banner ad

Jaka jest zawartość cukru w cukrze czyli ile zmierzchu kryje się w ?Zmierzchu? Johana Theorina?

12 września 2011

Johan Theorin „Zmierzch”
Ocena: 8 / 10

Wydawnictwo Czarne, specjalizujące się głównie we współczesnej i środkowoeuropejskiej prozie, eseistyce oraz reportażach, wypuściło w 2008 na rynek debiutancki kryminał skandynawskiego twórcy ? Johana Theorina. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. ?Zmierzch?, bo o nim właśnie mowa, wydany w serii ?Ze Strachem? można zaliczyć do czołówki gatunku, obok modnych na całym świecie utworów Henninga Mankella czy Stiega Larssona.

Theorin ? podobnie jak koledzy po piórze – rysuje intrygę na bogatym znaczeniowo płótnie. W jego powieści równie istotnym elementem co zagadka kryminalna staje się tło społeczno – obyczajowe oraz krajobraz rodem z dalekiej północy. Zaś jednym z leitmotivów – spajających wszystkie te składowe w wymowną całość ? jest zmierzch. Rozumiany w sensie dosłownym jako kończący się dzień oraz w sensie przenośnym jako schyłek istotnych wartości. Zmierzch pokrywa bardzo szybko przestrzenie wyludnionej jesienią Olandii ? szwedzkiej wyspy, na której rozgrywa się akcja powieści ? organizując tajemniczy podkład dla intrygi oraz zakrada się do mrocznych i przepełnionych samotnością umysłów bohaterów. Cała powieść zyskuje przy tym niepokojącą aurę przemijania, rozkładu oraz kruchości życia.

A wszystko zaczyna się od? zniknięcia małego chłopca o imieniu Jens, który wymykając się z domu rodzinnego wchodzi na rozległy, pokryty mgłą alvaret, gdzie spotyka mężczyznę nazywającego się Nils Kant. Policja oraz mieszkańcy wioski sądzą jednak, że malec utonął w morzu, czego nie może zaakceptować jego zrozpaczona i coraz częściej zaglądająca do kieliszka matka ? Julia, dla której Jens wciąż żyje. Kiedy po dwudziestu latach od tragedii ojciec Julii ? Gerlof dostaje pocztą mały, dziecięcy sandałek, kobieta powraca na wyspę z nadzieją odnalezienia syna. Razem z ojcem i dwoma innymi emerytami próbuje rozwikłać zagadkę zniknięcia chłopca, do której kluczem może okazać się tajemnicza postać Nilsa Kanta.

Żeby dociec prawdy, bohaterowie muszą cofnąć się do przeszłości, wydobyć skrawki ludzkich historii, legend i plotek ukrytych pod gruzami dawnej Olandii ? krainy ich dzieciństwa i młodości. Podróż do zamierzchłych czasów uświadamia bolesny fakt straty, ale również rodzi swojego rodzaju oczyszczenie, pogodzenie z tym, co nieuchronne. Olandia, do której przyjeżdża po latach Julia, nie jest już tą samą wyspą. Wyludniona, zamknięta na klucz przed światem, odradzająca się jedynie w słoneczne dni. Domy pasterzy i rybaków oraz grunty pod uprawę zostały pochłonięte przez przemysł turystyczny wraz z jego sezonowymi domkami, nadmorskimi hotelami i polami golfowymi albo leżą odłogiem, pozamykane, nieczynne lub niezdatne do użytku. Z okna chaty Julii można dostrzec jedynie latarenkę przy domu starej Astrid oraz ?światła w nielicznym zamieszkanych domach na południe i północ od Stenvik?. W tym powszechnym rozkładzie jest jednak coś pociągającego, zawiera się jakaś prawda, którą chce nam przekazać Theorin. To dlatego ?Zmierzch? aż kipi od mrocznych pejzaży nadmorskich miejscowości, wyludnionych pasów przybrzeżnych czy nieurodzajnych równin alvaretu. I nie chodzi tylko o dostarczenie czytelnikowi wrażeń wizualnych albo wytworzenie niepokojącej atmosfery dla rozgrywającej się akcji, ale przede wszystkim o oddanie stanu psychicznego bohaterów. Czytając ?Zmierzch?, odnosi się wrażenie, że Olandia to kraina samotności, przytułek dla ludzi zniechęconych życiem lub ?starych pryków?, na których nikt już nie zwraca uwagi. Tymczasem ? paradoksalnie ? to właśnie owi emeryci stają się katalizatorem akcji. Rzucają karty na stół w swoim ? czyli zwolnionym ? tempie, dając czytelnikowi czas na refleksję oraz na rozkoszowanie się smaczkami obyczajowymi powieści.

Rozwiązania zagadki nie podejmie się więc żaden Sherlock Holmes, tylko stary, chorujący na stawy i zaniki pamięci Gerlof, skrupulatnie zapisujący w notesie nawet to, co chce powiedzieć córce. Jeden z ostatnich mieszkańców Stenvik, który za cenę śledztwa pragnie przyciągnąć czyjąś uwagę oraz powrócić ? choćby tylko we wspomnieniach ? do minionego świata, do strasznych historii opowiadanych o zmierzchu, do starych przyjaciół, do córki. W teraźniejszości bowiem, gdzie więzi międzyludzkie zastąpione zostały interesami, pojedyncze szkuty przegrywają w starciu z wielkimi statkami, a przyroda zaczyna przypominać rozparcelowaną działkę na sprzedaż, nie ma już dla niego miejsca. Od tego wszystkiego nawet Nils Kant ? na poły legendarny olandzki morderca, postać tajemnicza i dalece niejednoznaczna ? wydaje się lepszy?w końcu ?on też ? jak twierdzi Gerlof ? przeżył swoją historię?.

Dzięki zastosowaniu dwutorowej konstrukcji fabularnej, Theorin uatrakcyjnił portret psychologiczny Kanta, którego poznajemy z dwóch źródeł. Z ust uczestniczących w intrydze postaci – dla nich Nils jest raczej fantomem, zlepkiem wyobrażeń i pomówień aniżeli człowiekiem z krwi i kości – oraz za pośrednictwem wszechwiedzącego narratora, przedstawiającego zamierzchłą historię bohatera w porządku chronologicznym, z wykorzystaniem mowy pozornie zależnej. Opisana teraźniejszość została spleciona z dawnymi wydarzeniami w bardzo sugestywny sposób. Czytelnik wciąż porównuje przeciwstawne relacje niczym przysięgły w sądzie, a uznawany za największe zło olandzkiej społeczności przestępca ma prawo się bronić. Co ciekawe – wraz z nadchodzącym końcem powieści spod mrocznej i tajemniczej powłoki Nilsa Kanta zaczyna wyzierać trochę światła. Podobnie rzecz się ma z samą intrygą. Z irracjonalnego zlepku wydarzeń, otrzymujemy zaskakująco realne zakończenie. Okazuje się, że ?latające widma? to zwykli ludzie, a cała historia, choć zupełnie zmyślona, mogła wydarzyć się naprawdę. W końcu każdego z nas dopada jakiś zmierzch?

Emilia Dulczewska – Maszota

Tagi: , , , ,

Kategoria: recenzje