banner ad

Jak się robi historię

29 sierpnia 2013

Nadciaga burza. Strażnicy historiiDamian Dibben „Strażnicy historii. Nadciąga burza”, Wyd. Egmont
Ocena: 6,5 / 10

Tom pierwszy cyklu typowanego na następcę Harry?ego Pottera dużego zawrotu głowy nie robi. Ale daje nadzieję, że w następnych odsłonach mogą czekać nas większe emocje i kolejne tajemnice do odkrycia.

„Nadciąga burza”: pierwsza powieść w cyklu Strażnicy Historii jest niczym obietnica czegoś lepszego w przyszłości. Jak w dzieciństwie, gdy chciało się trzy lodowe gałki, a trzeba było zadowolić się dwoma i obietnicą, że następnym razem, jak będziemy grzeczni, to się zobaczy i może będzie więcej.

„Strażnicy Historii” to przykład sukcesu selfpublishingu. Jak na razie cykl liczy trzy tomy, ale już został przetłumaczony na ponad dwadzieścia języków, ukazał się w ponad czterdziestu krajach, zbiera dobre recenzje na całym świecie, a brytyjska prasa typuje głównego bohatera Jake?a Djonesa na następcę Harry?ego Pottera. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że Dibben pierwsze powieści wydał własnym nakładem.

„Nadciąga burza” nie kryje, że otwiera cykl zaplanowany na wiele, wiele tomów. Bohater od początku zostaje wrzucony w sam środek tajemnicy, której wyjaśnienie na trzystu pięćdziesięciu stronach jest po prostu niemożliwe. Powieść musiałaby mieć przynajmniej tysiąc stron. Nie żeby to komuś przeszkadzało. Cykle są częścią tradycji literackiej fantasy, a do tego lepiej się sprzedają i łatwiej je promować. A jako, że historia o małym czarodzieju z blizną na czole uruchomiła machinę, która mogłaby utrzymać małe państwo, gra toczy się o dużą stawkę.

To wszystko sprawia, że często słabsze serie zaplanowane na siedem lub dwanaście tomów są lepszym i bezpieczniejszym produktem dla wydawnictw, niż dwu-, trzytomowa powieść nieznanego autora, który może nie napisać kolejnych. Przy cyklu zawsze można zatrudnić ghost writera – vide przypadek autorki „Pamiętników Wampirów”, którą wydawnictwo najzwyczajniej w świecie wysiudało z praw autorskich do bestsellerowego cyklu gotyckich romansów o wampirach wegetarianach.

Tę produkcyjną mechanizację, zamierzoną lub nie, widać niestety w pierwszym tomie. Fabuła toczy się konwencją starą jak świat, ogrywając archetyp młodzieńca odkrywającego prawdę o swoich rodzicach. Czyli ta sama śpiewka: twoje życie było kłamstwem, jesteś kimś wspanialszym, niż sądziłeś.

Porównania z powieściami Rowling nie są bezpodstawne. Hogwart zastąpili Strażnicy Historii, ni to zakon, ni loża masońska, ni tajna prywatna agencja wywiadowcza, która może podróżować w czasie. Ale wystarczy zmienić scenografię, życiorysy bohaterów i wydarzenia zawiązujące akcję, a otrzymamy to samo przedstawienie z odźwiernymi w miejsce dobrych magów.

Nie wiem, czy wyrażam się jasno. „Nadchodzi burza” to ekscytująca i dobrze opowiedziana powieść: akcja toczy się wartko, bohaterowie są z krwi i kości, a przy tym z interesującą przeszłością. To przyjemna książka. Gdy ma się 12 lat. Ale jeśli to ma być następca Pottera, to lepiej żeby Jake Djones poprawił się w kolejnych tomach, bo po pierwszym trudno mówić o jakimkolwiek zagrożeniu pozycji czarodzieja w okularach.

„Nadchodzi burza” nie jest złą powieścią, ale do poprzeczki Pottera jeszcze jej brakuje tego sekretnego składnika, który sprawia, że nie tylko nie można odłożyć książki, ale po zamknięciu ostatniej strony niecierpliwie czeka się dwa lata, żeby w dniu premiery ustawić się w niekończącej kolejce, kupić następny tom i na miejscu przystąpić do czytania.

Lektura pierwszej odsłony pozostawia po sobie posmak obietnicy, że następnym razem będzie lepiej. Niestety istnieje obawa, że wyczekiwana gałka lodów nie okaże się domowej roboty truskawkowo-śmietankowym przysmakiem, który sprawi, że będziemy mieli ochotę na więcej, a jedynie chemiczną podróbką z supermarketu i nawet 50 procent więcej w promocji nie osłodzi rozczarowania. Proszę mi wybaczyć te kulinarne metafory, ale lato tego roku upalne, a burza jakoś nie nadchodzi.

Krzysztof Stelmarczyk

Tagi: , , , , , , ,

Kategoria: recenzje