banner ad

Jak to mogło być – recenzja komiksu „Alien. Oryginalny scenariusz”

25 stycznia 2021

Dan O’Bannon, Christiano Seixas, Guilherme Balbi „Alien. Oryginalny scenariusz”, tłum. Robert Lipski, wyd. Scream Comics
Ocena: 6,5 / 10

Słynnego Obcego nikomu przedstawiać nie trzeba. Piekielna wizja pierwszego kontaktu z pozaziemską formą życia fascynuje miłośników bezkompromisowego science fiction do dziś, wciąż odciskając niesłabnące piętno na popkulturze.

Z mającym premierę w 1979 roku filmem sprawa miała się jednak tak, że jego pierwotna treść nieco różniła się od tej, która otrzymaliśmy finalnie. Łącznie aż osiem poprawek wprowadzili do scenariusza Dan O’Bannon i Ronald Shusett zanim zaczęli przedstawiać go kolejnym wytwórniom filmowym jako „Szczęki w kosmosie”, a i tak ich skrypt przeszedł jeszcze przez dłonie Davida Gillera i Waltera Hilla, którzy do historii wprowadzili choćby wątek androida Asha. Słowem, zanim „Obcy” został ostatecznie nakręcony przez Ridleya Scotta, wykonano sporo pracy – a i tak kluczową rolę w kreacji biomechanicznego koszmaru odegrała plastyczna wyobraźnia H.R. Gigera i Jeana „Moebiusa” Girauda.

Cristiano Seixas i Guilherme Balbi, twórcy komiksu „Alien. Oryginalny scenariusz”, zadali sobie pytanie, jak by to było, gdyby opisaną przez O’Bannona i kolejnych scenarzystów historię potraktować bez wizualnych odniesień do jakże charakterystycznych elementów wersji filmowej Ridleya Scotta. No i cóż wiele pisać – wyszło całkiem ciekawie, choć nie uniknięto pewnych dość wyraźnych dla fanów uniwersum potknięć.

Od pierwszych stron komiksu widoczne są zmiany w samej konstrukcji historii – mamy inny zestaw bohaterów, którzy zamiast po Nostromo przechadzają się po kosmicznym frachtowcu nazwanym Snark, a pierwsze spotkanie z agresywnym organizmem i dalsza konfrontacja również przebiegają nieco inaczej. Dość ponury ton historii zostaje jednak zachowany, a miłośnicy serii bądź co bądź domyślą się rozwoju poszczególnych wątków. Szkoda jedynie, że fabuła zdaje się czasem gnać do przodu na złamanie karku, a twórcy nie pokusili się o lepsze nakreślenie nowych bohaterów, co pozwoliłoby bardziej nam się z nimi związać. O ile bowiem o Ripley czy Douglasie wiemy po latach właściwie wszystko, nowa-stara załoga siłą rzeczy prezentuje się na ich tle dość blado, wypełniając w zasadzie jedynie podstawowe zadanie: stają się pożywieniem dla Obcego.

Przy tego typu eksperymentach ze znanym dziełem nieuchronnie musi pojawić się pytanie: jak dalece twórcy są gotowi popuścić wodze wyobraźni w kreacji autorskiej wizji? Pod tym względem ewidentnie widać, że Seixas i Balbi próbowali pogodzić niemożliwe – dostarczyć fanom coś, co naturalnie budziłoby skojarzenia z filmem, a jednocześnie pozwolić sobie na własne interpretacje poszczególnych elementów. Ostateczny efekt jest raczej nijaki – o ile szczegółowość scenografii czy zabawa kontrastami mogą się podobać i mają własny, nieco odrębny od industrialnego oryginału klimat, tak zbyt wiele scen zdaje się być bardzo dosłownie zainspirowanych innymi częściami serii (a lądowanie na planetoidzie to już kadr żywcem wyjęty z „Prometeusza”), zaś niektórzy bohaterzy są do siebie na tyle podobni, że zwyczajnie można ich ze sobą mylić. Chciałoby się, żeby autorzy wykazali się nieco większą odwagą.

Ostatecznie więc „Alien. Oryginalny scenariusz” to rzecz, której przyświecał intrygujący zamysł, ale z całą pewnością nie do końca wykorzystano potencjał statusu „in blanco”, jaki przyjęli za punkt wyjścia twórcy. Fani powinni być jednak zadowoleni, przynajmniej jeżeli nie będą oczekiwać radykalnych zmian w stosunku do filmowego pierwowzoru.

Maciej Bachorski

Tematy: , , , ,

Kategoria: recenzje