banner ad

Koniec świata to tylko początek

29 kwietnia 2017

Margaret Atwood „Oryks i Derkacz”, tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, wyd. Prószyński i S-ka
Ocena: (brak)*

Wyobraź sobie, że budzisz się rano i nic nie jest takie, jak dotychczas. I nie chodzi o to, że rzucił cię mąż, szef zwolnił z lukratywnej posady w banku, a wszyscy przyjaciele się od ciebie odwrócili. Nie ma już twojego męża, nie ma szefa, nie ma banku, nie ma przyjaciół? Wszyscy zniknęli razem z dobrodziejstwami cywilizacji: prądem i bieżącą wodą, przemysłem, rolnictwem i handlem. Nastąpił KONIEC LUDZKOŚCI ? to, czym straszą nas ekolodzy, jeśli w porę się nie opamiętamy.

„Oryks i Derkacz” to ponura wizja przyszłości, nie tak dalekiej i nie tak nierzeczywistej, jak byśmy mogli sobie tego życzyć. Wydawca przekonuje, że to historia miłosna. Bynajmniej, miłość odgrywa tam rolę marginalną, ustępując wszechobecnemu i nieubłaganemu rozkładowi. Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Jimmy, zwany też Yetim ? jedyny przedstawiciel homo sapiens (przynajmniej zgodnie z jego najlepszą wiedzą), który przeżył KONIEC i stara się przetrwać w nowych i nieprzyjaznych okolicznościach. Towarzyszami jego niedoli są ludzkopodobni osobnicy, zwani Derkaczanami ? chociaż przypominają ludzi, zdają się mieć cechy i świadomość mocno odbiegające od tego, czego można by oczekiwać od homo sapiens. Ich relacja jest trudna, pełna pułapek i niezrozumienia, ale Derkaczanie ufają Yeti, a on jak najlepiej potrafi, próbuje wyjaśnić im świat i dzielące ich różnice. To niesamowicie ciekawy wątek, bo na oczach czytelnika tworzy się zalążek religii, konstruowanej ad hoc, nieco na oślep. Po chwili okazuje się bowiem, że rzucona na odczepnego odpowiedź staje się nowym dogmatem. Wychodzi z tego pełna luk i łatana naprędce historia wszelkiego stworzenia skonstruowana przez przypadkowego człowieka. Ciekawe to i warte zastanowienia.

Ale historia rodzącej się relacji ostatniego człowieka z Derkaczanami to nie jedyny element książki. Przecież musimy jeszcze dowiedzieć się, skąd te rodem z Marsa istoty pojawiły się na Ziemi i gdzie się podziała reszta ludzkości. Autorka prowadzi narrację naprzemiennie: przedstawia zdarzenia z teraźniejszości, przeplatając je z historią z przeszłości ? opisem życia głównego bohatera, które prowadzą do WIELKIEJ KATASTROFY. Margaret Atwood zdaje się wodzić czytelnika za nos, dawkuje informacje, a tym samym rozbudza ciekawość. To nie tylko bardzo sprytny zabieg konstrukcyjny, ale i swego rodzaju rękawica rzucona czytelnikowi. To równanie z kilkoma niewiadomymi: znamy efekt zdarzeń, ale co do niego doprowadziło? W miarę jak rozwija się historia, dostajemy coraz więcej danych do naszej analizy, a szanse na rozwikłanie zagadki rosną. Byleby tylko zdążyć przed tym, aż autorka zdecyduje się obwieścić rozwiązanie.

Ale zwycięzcy w tym konkursie tylko przez chwilę poczują radosną satysfakcję. Bo po lekturze nie sposób otrząsnąć się z nieprzyjemnych myśli. Nawet gdy czytamy o Ziemi sprzed KATASTROFY, tej ubranej w fatałaszki nowoczesności 5.0, próbującej udawać nową Arkadię. To świat, w którym wiele z naszych cywilizacyjnych zamierzeń już się spełniło: genetycznie modyfikowana żywność, która jest pożywna i hodowana bez obaw o łamanie praw zwierząt, wieże wirowe oczyszczające powietrze z zanieczyszczeń, leki na wszystkie bolączki ludzkości, w tym starość (!), ale i fanaberie, chociażby w postaci ścian, które dostosowują się do nastroju właściciela mieszkania. Ale szybko okazuje się, że to co najlepsze dostaje tylko garstka. Nierówności i podział ludzkości postępują, społeczeństwa dzielą się na ?lepszych? i ?gorszych?, a ci pierwsi robią wszystko, by z tymi drugimi nie mieć nic do czynienia. Wyznacznikiem potęgi są już nie tylko i nie przede wszystkim pieniądze, lecz intelekt. Ale bynajmniej nie ten rozumiany jako mądrość, która mogłaby zagwarantować ludzkości dążenie do zrównoważonego rozwoju. Chodzi raczej o inteligencję traktowaną i wykorzystywaną jako broń. To wszystko sprawia, że z utopią ten świat ma tyle wspólnego, co modyfikowany genetycznie kurczak ze swoim naturalnym pierwowzorem.

Polski czytelnik w końcu doczekał się tłumaczenia kompletnej trylogii „Maddaddam”, której pierwszą część stanowi „Oryks i Derkacz”. Nic dziwnego. Zgodnie z doniesieniami ze świata wydawniczego ostatnio do łask wróciły antyutopie, z klasykiem gatunku, „Rokiem 1984” Orwella na czele ? w Stanach Zjednoczonych na początku tego roku planowano nawet dodruk tej książki! Gdzie upatrywać powodów? Cóż, ludzie coraz bardziej boją się losu, jaki mogą zgotować im politycy, czują lęk przed totalitaryzmem. Ale Margaret Atwood zwraca uwagę na coś zgoła innego. Bo to nie politycy i nie reżimy są głównym motywem jej trylogii. Autorka zdaje się zadawać inne pytanie: a co jeśli sami jesteśmy dla siebie największym zagrożeniem? Może wcale nie potrzebujemy wojen i arsenałów atomowych, żeby zgotować sobie najgorszy z koszmarów? Może wystarczy nasz pęd do wiedzy i chęć zmiany otaczającej nas rzeczywistości?

Katarzyna Figiel

*Nie poddajemy ocenie książek, które ukazały się pod naszym patronatem.

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje