Niech żyje anarchia! – recenzja komiksu „V jak Vendetta” Alana Moore’a i Davida Lloyda

1 października 2014

v-jak-vendettaAlan Moore, David Lloyd „V jak Vendetta”, wyd. Egmont
Ocena: 9,5 / 10

Alan Moore to enfant terrible amerykańskiego przemysłu filmowego. Z wielką niechęcią podchodzi do kolejnych prób przeniesienia swych wybitnych dzieł na ekrany kin, uważając owe działania za z góry skazane na porażkę, zadania praktycznie niewykonalne. Doszło nawet do tego, że twórca wielokrotnie nagradzanych „Strażników” zrzekł się całkowicie finansowych profitów z kolejnych ekranizacji, kategorycznie żądając usunięcia swego nazwiska z tychże wielomilionowych produkcji. Nadworny Mag z Northampton ma do tego święte prawo. W końcu jego słynne powieści graficzne to wprost doskonałe postmodernistyczne dzieła, podejmujące odważną krytykę systemów totalitarnych („V jak Vendetta”) czy wzorcową dekonstrukcję superbohaterskiego mitu („Strażnicy”). Wśród dwunastu arcydzieł światowego komiksu, zebranych w egmontowskiej serii Kanon Komiksu, znalazły się oba z wymienionych w tymże akapicie sztandarowych pozycji w szerokim dorobku artystycznym Moore’a. Poznajcie urodzonego rewolucjonistę V., który w ciągu ostatnich lat stał się symbolem globalnego ruchu antyglobalistów. Niech żyje anarchia!

Niniejszy album w luźny sposób nawiązuje do epokowego „Roku 1984” George’a Orwella. Podobnie jak w przypadku klasycznego dzieła z końca lat czterdziestych poprzedniego wieku mamy tu do czynienia z futurystyczną antyutopią o silnie politycznym wydźwięku. Akcja ponurego, momentami okrutnego komiksu Moore’a rozpoczyna się 5 listopada roku pańskiego 1997 w Londynie. Jak dowiadujemy się z telegraficznych informacji zawartych w poszczególnych rozdziałach, Wielka Brytania została oddzielona od reszty świata po wyniszczającej, globalnej wojnie i nawiedzającym ją śmiercionośnym wirusie. Kraj z demokratycznego dobrobytu przekształcił się w hermetyczne państwo totalitarne, rządzone twardą ręką przez Wielkiego Kanclerza i posłuszne jego woli aparaty kontroli nad lękliwym społeczeństwem. Prawo jednostki zostało zastąpione dobrem wspólnym, a publiczne łapanki, aresztowania i likwidacja każdego, kto nie potrafi się dostosować, są na porządku dziennym. Na początku powstawania nowego systemu brutalnymi środkami pozbyto się wszelakiej maści odszczepieńców, homoseksualistów czy Muzułmanów, a obozy zagłady na nowo zaczęły zbierać krwawe żniwa. W dystopijnej rzeczywistości pojawiła się iskra nadziei na lepsze jutro pod postacią zamaskowanego wojownika ukrywającego się pod pseudonimem V.

