstwo w stylu sióstr Brontë, by za chwilę stać się proletariackim Joyce’em lub T.S. Eliotem z socjalnego osiedla. Także dlatego ponad pięćset stron książki wchłania się szybko jak hero… Nie, tego porównania już sobie oszczędzę.

Sebastian Rerak

*Nie poddajemy ocenie książek, które ukazały się pod naszym patronatem.

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje