banner ad

Piękno wszystkiego i niczego – recenzja nominowanej do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy książki „Pod słońcem” Julii Fiedorczuk

1 lipca 2021

Julia Fiedorczuk „Pod słońcem”, Wydawnictwo Literackie
Ocena: 8 / 10

Wojna. Potem – po wojnie. I wspomnienia, sięgające korzeniami jeszcze wcześniej – do tej pierwszej, zwanej Wielką, która miała ponoć położyć kres wszystkim innym. Głównymi bohaterami są… powiedzmy, że Michał i jego żona Miłka, ponieważ ich jest najwięcej, ale to tylko hasło wywoławcze dla wygody. Bo każdy z bohaterów, a można ich naliczyć kilkunastu, wchodząc na scenę zajmuje ją dla siebie bez reszty. Czy wioskowy głupek Saszka, tańczący wśród drzew, czy boleśnie wrażliwy Jurek Bułka, którego umysł nie nadążył za duszą, czy mknąca na łyżwach Zofia, czy też kolejne pokolenia jednej rodziny: rodzice Miłki, rodzice Michała, ich rodzeństwo, ich dzieci, ich wnuki. Kręgi w kręgach, a w nich kolejne, mniejsze i następne, jeszcze mniejsze.

Te kręgi składają się na opowieść o budowaniu tożsamości – w sposób świadomy i nieświadomy. Gdzieś daleko w przeszłość zagłębiają się nasze korzenie, historia, która sprawia, że znaleźliśmy się właśnie tutaj, w określonym punkcie rzeczywistości. Być może dlatego, że jeden z naszych przodków podjął taką, a nie inną decyzję. Może poddał się określonym emocjom, może popełnił jakiś błąd w osądzie albo wręcz przeciwnie – wybrał słusznie. Może jego jedyna wina czy zasługa polegała na tym, w jakiej grupie etnicznej czy w jakim wyznaniu się urodził.

Nawet dla ludzi dobrze znających dzieje własnej rodziny wiele tych elementów pozostanie zagadką, ponieważ ich istotą są emocje, refleksje i okruchy relacji, wzruszeń czy rozczarowań. Sedno tych uczuć z czasem blaknie, są własnością osoby, która je przeżywała, jej intymnym sekretem. Ale coś z nich mogło w nas pozostać: dzieciach, wnukach, prawnukach, tworząc łańcuch zależności, łańcuch osadzający nas mocno w świecie, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy – ba, nawet jeśli całkowicie tę myśl odrzucamy.

Poznajemy Michała jako kilkunastoletniego ucznia, zafascynowanego poezją, oczarowanego mocą kryjącą się w słowach. Najpierw odkrywa świat za pośrednictwem wiedzy przekazywanej przez nauczyciela rosyjskiego, a potem za sprawą związku ze starszą od siebie, boleśnie doświadczoną życiem Zofią i związanego z tym pierwszego spełnienia. To wtedy zaczyna notować w dzienniku refleksje – czym jest miłość? Co się za nią kryje? Co się z nią wiąże? Do tego pytania będzie wracał przez całe życie.

Cofamy się też do wspomnień z wczesnego dzieciństwa Michała, gdy do domu powrócił jego ojciec – Piotr, po nieudanej wyprawie w głąb Rosji, która miała przynieść życie płynące mlekiem i miodem, a zakończyła się cierpieniem i pracą ponad siły. Kiedy Piotr będzie opowiadał po latach o tych doświadczeniach, nada im zupełnie inne ramy, wiele elementów celowo pominie. I znów opowieść i fakty pójdą innym torem, ale ich oddziaływanie pozostanie równie mocne i obecne.

Michał spotkał przyszłą żonę, Miłkę, kiedy oboje byli jeszcze dziećmi i próbowali ogarnąć w swoich młodziutkich umysłach, czym właściwie jest wojna.

Byle tylko wojny nie było! – będą powtarzać oni i kolejne pokolenia po nich.

