banner ad

Jak Belgijka z Togijczykiem się kochali

16 kwietnia 2012

Judith Vanistendael „Dziewczyna i Murzyn”, Wyd. Timof i cisi wspólnicy
Ocena: 4 / 10

Stworzenie dobrej autobiograficznej opowieści wymaga pewnej dozy życiowej dojrzałości i artystycznej szczerości. Czytając „Dziewczynę i Murzyna” można odnieść wrażenie, że autorce Judith Vanistendael obu tych elementów zabrakło.

Mieszkającej w Brukseli rysowniczce pomysł na komiks podsunęło życie. Będąc niespełna dwudziestoletnią dziewczyną, zakochała się w uchodźcy politycznym z Togo, wywracając spokojne i ułożone życie swoje oraz swojej rodziny niemalże do góry nogami. Z racji tego, że ojciec autorki, znany belgijski pisarz i eseista, zdecydował się napisać o związku córki książkę, Judith poczuła się niejako w obowiązku opowiedzieć historię własnymi słowami i rysunkami.

Komiks, pierwotnie wydany w postaci dwóch osobnych albumów, posiada interesującą konstrukcję. Pierwsza część przedstawiona została oczami ojca, w drugiej poznajemy wydarzenia z perspektywy córki. Ożywczości metodzie dodaje niewątpliwie fakt, że obie opowieści dzieli kilkuletni dystans, a wydarzenie zawiązujące drugą z nich diametralnie zmienia dotychczasowy sposób widzenia.

Należy oddać, że problematykę uchodźstwa czy multikulturowości, dotykającą coraz więcej zachodnich rodzin, Vanistendael potrafiła oddać lekko i bezpretensjonalnie. „Dziewczyna i Murzyn” to w przeważającej części komiks obyczajowy z wyraźnie, acz proporcjonalnie, zaznaczonymi akcentami ? humorystycznym i dramatycznym. Siłą komiksu są zdecydowanie rysunki, wznoszące się ponad typowo komiksową stylistykę. W duchu przypominają prędzej polskich powojennych grafików i ilustratorów, jak chociażby Zbigniewa Lengrena, niż znanych u nas dotychczas przedstawicieli belgijskiego komiksu. Niestety, powyższe około-formalne zalety pozwoliły wykreować komiks ledwie przyzwoity, a nie bardzo dobry bądź doskonały, na jaki tego typu problematyka zasługuje.

Wydaje się, że Vanistendael bardziej zafascynowała nośność medialna, jaką może zapewnić intrygujący temat, niż dotarcie do sedna opowiadanej historii. Dla przykładu: z początkiem drugiej części dowiadujemy się, że związek autobohaterki z Togijczykiem się rozpadł, jednak oczekiwane motywy zostają strywializowane do niemożności poradzenia sobie z demonami dręczącymi uchodźcę. Sam proces rozstania, długi ponad dwuletni okres, niezwykle przecież ważny z punktu widzenia opowiadanej historii, upchany został na zaledwie jednej, nakreślonej w estetyce snu i symboliki stronniczce. Czy takie postawienie sprawy jest satysfakcjonujące w albumie aspirującym do ? jakby nie było ? poważnej lektury? Vanistendael potrzebowałaby tomu o objętości „Blankets” albo niemal literackiej narracji, jak w „Fun Home”, aby udźwignąć tak szeroko nakreślony temat.

Najgorsze jednak, że spłycając wymowę komiksu, Belgijka nie zgłębiła również bohaterów, a przede wszystkim siebie. Bo wbrew pozorom album ten w pierwszej kolejności nie traktuje o czarnoskórym Abou, starającym się o azyl, lecz o samej autorce. Ta zaś odsłoniła się w sposób, w jaki żaden świadomy twórca nigdy by się nie odsłonił.

Ot, wymoszczona na wygodnych mieszczańskich salonach córeczka zakochuje się w uchodźcy. Trudno ocenić cóż takiego urzekło ją w tym, spośród trzech siedzących na ławce i popijających piwo młodzieńców. Może dla dziewczyny związek był zaznaczeniem swojego miejsca, manifestacją indywidualności i „dorosłości” w domu? A może chodziło o naiwną fascynację kulturową, zrewidowaną zresztą później podczas samodzielnej wyprawy do Afryki? Wspólne spacery z frytasami w łapkach, pierwsze ukradkowe pocałunki na ławce czy zasłuchanie w ponure opowieści z dawna i daleka musiały w końcu przepoczwarzyć się w szarą codzienność ? mozolne wypełnianie formularzy emigracyjnych, brak prywatności z powodu przysypiających na kanapie kolegów a także powracające za dnia i w nocy widma przeszłości. Co zdumiewające, dla naszej autobohaterki wszystko było do zniesienia, oprócz tego ostatniego. Trudno rozstrzygnąć, czy świadczy to o emocjonalnym infantylizmie, czy o braku szczerości. Nie ma to zresztą większego znaczenia, którejkolwiek z opcji by się nie uchwycić ? odbiera ona niemalże tego typu historiom sens istnienia. I tylko samego pomysłu, rysunków i owej lekkości żal?

Artur Maszota

Gdzie kupić:
Kup komiks w księgarni Selkar
Kup komiks w księgarni Lideria

Tagi: , , , , ,

Kategoria: recenzje