banner ad

Molekuły Joyce’a

9 stycznia 2013

Alfonso Zapico „Dublińczyk”, „Śladami Joyce’a”, wyd. Timof i cisi wspólnicy
Ocena: 6,5 / 10

Dwa tysiące dwunasty rok Jamesem Joycem stał. Po głośnym „Finneganów trenie” na nasz rynek trafiły dwie kolejne pozycje związane z twórczością wielkiego Irlandczyka. W odróżnieniu jednak od słynnego acz wymagającego dzieła „Dublińczyk” i „Śladami Joyce?a” są lekturą przeznaczoną dla wszystkich.

Przez jednych nazywany niekwestionowanym królem intelektualnego bełkotu, przez innych wybitnym eksperymentatorem literatury ? Joyce to świetny materiał na biografię. Abstrahując od twórczości rzeczonego, jego życie stanowiło okaz godny osobnego zaprezentowania. Zadufany w sobie egocentryk, dziwkarz i alkoholik, bezkompromisowy w swych osądach ? ktoś taki musiał skończyć jako geniusz albo zapomniany przez wszystkich dziwak, innych możliwości nie było. Z racji popełnionej twórczości przypadł mu ten lepszy los, co przełożyło się na niezliczoną ilość prac naukowych i biograficznych wydawanych rokrocznie na całym świecie.

Hiszpan Alfonso Zapico uznał, że warto byłoby dołożyć swoją cegiełkę do tej przebogatej bibliografii. Z racji wykonywanego zawodu (ilustrator) zdecydował się ująć życie pisarza w nieco inny sposób od swych poprzedników ? mianowicie w ramy bibliograficznego komiksu. Niektórzy mogliby w tym momencie zaoponować: „zaraz, zaraz, Joyce i komiks?” Jak jednak przekonuje rysownik i wydawca Daniel Joseph Schiff, wielki Irlandczyk nie tylko gustował w czytaniu gazet, w których stripy komiksowe zajmowały poczytne miejsce, ale również zdarzyło mu się pochwalić przed bratem faktem, że jeden z żartów rysunkowych opublikowanych w magazynie satyrycznym „Dublin Opinion” odwoływał się do „Ulissesa”.

kadry z „Dublińczyka”

Komiks biograficzny posiada u nas wieloletnią tradycję. U schyłku peerelu w tego typu twórczości przodowali autorzy pokroju Marka Szyszko bądź Jerzego Wróblewskiego, ale ich dokonania z uwagi na ograniczoną zazwyczaj do czterdziestu kilku stron objętość mogły uchodzić za ciekawostkę wyłącznie dla młodocianych odbiorców. Pozycje publikowane współcześnie przeznaczone są dla nieco dojrzalszego czytelnika, dlatego i rozmiary tychże są o wiele słuszniejsze. Spełniają również zgoła inny cel. Obecnie, gdy od nadmiaru wrażeń (i obowiązków) doba kurczy się niemiłosiernie, biograficzne komiksy stają się użytecznym kompendium informacji na temat życia wybranych postaci (pochłoniemy je o wiele szybciej niż opasłą książkę). Odgrywają także szczególną rolę w tworzeniu pomostu pomiędzy kulturą obrazkową a klasycznie pojmowaną literaturą, docierając do osób, które nie obcują z komiksami na co dzień.

Rozrysowany przez Zapico „Dublińczyk” wywiązuje się z powyższego zadania zupełnie przyzwoicie. Chociaż joyce?olodzy nie znajdą tutaj nic odkrywczego, na korzyść komiksu przemawia sposób, w jaki historia została opowiedziana – ciepły, przesycony humorem, jakby o tych wszystkich ekscesach i życiowych perypetiach opowiadała ukochana babcia przy rozgrzanym kominku. W porównaniu z wydanym u nas wcześniej „Café Budapeszt” rysunki Zapico nabrały ogłady, kreska stała się pewniejsza i wyrazistsza, więcej uwagi poświęcono detalom. Gdyby jednak przywołać wspomnianego wyżej Wróblewskiego, okazałoby się, że w warstwie graficznej „Dublińczyk” niewiele ma wspólnego z realistycznymi rysunkami stachanowca polskiego komiksu. Jeśli już, to doszukalibyśmy się tu podobieństw do groteskowej kreski znanej niektórym z? „Binio Billa”. Sam Joyce jest zresztą nieco podobny do polskiego szeryfa, którego przygody Wróblewski umieścił niegdyś na Dzikim Zachodzie.

Kazimierz Brandys, pisząc o wielkich nieżyjących współczesnej literatury, stwierdził, że wszyscy oni nadal istnieją w nas, są kroplą naszej świadomości i molekułą języka. Nawet jeśli nie będziemy ich czytać, to przetrwają w językowej pamięci. Podobne przesłanie przemyca na końcu „Dublińczyka” Zapico, niejako pocieszając, że te tłumy nieoczytanych, przelewające się codziennie ulicami Dublina, Paryża, Zurychu czy Triestu, też zostały w pewnym stopniu ukształtowane przez Joyce?a, chociaż prawdopodobnie nie są tego kompletnie świadome.

kadr z „Śladami Joyce’a”

Podobną metodykę działania przyjął Zapico ruszając w osobistą podróż śladami pisarza. Zamiast grzebać w archiwach i ślęczeć nad poplamionymi foxingiem papierzyskami, wybrał się do najważniejszych dla Joyce?a miast, gdzie odwiedzał lokalne puby, popijał piwo, oglądał odmóżdżające programy telewizyjne, zapędzał się w najbrzydsze zaułki dzielnic. Powstały z owych „wymówek” od żmudnej dłubaniny przy biurku dziennik podróżny może dać całkiem interesujący (choć niepełny) wgląd w proces twórczy rysownika, związany ze zbieraniem dokumentacji, spostrzeżeniami i wątpliwościami, poczynionymi niejako na marginesie właściwego dzieła. „Śladami Joyce?a” daje również możliwość skonfrontowania, ile z wybitnego Irlandczyka pozostało w miejscach, w których niegdyś żył i pisał. Dowiemy się na przykład, że znajdujące się w Trieście muzeum Svevo i Joyce?a potraktowało myśl Brandysa dosłownie. Autor „Ulissesa” rzeczywiście reprezentowany jest tam w ilościach molekularnych (zdjęcie przyklejone taśmą na ścianie plus komputer podłączony do niedziałającego terminala). Przeczytamy też krótką, niepozbawioną humoru, relację ze zjazdu joyce?ologów, jaki odbył się swego czasu w Bilbao. Przy okazji zaś udało się Zapico wtrącić w swym dzienniku kilka zaskakująco trafnych spostrzeżeń na temat kondycji współczesnej Europy.

Swoją przygodę z Irlandczykiem Zapico-autor i Zapico-bohater kończy, siedząc w oknie i prowadząc monolog wewnętrzny w iście joyce?owskim stylu. Co w takim bądź razie może nastąpić dalej? Z wylotu schodów mógłby wynurzyć się stateczny, pulchny Buck Mulligan, niosąc mydlaną pianę w miseczce. Bo w przypadku albumów Zapico z pewnością zadziała reakcja zwrotna. Skoro literatura potrafi zachęcić do sięgnięcia po komiks, czemuż by i komiks nie miał zachęcić do sięgnięcia po literaturę?

Artur Maszota

Kup komiksy na stronie wydawnictwa
Kup komiksy w księgarni Selkar
Kup komiksy w księgarni Lideria

Tagi: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje