banner ad

Indie rodem z rzeczywistego koszmaru – recenzja książki „Biały Tygrys” Aravinda Adigy

22 marca 2021

Aravind Adiga „Biały Tygrys”, tłum. Ludwik Stawowy, wyd. Poradnia K
Ocena: 9 / 10

Lektura „Białego Tygrysa” mocno uświadamia, jak bardzo nasze gusta są zdominowane przez gatunkowe szablony. A kiedy w tym całym potoku książek wreszcie trafiamy na powieść z prawdziwego zdarzenia, łyk bezsprzecznie ożywczej literatury wolnej od zastałych schematów wyzwala w nas rodzaj czytelniczej radości.

Tej czytelniczej radości nie czujemy od razu po rozpoczęciu książki, musi minąć trochę czasu, zanim złapiemy właściwy rytm. Zresztą określenie „czytelnicza radość” w przypadku tej boleśnie oddziałującej powieści pasuje trochę jak pięść do nosa. Nie przeszkadza to jednak, by w miarę postępu sprawnie poprowadzonej fabuły wpaść w końcu w sidła narracji Aravinda Adigy, który ustami swojego bohatera, Balrama Halwai, opowiada nam historię jego niełatwego życia. „Białego Tygrysa” przyrównuje się do „Slumdoga. Milionera z ulicy”, jednak zamiast wlewać w nas nadzieję, autor obija nas niczym bezlitosny bokser, na którego zagrywki nie jesteśmy w stanie skutecznie zareagować.

Balram Halwai przedstawiam nam swoją historię – Hindusa stworzonego do bycia wiecznym służącym – niczym jakaś dobrze nakręcona maszyna, nieustannie wyrzucająca z siebie beznamiętne opisy okropieństw. Ta maszyna w pewnych momentach zacina się i wchodzi w inny tryb, przez który przebija jednocześnie sarkazm i refleksja nad całą niesprawiedliwością świata. Świat to w ujęciu narratora rodzime Indie, klarownie podzielone na garstkę przekupnych i sprawujących władzę bogaczy oraz olbrzymią armię hinduskich służących, którzy żyją tylko po to, aby spełniać wszystkie zachcianki swoich pracodawców.

To jednak niejedyny podział. Najbardziej obrazowy z literackiego punktu widzenia jest ten, który dzieli Indie na Jasność i Ciemność, a granicę podziału wyznacza Ganges, święta rzeka hołubiona jednak raczej przez zapatrzonych w indyjską duchowość obcokrajowców. Dla Balrama – chłopca, który przez kilka lat był dzieckiem bez imienia, bo nikt nie miał czasu mu go nadać – Ganges to rzeka pełna zanieczyszczeń, nieustannie płynący strumień główna. Tragedia bohatera polega na tym, że nawet widząc prawdziwą rzeczywistość kryjącą się za wszystkimi podziałami, nie potrafi się od niej uwolnić. Będąc człowiekiem pochodzącym z Ciemności, ma wpisaną w naturę uległość. Jak się jednak okazuje, tylko do czasu.

W „Białym Tygrysie” znajdziemy wszystko to, o czym pisze na okładce wydawca, czyli wszechobecną korupcję, biedę, prostytucję i bezprawie, na dodatek – w trudnym do wyobrażenia natężeniu. Jednak nie obraz świata przedstawionego jest w powieści najważniejszy, tylko obraz duszy narratora, który w uległości tkwi przez lata, jednocześnie wyszarpując sobie drogę ucieczki z tego piekielnego kręgu. Czy jednak aby to osiągnąć, nie zamieni jednego piekła na drugie?

Rzecz w tym, że Balram zaraz na początku powieści wykłada karty na stół. Tak, zabił swojego pana, któremu służył długi czas jako kierowca, i wciąż jest poszukiwany za tę zbrodnię, a jego oblicze widniało na setkach listów gończych. Na szali postawił w ten sposób życie swojej rodziny, która najprawdopodobniej drogo zapłaciła za ten czyn. I tak, sam jest obecnie odnoszącym sukces przedsiębiorcą, nad którym bezustannie wisi piętno tej śmierci. Jego długa opowieść przybiera postać listu adresowanego do premiera Chin, który ma niebawem pojawić z wizytą w Indiach. Przez powieść wiele razy przewijają się porównania Indii do Państwa Środka. Balram zwyczajnie zazdrości Chińczykom klarownej sytuacji – tam wiadomo, że demokracja w państwie nie istnieje. W Indiach jest natomiast na ustach wszystkich, będąc zarazem mrzonką i rodzajem niepraktykowanej tradycji odziedziczonej po Mahatmie Gandhim.

Z tego fałszywego świata nie da się w żaden sposób uciec i jedynie można zmienić swój los na inny, używając drastycznych środków. Najbardziej niewygodne dla czytelnika jest to, że zaczyna kibicować Balramowi nawet w chwili, kiedy ten zabija swojego pracodawcę. Taka jest cena za obcowanie z narratorem, który wywołuje w nas sympatię a jednocześnie sam nie potrafi w żaden inny sposób zmienić swego życia. Wydaje nam się, że jeśli nie dokona zbrodniczego czynu, to w końcu oszaleje w służalczej uległości. Morderstwo przynosi mu zatem wyzwolenie, a my – widząc, jak sobie radzi w przyszłości – jesteśmy w stanie zaakceptować ten krok. Co tylko świadczy o wielkim oddziaływaniu powieści i zarazem wielkim talencie autora.

Tytułowy Biały Tygrys to ktoś wyjątkowy, ktoś, kto w pewnym momencie musi przestać liczyć się z konsekwencjami i wziąć los w swoje ręce. Nie zmieni w ten sposób losu całego narodu, zmieni po prostu własne życie. Przez całą powieść nieustannie przemykały mi przez głowę reminiscencje z „Paragrafu 22”, który tak samo jak „Biały Tygrys” pokazywał bohatera świadomego swojego bezsensownego położenia i niebędącego w stanie go zmienić w świecie bez reguł. „Biały Tygrys” jest niczym mroczne odbicie wielkiej powieści Josepha Hellera, a Balram – ciemną stroną Yossariana. Obaj za pomocą sztuczek próbowali odmienić swój los. Przechadzka po Rzymie Yossariana przypominała wędrówki Balrama po Delhi – na czele z sekwencjami z domów schadzek. Dotyczy to też kluczowych scen jak z koszmaru i tego, co następowało potem – wyboru własnej drogi. Ostatnie zdanie z „Paragrafu 22” wlewało w czytelnika nieco otuchy. W „Białym Tygrysie” nie ma czegoś takiego, jak symboliczne ostatnie zdanie, tylko adres mailowy bohatera powieści z wyrazem boss przed znakiem @. Na pytanie, czy teraz Balram został takim samym panem, jak ten, który musiał zginąć z jego ręki, czy po prostu wreszcie poczuł się panem swego losu, musimy odpowiedzieć sobie sami.

Tomasz Miecznikowski

Tematy: , , , ,

Kategoria: recenzje