banner ad

I nuda ma swoją historię – recenzja uhonorowanej Nagrodą Literacką m.st. Warszawy książki „Tkanki miękkie” Zyty Rudzkiej

25 czerwca 2021

Zyta Rudzka „Tkanki miękkie”, wyd. W.A.B.
Ocena: 7 / 10

Ojciec i syn, poza tym kilka osób krążących po ich orbicie – mniej ważnych i bardziej. Obecnych w opisie, w cytacie, pokazanych z dystansu, bo przede wszystkim liczy się tych dwóch na pierwszym planie. Starcy, jeden i drugi, chociaż dzieli ich różnica wieku. Przytłoczeni, przygarbieni. Przyglądają się własnemu życiu, ojciec Michał i syn Ludwik. To jednak nie jest zwykła obserwacja, to prawdziwa wiwisekcja. Przesycona udręką, cierpieniem, poczuciem nieodwracalnej straty. Finał bliżej niż dalej, a historia nie ma szans zyskać szczęśliwego zakończenia. Tu nie ma pozytywnych bohaterów, nie ma herosów, nie ma zwycięstw ani sukcesów. Jest wielka nuda zwyczajnego życia, pachnącego porażką i przegraną. Jest dręczenie się i rozdrapywanie blizn do żywej krwi, raz za razem, na okrągło. Narastająca niechęć do własnego odbicia w lustrze, stopniowo przeradzająca się w żywiołowy wstręt. Obrzydzenie wzbudza wszystko – przeszłość i teraźniejszość, własne dłonie i stopy, zapach, otwierające się drzwi zwiastujące powrót żony, wspomnienia dorastania na wsi, sama wieś, brak czegokolwiek, co można przytoczyć w anegdocie z prawdziwą dumą. A przecież ojciec – „lekarz jak najbardziej ogólny” – i syn – „lekarz od dzieci” – całe życie nieśli ulgę cierpiącym. Naprawdę nie ma w tym najmniejszej zasługi? Żadnego spełnienia? To jaki ciężar winy obaj muszą w sobie nieść, skoro nawet tyle lat służby nie przynosi ulgi czy choćby odrobiny rozgrzeszenia?

Zatem – czas rozliczeń, czas podsumowań i mierzenia się z samym sobą. Ze swoim, jak się okazuje, nudnym, pozbawionym blasku i osiągnięć życiem. Z postępującym rozpadem i rozkładem, który obejmuje nawet nadzieje i chęci, by cokolwiek zmienić i wyrwać sobie odrobinę wolności. Poza tym po co walczyć o coś, na co się w swojej opinii nie zasługuje? Obrzydzenie, jakie narrator opowieści, Ludwik, czuje sam do siebie, jest tak namacalne, tak materialne, że stopniowo oblepia czytelnika. Z każdą stroną czujemy się brudniejsi i pogrążeni w większej beznadziei. W sensie czysto fabularnym wiele się nie dzieje, ale rozpacz jest taka, że odbiera dech. Czy ma to formę ostrzeżenia, refleksji, która mogłaby pomóc uniknąć błędów? Raczej nie, bo czytelnik nie jest tu w żadnym stopniu uczestnikiem czy stroną w sprawie. Raczej podglądaczem, który w poczuciu narastającego dyskomfortu przestępuje nerwowo z nogi na nogę, chciałby odwrócić wzrok, ale woli nie zdradzać swojej obecności, jakby przypadkiem natknął się na kogoś zdejmującego ubranie.

Jeśli nie ostrzeżenie, to w takim razie może spowiedź, katharsis? To już prędzej, ale Ludwik we własnych oczach nie zasługuje na rozgrzeszenie ani też w gruncie rzeczy go nie wypatruje. Samobiczowanie i umniejszanie każdego aspektu siebie i własnego życia doprowadził do rangi sztuki i tak się z tym oswoił, że pewnie nawet nie umiałby inaczej. Wszystkie jego refleksje są podszyte zniechęceniem i wstydem, a wszystkie uczucia – rozpaczą i stratą, w tym również stratą rozumianą jako brak tego, czego nigdy nie doświadczył.

Zagłębianie się w „Tkanki miękkie” – nomen omen – boli jak przejechanie żyletką po skórze i w sensie emocjonalnym przypomina chińską torturę tysiąca cięć. Nie będą to jednak zapewne emocje jednoznaczne. Jedni uznają Ludwika za budzącą irytację, rozmemłaną ofiarę własnej megalomanii. Inni zobaczą w nim osobę odstręczającą, pozbawioną jakichkolwiek miękkich i ciepłych cech. Jeszcze inni zareagują smutkiem, dostrzegą ukryte głęboko w tle wyrzuty sumienia, zechcą zaoferować współczucie, a może nawet wybaczenie. A pewnie niejednemu czytającemu to grzebanie w przewinach nieprzyjemnie podsunie na myśl wspomnienie własnych grzechów i grzeszków.

Relacja ojca i syna – bardzo trudna, bardzo niejednoznaczna. Przesycona szorstką, nieoczywistą czułością, przywiązaniem wyrobionym przez lata, po części z uczucia, po części z obowiązku, po części jako rodzaj spłaty zaciągniętego długu, którego i tak w pełni się spłacić nie da. O tym, na czym ten dług polega, Ludwik i Michał nie rozmawiają, nie muszą, i tak jest stale między nimi obecny, ciąży i przypomina o sytuacjach już nie do naprawienia. Są połączeni silnym spoiwem, właściwie nierozerwalnym, ale to więź w dużym stopniu skażona. Dlatego trudno im się wzajemnie zrozumieć, a już na pewno trudno im sobie wzajemnie wybaczyć, bo musieliby w tym celu wybaczyć również samym sobie.

W „Tkankach miękkich” Zyta Rudzka wychodzi daleko poza treść – swoistym bohaterem jest tutaj również forma. Książka to blok tekstu bez wyodrębnionych dialogów, ciąg myśli i skojarzeń, nieustanna zabawa słowem. Autorka buduje zagadkowe łamańce, pozwala bohaterowi tworzyć neologizmy, zaskakujące konstrukcje spajające rzeczowniki, czasowniki i przymiotniki, oddając tym samym jednocześnie samą czynność, towarzyszące jej emocje i ich skutki. Są piękne i melodyjne archaizmy, piętrowe metafory, przeskoki od skojarzenia do skojarzenia, bogactwo słów od nowa przywoływanych i często również od nowa interpretowanych. Ten wysmakowany, dowodzący prawdziwej erudycji i twórczej odwagi styl jest jednocześnie największą zaletą i największą wadą książki. Zaletą, ponieważ przeobraża tekst w zagadkę, w serię zamkniętych pokoi, do których trzeba na własną rękę odnaleźć klucz, a następnie pozwolić się porwać i prowadzić po niepoznanych, a często wręcz świeżo wytyczonych ścieżkach. Tym samym Rudzka pokazuje, ile jeszcze możliwości i życia kryją w sobie język i literatura, jak bardzo są plastyczne w rękach kogoś, kto ma ochotę zaryzykować i wyjść poza schemat. Wadą, jako że prawdopodobnie dla wielu czytelników oprawa będzie przeszkodą nie do przejścia, nie zdołają się przez nią przebić i dotrą do finału w poczuciu, że forma przerosła treść, a przesłanie jest nie do końca zrozumiałe. Tu sprawdza się podobna zasada, co przy lekturze Faulknera czy Joyce’a – lepiej dać się ponieść rytmowi i emocjom ukrytym obok słów, aniżeli próbować znaleźć wyjaśnienie dla każdego zdania z osobna.

Ta powieść to w dużej mierze literacki i znaczeniowy eksperyment, odwołujący się nie tylko do indywidualnej wrażliwości czytelnika, ale również – a może wręcz przede wszystkim – do jego osobistych doświadczeń i przekonań. To przez ich pryzmat odbieramy i oceniamy narratora i wszystkie postaci, które przywołuje, i to one ostatecznie zdecydują o tym, czy zechcemy Ludwikowi wybaczyć, czy też postanowimy go potępić.

Karolina Chymkowska

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: recenzje