banner ad

Hasztag Girl Power – recenzja komiksu „Kosz pełen głów” Joego Hilla, Leomacsa i Dave’a Stewarta

29 stycznia 2021

Joe Hill, Leomacs, Dave Stewart „Kosz pełen głów”, tłum. Paulina Braiter, wyd. Egmont
Ocena: 7,5 / 10

Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, horror lat 80. kwitnie na nowo. Do swoistego odrodzenia „ejtisowej” estetyki przyczynia się także „Kosz pełen głów”, komiks o małej dziewczynie z dużym toporem i wielką wolą przetrwania.

June Branch ma nieco ponad dwadzieścia lat, niewinną piegowatą fizys i nieodkryty jeszcze talent do eliminacji złych ludzi. Poznajemy ją we wrześniu 1983 roku, kiedy cieszy się ostatnimi dniami lata ze swoim chłopakiem Liamem, terminującym jako podkomendny szeryfa na małej wysepce Brody Island u wybrzeża stanu Maine. Niespodziewanie w miejscu, w którym nieposzanowanie prawa ograniczało się wcześniej do złego parkowania, pojawia się realne zagrożenie. Z pobliskiego więzienia Shawshank (brzmi znajomo, co?) ucieka czterech przestępców.

Los sprawa, że June i Liam zostają sami w posiadłości szeryfa, gdy do domu ktoś się włamuje. Przelotny widok pomarańczowych kombinezonów w hallu nie zwiastuje niczego dobrego. Tym bardziej że nad Brody Island nadciąga tropikalny sztorm, odcinający wysepkę od świata. Dalsze wydarzenia dzieją się błyskawicznie – po Liamie pozostaje odcięty palec, a June musi przejść przyspieszony kurs samoobrony, jeśli chce dotrwać do świtu. Jedyną dostępną bronią okazuje się wikiński topór z prywatnej kolekcji gospodarza domu. I jak się rychło okazuje, nie jest to zwyczajny topór.

„Kosz pełen głów” to udane połączenie horroru i kryminału, doprawione odrobiną wisielczej ironii. Joe Hill, uznany autor literatury grozy, nie ukrywa nawiązań do estetyki lat 80., a ilustracje Leomacsa i kolory położone przez Dave’a Stewarta wzmagają wrażenia obcowania z „nową starą szkołą”. Jak w porządnym slasherze, mamy tu też dziewczynę z sąsiedztwa zmuszoną do walki o przetrwanie. Żeby jednak było zabawnie, June to nie tyle „final girl”, co „only girl” i w zasadzie tylko ona odpowiada za całe krwawe żniwo, jako że wszystkie inne zabójstwa popełnione są niejako poza kadrem. Czy to za sprawą magicznych mocy topora, czy też wrodzonego talentu, niepozorna blondynka rozprawia się z oprychami jeden po drugim, by w finale rozwikłać grubszą intrygę.

Hill nie byłby sobą (ani nieodrodnym synem sławnego ojca), gdyby w rozrywkową, quasi-trashową historię nie tchnął feministycznego ducha. Nieliczne kobiety pojawiające się w „Koszu…”, jeżeli nawet nie emanują dobrem, to są ofiarami zła wyrządzanego przez facetów. Nawet pozornie kryształowi mężczyźni okazują się mieć sporo na sumieniu, a karę wymierzy im anioł zagłady, który jeszcze wcześniej chciał ratować złych chłopców, studiując psychologię. #GirlPower!

Wypada jeszcze dodać, że „Kosz pełen głów” to inauguracyjny komiks imprintu Hill House Comics, którego kuratorem jest sam scenarzysta. Wszystko fajnie, ale po raz kolejny mam ochotę zapytać Hilla, jaką krzywdę wyrządziła mu muzyka ska.

Sebastian Rerak

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: recenzje