banner ad

O dupku, którego da się lubić – recenzja książki „Świeży” Nico Walkera

28 września 2020

Nico Walker „Świeży”, tłum. Krzysztof Cieślik, wyd. Wydawnictwo Poznańskie
Ocena: 9 / 10

Czytanie „Świeżego” przynosi nam jedno dominujące uczucie – chcemy, aby książka wreszcie się skończyła. Natomiast po ukończeniu lektury żałujemy, że nie możemy pobyć w towarzystwie tytułowego bohatera trochę dłużej.

Ta chęć towarzyszenia dłużej Świeżemu (w oryginale Cherry) nie wynika tylko z tego, że powieść nagle się urywa i nie wiemy jakie były dalsze losy bohatera. W tym przypadku mamy przecież osobę autora powieści, Nico Walkera, skazanego w 2012 roku na więzienie za napady na banki, dla którego Świeży to wyraźne alter ego. Walker, tak samo jak bohater jego powieści, jest weteranem wojny w Iraku i człowiekiem w młodości uzależnionym od opioidów i narkotyków. Żal z ukończenia książki odczuwamy z innego, głębiej osadzonego w naszej świadomości powodu. Nie dostaliśmy żadnego morału. Bohater nie doświadczył żadnego moralnego przebudzenia lub nagłego oświecenia, które pozwoliłoby wrócić mu na drogę do normalności i bycia porządnym obywatelem. To w jakiś sposób boli i nie pozwala nam schować się na umysłowej wysepce wyściełanej poczuciem bezpieczeństwa z wiedzą, że dla Świeżego wszystko dobrze się skończyło. No niestety, nie w tym przypadku.

Pisząc te słowa wiemy już jednak, że Nico Walker został zwolniony z więzienia, w którym odbywał karę od dwa tysiące dwunastego roku. Wiemy też, że pisanie książki zajęło mu około czterech lat i wymagało tysięcy poprawek, choć podczas lektury ma się wrażenie, że autor usiadł i po prostu machnął tę rzecz w tydzień, jak kiedyś, za dawnych czasów Marek Hłasko czy Philip K. Dick. Ta powieść to zresztą nie był jego pomysł, tylko Matthew Johnsona, współwłaściciela wydawnictwa Tyrant Books, który po przeczytaniu w sieci o weteranie skazanym za napady na banki zaproponował mu napisanie książki na bazie osobistych doświadczeń. Pytanie też: jak wiele jest tu włożone pracy redaktorskiej, by „Świeży” był czytany w tej ostatecznej formie, skoro sam Walker żartobliwie przyznaje, że w jego wersji główny bohater był po prostu dupkiem, a dopiero po redakcji Tima O’Connella stał się dupkiem, którego można polubić. Dającym w żyłę kolesiem, w którym jest jednak to coś – może wrażliwość na otaczające go, okazjonalne piękno świata – co czyni nam go bliskim.

To piękno, które czasem Świeży dostrzega nawet w wojennej zawierusze Iraku, przebija się do nas z wielką trudnością, ale jednak ostatecznie trafia poprzez zalew pędzących z prędkością karabinu maszynowego słów. Obserwacje, który czyni podczas tego słowotoku Świeży czasami nie mają w ogóle znaczenia, czasami potrafią boleśnie dotknąć czytelnika. W świecie wokół nie ma żadnych świętości, w życiu bohatera i jego kolejnych kobiet jest tylko jego smutna proza, a momenty szczęścia dają złote strzały heroiny. Gdzie tu wspomniane piękno, gdzie w ogóle sens, gdzie nadzieja na lepsze widoki? Nic z tego nie uświadczymy, jakby Świeży na własne życzenie cierpiał za miliony. Choć to nieprawda, bo przecież na wojnie w Iraku cierpią inni, a główny bohater jakimś cudem wychodzi cało z koszmaru, udaje mu się przeżyć. Co zupełnie nie zmienia faktu, że i tak dalej pozostaje w koszmarze, którego imię w tym przypadku brzmi PTSD. Świeży jednak w ogóle nie użala się nad sobą, to nam samym jakoś automatycznie włącza się współczucie – w wielu momentach pomieszane z odrazą. Świeży to trochę taki Piotruś Pan współczesnych czasów, który za wszelką cenę chce uciec przed dorosłością, tyle że każda z jego rozpoczętych przygód jakimś sposobem zmienia się w koszmar. A skoro to koszmar, to Walker nie szczędzi nam jego rzetelnych, acz lapidarnych opisów.

Sposób użycia języka jest zresztą kluczem do odczytania powieści. Opisy wojny wskakują tu na zupełnie nowy poziom, być może jeszcze w literaturze nieznany, ukazujący świat przedstawiony w formie mimowolnej, pełnej połamanych rytmów improwizacji. Rzecz w tym, że takim samym językiem co wojenne okropności, opisywane jest życie przed i po Iraku i przede wszystkim kontakty z kobietami. To efekt jak najbardziej zamierzony, życie po prostu staje się tu strefą wojny, która w zalewie słów tworzących odstręczające obrazy po prostu powszednieje, a XXI-wieczny Piotruś Pan wpada w pętlę, z której nie ma jak się wydostać.

Podczas lektury obserwacje, którymi zalewa nas narrator, również nam powszednieją. Jednak im bliżej końca powieści, tym coraz większy czujemy niepokój, bo podświadomie chcemy, żeby i Świeżemu, i towarzyszącej mu na wielu zakrętach życia Emily udało się znaleźć bezpieczną, życiową przystań. Dlatego zakończenie jest takim wstrząsem, pozostawia nas w zawieszeniu i poczuciu niedowierzania, że można być takim dupkiem, który na własne życzenie marnuje sobie i innym życie. Obudź się człowieku, myślimy docierając do ostatniej strony, ale długi sen bohatera trwa i jedyne pocieszenie przynosi posłowie autora, które podpowiada, że z koszmaru można jednak uciec w prawdziwym życiu. W tym fikcyjnym już tak pięknie nie jest.

Tomasz Miecznikowski

Tagi: , , , , , ,

Kategoria: recenzje