Michał i Miłka osiadają w małej szkole w Upirach, gdzie niepodzielnie panuje nauczyciel, pan Franciszek, napędzany domową pigwówką i wspomnieniami o tych, którzy odeszli. Kiedy pan Franciszek odejdzie również, Michał z żoną przymierzą się do porządkowania jego rzeczy. Wiele lat później to samo będą robić córka i wnuczka Michała, gdy to jego zabraknie. I pewien element się wówczas powtórzy: niektórych przedmiotów nie uda im się zidentyfikować. Musiały coś oznaczać – coś ważnego – ale co to było? W przypadku Michała taki przedmiot mógł przywoływać konkretne wydarzenie, przeżycia. Dla jego bliskich to tylko obiekt… ale ma w sobie wspomnienie tego, co Michał kiedyś czuł, kim był. Nawet jeśli brakuje słów na opisanie historii, ona wciąż tam jest. Wciąż na nas wpływa. Kształtuje po kawałeczku to, kim jesteśmy. Jak suma okruchów, niemal niewidocznych gołych okiem. Są wśród nich tęsknoty, marzenia, ambicje. Są też króciutkie, ulotne interakcje z innymi ludźmi, czasami spotkanymi tylko raz. Są potrzeby i pragnienia. Jest też strata, rozpacz i ból. Po upływie kolejnych dekad te okruchy nie będą już miały kontekstu ani nazwy. Ale pozostaną. Jako osobista historia – jako baza budowania tożsamości tych, którzy przyjdą później.

Michał to marzyciel, artysta. Może ktoś powiedziałby nawet: niespełniony. Ale czy rzeczywiście? Łaknie emocji i te emocje znajduje, nawet jeśli w innej formie, niż by to sobie idealistycznie wymarzył. Nie publikuje książek, ale żyje jak pisarz: słowem, poprzez listy i dzienniki. Nie wystawia obrazów, ale żyje jak artysta: malując obrazki na szybach sklepów, szkicując napotkanych ludzi, ucząc rysunku. Znalazł klucz do siebie na tyle, by nie roztrząsać rzekomego niespełnienia, ale smakować to, co mu ofiarowano. I uczy się przez całe życie, starając się patrzeć świadomie, uczestniczyć w pełni w tym, co przeżywa, co myśli. Jest w tym absolutna prostota i zwyczajność – a także wielka inspiracja.

W książce pojawia się przez chwilę postać Marianny – kobiety, która poszukiwała absolutnej wolności, która stale próbowała oderwać się od ziemi, sprawiając wrażenie szalonej, niedostosowanej. Jak ta potrzeba objawi się w jej potomkach? Jaki znajdzie wyraz?

Michał jest z natury nomadą, ale jego podróże mają głównie charakter duchowy. Jednak ten pierwiastek umiłowania drogi odezwie się i w jego córce Basi, i we wnuczce Michalinie, przyjmując bardziej dosłowną, niespokojną formę.

Kręgi w kręgach, a w tych kręgach kolejne, kolejne i jeszcze kolejne.

Wyjątkowe piękno tej opowieści kryje się w potoczystym następstwie wspomnień, swobodnie przemieszczających się w miejscu i czasie. Brak linearności i mnogość bohaterów, w tym bohaterów epizodycznych, może być początkowo nieco myląca. Ale im głębiej zanurzamy się w opowieść, tym bardziej porywa nas jej nierówny, meandrujący nurt. Przypomina to gawędę przy kominku, kolaż starych zdjęć, przeglądanie pamiątek należących do dawno już nieżyjących członków rodziny.

„Pod słońcem” zaczarowuje zwyczajność, nadaje jej głębię, o której na co dzień nie pamiętamy. Podbarwia magią życie wplecione w rytm pór roku, ożywia postacie z przeszłości, które mogłyby być naszymi dziadkami, pradziadkami, praciotkami i prawujami. Wyzwala refleksje: skąd pochodzimy, co nas ukształtowało, gdzie tkwią nasze korzenie? I kiedy przy kolejnym przeglądaniu starego albumu natkniemy się na fotografię prababci, być może spojrzymy na przodkinię z nowej perspektywy, rozważając, co mógł skrywać ten dziwnie rozmarzony, nieobecny półuśmiech.

Karolina Chymkowska

Tematy: , , , , ,

Kategoria: recenzje