v-jak-vendetta-rys1

Protagonista opowieści nieprzypadkowo wybrał ową datę na swój pierwszy atak terrorystyczny. 5 listopada to huczne święto Brytyjczyków, upamiętniające nieudany spisek prochowy bojownika Guya Fawkesa na Izbę Lordów z 1605 roku. Maska, którą nosi V, nawiązuje do twarzy owego buntownika, a jego późniejsze czyny stanowią kalkę dążeń Fawkesa. Tuż przed wysadzeniem w powietrze budynku Parlamentu Brytyjskiego mocno kontrowersyjny bohater ratuje szesnastoletnią Evey Hammond z rąk sadystycznych, partyjnych złoczyńców. Połączenie diametralnie różnych osobowości doprowadzi do szeregu zaskakujących sytuacji – V potraktuje nieświadomą Evey jako swą pomocnicę i kontynuatorkę jego wiekopomnego dzieła, a jej skomplikowana przyjaźń z okaleczonym wojownikiem zostanie poddana ciężkim próbom. Rozmowy tajemniczego mężczyzny z niewinną dziewczyną przesiąknięte są tęsknotą za minionymi czasami, zdewastowaną kulturą, czystą miłością, celebracją błahych uroków życia oraz powszechną tolerancją. Stanowią one kwintesencję sprawnej przypowieści, to jedne z najbardziej emocjonalnych i dramatycznych, a przez to autentycznych dysput w historii współczesnego komiksu. Kapitalnie obrazuje to scena, w której V odsłania przed Evey swój ostateczny plan a później dzieli się z nią przenikliwymi rozważaniami o anarchii. Nastolatkę irytują zawiłe zagadki serwowane przez zamaskowanego myśliciela, acz ze sporą ekscytacją uczestniczy w jego niebezpiecznej grze.

v-jak-vendetta-rys2

W recenzowanym arcydziele sztuki komiksowej scenarzysta „Prosto z piekła” przemycił swe poglądy na temat grup nacjonalistycznych i skrajnie prawicowych partii. „V jak Vendettę” można rozpatrywać z punktu widzenia różnych nauk: począwszy od politologii, socjologii czy filozofii egzystencjalnej, aż po psychologię społeczną czy nawet ewolucjonizm. Trzeba zauważyć, iż do każdej z tych dziedzin Alan Moore podchodzi z iście profesorskim wyczuciem, sumiennie budując zjawiskowe segmenty swego epokowego dzieła. Siłą komiksu jest jego dosadność, anarchistyczne przesłanie oraz doskonała konstrukcja psychologiczna danych bohaterów. Oczywiście pierwsze skrzypce odgrywają V i Evey, ale drugi plan aż skrzy od dwuznacznych postaci, jak choćby: kochanka dziewczyny, Gordona Deitricha, inspektora Fincha czy doktor Surridge, a także istnych diabłów w ludzkiej skórze: biskupa-pedofila Anthony’ego Lillimana, Głosu Wodza Prothero oraz samego Wielkiego Kanclerza Adama Sutlera. Ich motywy i działania zostały świetnie zaprezentowane, natomiast sceny z ich udziałem zapadają w pamięć i dopowiadają główną oś fabularną, koncentrującą się wokół rozgrywki Vendetty.

v-jak-vendetta-rys3

Szata graficzna rzeczonej opowieści, będąca zasługą Davida Lloyda, perfekcyjnie oddaje duszną atmosferę komiksu, demoniczność poszczególnych adwersarzy oraz wstrząsające ludzkie dramaty (spójrzcie tylko na rysunki zdobiące tragiczną historię Valerie czy przemianę torturowanej Evey w wychudzoną istotę). Ilustracje zachwycają szeregiem zdumiewających dodatków (Galeria Cieni V), londyńską architekturą, wyglądem protagonisty oraz sprawną kompozycją poszczególnych kadrów (prolog Księgi II odwołujący się do wodewilowego utworu muzycznego). Dobre wrażenie sprawia zimna kolorystyka, umiejętne operowanie czernią i wachlarz odcieni koloru niebieskiego, zgniłej zieleni i barwy piaskowej.

„V jak Vendetta” to kamień milowy w prezentowaniu dojrzałego, pouczającego komiksu przeznaczonego dla dorosłego czytelnika. Mimo szeregu brutalnych scen opowieść posiada antywojenny charakter i stanowi pean na cześć pełnej wolności, czystej anarchii i swobód obywatelskich. Intertekstualna żonglerka oraz symbolika litery/cyfry V w wykonaniu brytyjskiego pisarza sprawdzają się tu wyśmienicie, a sam V na zawsze pozostanie symbolem walki z niesprawiedliwością, nierównością i nieludzkimi systemami politycznymi. W czym też tkwi prawdziwa moc oryginalnej historii Moore’a.

Mirosław „V” Skrzydło

Tematy: , , , ,

Kategoria: recenzje