banner ad

Królicze bushid?

30 lipca 2012

Stan Sakai „Usagi Yojimbo tom 1: Ronin”, Wyd. Egmont
Ocena: 9,5 / 10

Raz na jakiś czas rodzi się legenda. Ze świstem samurajskiego miecza albo z maźnięciem tuszu. A czasem przy wtórze jednego i drugiego.

XVII wiek, feudalna Japonia. Dobiegają końca wyniszczające wojny domowe, kraj przechodzi pod rządy szogunów. Usagi Miyamoto jeszcze do niedawna służył u boku jednego z wodzów, po jego śmierci stał się zaś roninem – bezpańskim samurajem. Podróżuje więc po kraju, poszukując duchowego oświecenia i zaprowadzając sprawiedliwość wszędzie tam, gdzie dzieje się krzywda. Aha, jeszcze jedno – Usagi jest królikiem.

Tak się jakoś złożyło, że Usagi Yojimbo (dosł. Królik Przyboczny lub wręcz Królik Ochroniarz) debiutował swego czasu w Polsce za sprawą wydanego przez Egmont tomiku „Daisho”, będącego już dziewiątą odsłoną poświęconej mu sagi. Nieistniejąca już Mandragora, wdrażająca na nasz rynek wcześniejsze części serii, zaczęła od początku, a więc właśnie od „Ronina”. Teraz możemy sięgnąć po egmontową reedycję dawno wyprzedanego komiksu.

Choć może nie wskazują na to przyjazne postaci zwierzęcych antropomorfów w kostiumach z epoki, mamy do czynienia z naprawdę poważnym komiksem. Stan Sakai, w ? Japończyk (choć z amerykańskim paszportem), każdą stworzoną przez siebie opowiastkę okupuje gruntownym studium historii Nipponu, dawnych wierzeń i zwyczajów. Nie inaczej jest z powstałym w 1987 roku „Roninem”. Wszystkie występujące w nim „słodkie zwierzątka” zaludniają zupełnie realny świat. Świat surowej kultury, obciążony widmem śmierci, ale też skłaniający do refleksji nad własnym tao.

U Sakaiego pojawia się zresztą cały przekrój dawnego japońskiego społeczeństwa – możnowładcy, samuraje, bezwzględni ninja (czasem dosłownie wyrastają spod ziemi, bo są… kretami), różne rzezimieszki oraz zwykli chłopi próbujący w spokoju przeżyć kolejny dzień. Właśnie ci maluczcy często zdolni są zresztą do czynów heroicznych i poświęceń, tak jak występujący w „Roninie” Gon, który po stracie towarzyszy stara się o odkupienie, stając do walki z pewną demoniczną bestią. Bo nie brak i w tym świecie demonów gotowych nękać śmiertelników, jakby ci nie dość mieli zmartwień.

Centralną zaś postacią pozostaje rzecz jasna Usagi, wzorowany na słynnym Miyamoto Musashim, niepokonanym mistrzu miecza. Wierny kodeksowi bushid? wojownik o czystym sercu i długich uszach związanych w tradycyjny kok. Zwracam uwagę na to, jak fizycznie zdążył się zmienić na przestrzeni lat – od czasu „Ronina” niewątpliwie zmężniał, nabrał ostrzejszych rysów, a Sakai regularnie podawać musiał mu hormon wzrostu.

Warto też wspomnieć, że w tomiku tym wprowadzonych na arenę zdarzeń zostaje kilku sojuszników bądź adwersarzy naszego samuraja-kicaja. Poznajemy jego wielką niespełnioną miłość Mariko, nieślubnego syna Jotaro, pana Noriyuki oraz jego wierną przyboczną Tomoe, gruboskórnego, acz poczciwego łowcę nagród, nosorożca Gennosuke (zanim jeszcze przyjdzie mu stracić jego róg) czy wreszcie niewidomego szermierza-prosiaka Zato-ino, inspirowanego legendarnym Zatoichim (kinu przypomniał tę postać parę lat temu Takeshi Kitano).

Rysunki również są wyjątkowe. Grube kontury i płasko kładzione faktury kojarzyć się wprawdzie mogą z ilustracjami w stylu książek dla dzieci, ale nie brak również wspaniałych kadrów, do których wcale nie od czapy byłoby porównanie z tradycyjnymi drzeworytami ukiyo-e (zaraz na pierwszej stronie: Usagi w pelerynie i bambusowym kapeluszu brnie przez śnieg w świetle księżyca – cudo!).

Jestem fanem, nie będę obiektywny – Usagiego znać trzeba.

Sebastian Rerak

Gdzie kupić:
Kup komiks w księgarni Selkar
Kup komiks w księgarni Lideria

Tematy: , , , ,

Kategoria: recenzje